Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


padający na trawę. Usłyszeli również poszczególne głosy. Zatrzymali się. Unger zawołał głośno:
— Hola, cóż to za ogień w lesie?
Rozmowa umilkła; po dłuższej pauzie ktoś zapytał:
— Kto tam?
— Dwaj strzelcy. Czy można się zbliżyć?
— Zaczekajcie.
Kilku ludzi wstało i podeszło do przybyszów, trzymając w ręku pochodnie. Jeden zapytał z dumną, ponurą miną:
— Czy jest was więcej?
— Skądże znowu — rzekł Mariano z uśmiechem.
— Nie jesteście mi potrzebni.
— Ale wy nam.
— Poco?
— Do licha! — zaklął Unger. — Poco? Czyż to nie radość spotkać ludzi w dzikim lesie?
— Cieszycie się napróżno.
— Nie gadajcie głupstw! Jechaliśmy cały dzień; chcieliśmy właśnie odpocząć, a tu widzimy ognisko. Chyba pozwolicie nam zagrzać ręce?
Oświetliwszy przybyszów pochodnią, nieznajomy rzekł ponuro:
— Chodźcie więc, lecz miejcie się na baczności. Zły los was czeka, jeżeli przybywacie w niedobrych zamiarach.
Zsiedli z koni i, ciągnąc je za sobą, ruszyli za Meksykanami. Gdy doszli do ognisk, powstała reszta Meksykan, chcąc się przyjrzeć niezwykłym gościom. Unger i Mariano przywitali ich swobodnie, ściągnęli

113