Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Podjechał wolno do wodzów i również zsiadł z konia.
— Czy mój biały brat widzi te ślady? — zapytał Niedźwiedzie Serce, wskazując ręką. — Szerokość ich dowodzi, że byli tu biali.
Niedźwiedzie Oko wymierzył tę szerokość i oświadczył:
— Było jeźdźców dziesięć razy po cztery.
— Przybyli z południa. Jadą naszą drogą i z pewnością spotkają się z Anglikiem. Któż to być może?
— Czy widzą moi czerwoni bracia, — zapytał Sternau — że ślady są jeszcze świeże?
— Tak — potwierdził Niedźwiedzie Oko. — Minęła zaledwie połowa czasu, którą blade twarze nazywają godziną.
— Słusznie. Mieliśmy ruszyć na północ dopiero później, ale, ze względu na ślady tych strzelców, musimy podążyć za nimi.
Ruszyli więc na północ. Ślady coraz świeższe, świadczyły, że ścigający jadą prędzej, aniżeli ścigani.
Minęło jakie pół godziny. Słońce było już na skłonie, zbliżał się wieczór. Niedźwiedzie Serce podniósł się w siodle i, wskazując przed siebie, zawołał:
Uff! Oto są.
— Czy dogonimy ich? — zapytał Juarez.
— Nie — odparł zapytany. — Musimy śledzić tych jeźdźców, aby wykryć ich zamiary. Zajmie się tem Niedźwiedzie Serce.
Po tych słowach spiął konia ostrogami.
Z porady Sternaua oddział rozdzielił się na parę grup, aby ścigani nie dostrzegli przewagi.

107