Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To ten sam, który zamknął mego teścia, — dodał Unger, wymierzając rannemu potężnego kopniaka.
— Czy o nim mówił Niedźwiedzie Oko? — rzekł Sternau.
— Tak jest — potwierdził Apacz.
— Starajcie się utrzymać go przy życiu. Może uda nam się dowiedzieć czegoś. Jaką odniósł ranę?
— Przestrzelone ma płuca.
Sternau nachylił się, zbadał ranę i rzekł:
— Niema mowy o ratunku.
— Niema mowy — jęknął ranny napół przytomny. — Ach, ta twarz!
W oczach jego malowało się niesłychane przerażenie. Spojrzawszy na leżącego obok kapitana, wycharczał:
— Zabity! Nie żyje. Któż odda list?
— Jaki list? — zapytał Sternau.
— List do Corteja — odpowiedział umierający głosem człowieka, któremu krew zalewa usta.
— Gdzie jest obecnie Cortejo?
— Nad, nad... San Juanem.
— A list?
Ogień oświetlał twarz umierającego. Policzki miał blade, milczał; nie miał siły odpowiedzieć.
Sternau potrząsnął nim i zawołał głośno:
— Gdzie jest list?
Otworzył powoli oczy i szepnął:
— W bucie...
— W czyim bucie?
Zapytany zamknął oczy. Śmierć wyciągnęła do niego rękę. Nie pomagały żadne pytynia. Ustami rzu-

119