Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przeklęty pomysł holować na dwóch parowcach! — rzekł Cortejo.
— Toby jeszcze uszło — mniemał drugi. — Bardziej przeklęty jest pomysł nieprzybijania do brzegów. Wszak liczyliśmy na nocny napad. Nic z tego nie będzie.
— Bodajby djabli porwali tego Anglika! Od San Juan mkniemy za nim, ostatni dech wypędziliśmy z wierzchowców, a wszystko nadaremnie.
— Chytrością tylko można go będzie schwytać, sennor.
— Twój pomysł djabła wart! Wszak Anglik nie zbliża się do brzegu.
— Niech się nie zbliża. Niech tylko sam przyjdzie.
— Ale w tem właśnie sęk.
— Pozostaw to mnie, sennor!
— A zatem odważysz się?
— Tak. Ale rozumie się, że za umówionem wynagrodzeniem.
— Otrzymasz je. Kiedy staniemy u celu?
— Za pół godziny. Owe miejsce doskonale się nadaje do naszych zamiarów. Byłem już tam niegdyś; spędziłem tam noc całą.
— Zdaje mi się, że masz słuszność. Jeśli schwytamy Anglika, to i resztę mamy w ręku. Ale chodzi właśnie o to, by go schwytać.
— Schwytamy, sennor; ani wątpię.
Istotnie, po upływie pół godziny dotarli do ostrego zakrętu rzeki. Półwysep, wciśnięty klinem w wodę, grunt miał skalisty, roślinności skąpe. Stąd łatwo było ogarnąć wzrokiem całą szerokość rzeki i, analogicznie,

132