Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Po jakimś czasie Niedźwiedzie Serce zatrzymał konia i, kiedy zbliżyli się pozostali, rzekł:
— Wjechali do lasu.
— Pozwól nam pan zsiąść z koni, sennor Juarez, — zawołał Sternau.
— Tu, na prerji?
— Niema w tem nic niebezpiecznego; zostaniecie tutaj, ja zaś z Niedźwiedziem Okiem pójdę wypatrzyć tych ludzi.
Oddał wodze swego konia Ungerowi. Niedźwiedzie Serce zsiadł również i ruszył za nim.
Prerja nie była tu szeroka; tworzyła wąski pas, ciągnący się wzdłuż brzegu lasu, w którym zniknęli ścigani.
Sternau i wódz Apaczów podeszli do skraju i zaczęli się czołgać wzdłuż niego. Pod drzewami panowała zupełna niemal ciemność. Po kilku minutach nastała noc. Niezadługo ujrzeli przed sobą wśród drzew jasne światło.
— Są tam — rzekł wódz. — Rozdzielmy się.
— A gdzie się spotkamy?
— Pod drzewem, pod którem obecnie stoimy.
— Jakże ruszymy?
— Ja na prawo, ty zaś na lewo. Musimy się naprzód dowiedzieć, gdzie są konie; poznamy je po parskaniu.
W chwilę później Apacz znikł.
Sternau wszedł sam w głąb lasu. Idąc od drzewa do drzewa, nasłuchiwał, czy obóz czuwa jeszcze, czy też ułożył się do spoczynku.

108