Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


czeństwem. Zresztą, czemu ranny nie udzielił wam treści swego poselstwa?
— Pragnie osobiście widzieć sir Drydena, gdyż poselstwo jest zbyt ważne, aby mógł wtajemniczać innych.
— To mi się wydaje podejrzane. Czy widziałeś jego konia?
— Nie.
— Czy nie było wpobliżu jakichś śladów kopyt?
— Niepodobna było poznać. Grunt jest skalisty.
— Czy nie oglądałeś skraju lasu?
— Owszem; ale nie zauważyłem nic podejrzanego.
— Będę musiał pojechać — mniemał lord. — Muszę wiedzieć, co kazał mi donieść Juarez.
— Poseł może powiedzieć komu innemu — rzekł z niedowierzaniem Sępi Dziób. — Kto wie, ile się tam kryje ludzi za temi drzewami!
— W takim razie wcale nie wyląduję. Mogę się wszak rozmówić z nim z czółna.
— A jednak będą mogli trafić pana z lasu kulą. — Rzekłszy to, zakasłał kilkakrotnie i plunął w rzekę. — Ach, milordzie, strzeliła mi bajeczna myśl do głowy. Ja sam pójdę. Podam się za sir Henryka Drydena i kalkuluję, że nienajgorzej wywiążę się z tej roli.
Mówiąc to, stroił sowizdrzalskie miny. Lord obejrzał go od stóp do głów, obejrzał jego długi nos, jego wyschniętą postać, jego odkrytą, owłosioną pierś, jego porwaną odzież i odparł łagodnie:
— Tak; tak też sądzę, że będzie pan istnym lordem.
— No, godności mi nie brak, — rzekł myśliwy. —

135