Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wędzili tak nad szklaneczką, aż zawiadomiono starego, że gospoda powoli napełnia się Francuzami.
— Niestety, muszę teraz odejść — rzekł Meksykanin. — Przykro mi bardzo, że zostawiam was samego.
— Nie troszczcie się o to, sennor, — rzekł trapper z uśmiechem. — Taki człowiek jak ja zawsze znajdzie sobie towarzystwo.
— Nie macie tu przecież nikogo.
— Przeciwnie, mam towarzysza bardzo poczciwego i przyzwoitego.
— Któż to taki?
— Ja sam. Będę się z nim świetnie bawił. Pójdę mianowicie spać. Proszę was jednak, zbudźcie mnie o północy.
— Możecie być spokojni. Nie zaśpię.
Rozstali się.
Zbliżał się zachód słońca. André spojrzał przez okno i mruknął:
— Z dzisiejszym dniem dzieje się to samo, co z tą drugą flaszką wina, — i on, i ona zbliżają się do kresu. Trzeba opróżnić flaszeczkę do dna. Mam wrażenie, że po głowie biega mi tabun koni, zataczając jakieś kręgi; nogi mam coraz bardziej krzywe. Powoli tracę rozum.
Chwiejnym krokiem podszedł do drzwi, zaryglował je, potem zbliżył się do leżącej na środku pokoju wiązki siana, rozciągnął się i po chwili zapadł w sen. Pod wpływem wina, do którego nie był przyzwyczajony, spał doskonale. Zbudziło go pukanie do drzwi.
— Sennor, sennor! — wołał ktoś półgłosem za drzwiami.

42