Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Goniec od prezydenta! — rzekł lord. — Musimy go zabrać na pokład. Ja sam udam się na wybrzeże, aby z nim pomówić.
— Nie, milordzie; wszak jesteśmy w strefie dzikich lasów; nie powinien się pan wystawiać na niebezpieczeństwo. Wystarczy wysłać po niego łódź.
Sternik wydał odpowiednie rozkazy. Dwaj ludzie popłynęli ku brzegowi. Tymczasem oba małe parowce zatrzymały się na miejscu. Mimo zapadającego wieczoru, widać było, jak majtkowie wylądowali, przymocowali czółno i zbliżyli się do nieznajomego, leżącego na ziemi.
Rozmówiwszy się z nieznajomym, wsiedli, lecz bez niego, do czółna i wrócili do parowca. Podczas, gdy jeden został w czółnie, drugi wszedł na pokład.
— Czemuście go nie przyprowadzili? — zapytał lord.
— Spadł z konia i ciężko się zranił. Cierpi biedak okropnie, zwłaszcza kiedy się go dotyka. Prosił nas przeto, abyśmy go zostawili w spokoju; przecież i tak umrze, jest bowiem śmiertelnie ranny. Rumak rzucił go na drzewa; wróciwszy do przytomności, z trudem dowlókł się do rzeki.
— Czemu więc dawał nam sygnał, skoro nie chce naszej pomocy? — zapytał Sępi Dziób.
— Jest wysłańcem Juareza, który polecił mu zarzymać się nad rzeką i wypatrywać lorda Drydena, aby mu udzielić ważnych wiadomości.
— To nie brzmi prawdopodobnie. Juarez wie, gdzie ma nas oczekiwać. Jeśliby wysłał gońca, to tylko w tym wypadku, gdyby zmienił miejsce spotkania, lub gdyby chciał nas ostrzec przed gorącem niebezpie-

134