Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miejsce to było całe widoczne z rzeki. Natomiast las, który zaczynał się o pięćdziesiąt kroków od rzeki, był niedostępny dla oczu.
W lesie, między drzewami, zaszył się oddział Corteja.
Tymczasem lord Dryden zbliżał się do tego miejsca; nie wiedząc nic o, ścigającym statki na prawym brzegu, wrogu, który zamierzał go obedrzeć z ładunku.
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy przedni parowiec dojechał do zakrętu. Lord stał wraz z Sępim Dziobem przy sterniku.
— Jak daleko do Salado? — zapytał trappera.
— Będziemy tam jutro w południe; stamtąd skręcimy w Salado. Znając drogę, na dobrym rumaku można bardzo rychło dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Ale spójrzno, milord! Czy nie stoi tam, na jałowem wybrzeżu, jakiś człowiek?
— Stanowczo. Teraz usiadł.
— O nie; nie usiadł, lecz runął. Zdaje się, że jest ranny.
— Teraz znów się podnosi, ale z trudem, — dodał Sępi Dziób. — Chwieje się na nogach. Pragnie zapewne, abyśmy go zabrali ze sobą.
— Czy nie wyślemy łodzi? Nie można odmówić pomocy nieszczęśliwemu, leżącemu bezradnie na pustkowiu.
— Posłuchajmy! On woła coś! — rzekł trapper.
Widać było, jak nieznajomy przyłożył ręce do ust.
— Juarez!
Wypowiedział tylko to jedno słowo, ale słowo, które wywarło odpowiednie wrażenie.

133