Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zrozumiałem, ale to się nie uda; oni piją tylko wino.
— A wino dostają?
— Owszem. Jeżeli go nie dajemy, zabierają sami.
— To znaczy, że biorą gwałtem?
— Tego nie powiedziałem. Trzeba odważać słowa.
— Ach, tak? Więc cesarz Maksymiljan jest taki dobry, taki łaskawy, że was zmusza do liczenia się z każdem śmielszem słowem?
— Na miłość Boską, sennor, ciszej! — rzekł błagalnie gospodarz.
— Trzeba również mówić cicho?
— Drogi panie, nie mam zwyczaju naśladować huku armat.
— Właśnie potrzeba mi ludzi tego rodzaju. A więc nie jesteście sennor przyjacielem Francuzów?
Hm, wkraczamy na niebezpieczne tory. Nie można zaprzeczyć, że zdarzają się wśród Francuzów bardzo uczciwi ludzie, dla których usposobiony jestem jak najlepiej. Resztę jednak niech porwą djabli. Czy nie mam racji? Pomyślcie tylko o tych tysiącach, które zginęły, o dzielnych mężach, którzy gniją w więzieniach. — Dopiero przed kilku dniami tutejszy komendant wziął około czterdziestu zakładników i zamknął ich pod kluczem.
— Z jakiego powodu?
— Ponieważ jeden z członków stowarzyszenia prywatnego, do którego należą, oświadczył publicznie, z całą nieostrożnością, że potrafilibyśmy rządzić się sami

28