Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/69

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


względnością; Sternau ciągnął tymczasem z całą swobodą:
— Tak, poznałem Juareza, i to podczas...
— Pytałem, gdzie jest Juarez! — zawołał pułkownik Laramel tonem rozkazującym.
Sternau odwrócił się z uśmiechem, w którym było wszystko, co mogło obrazić pułkownika, i rzekł:
— Panie pułkowniku! Nie przemawia pan do kompanji karnej, lecz siedzi przed człowiekiem, który przywykł mówić tak, jak mu się podoba. Nie lubię, gdy mi ktoś przerywa, potrafię jednak znieść to czasem, o ile przerywa w uprzejmej formie. Ponieważ forma nie jest zachowana, muszę zwrócić uwagę, że przybyłem tutaj, by pomówić z panem komendantem, a nie z pułkownikiem Laramel.
Takiej reprymendy pułkownik nie słyszał zapewne jeszcze nigdy w życiu. Podniósł się więc i chwycił za rapir.
Monsieur, chce mnie pan obrazić? — zawołał.
— Skądże znowu — odparł Sternau ze spokojem. — Chcę tylko, aby mnie traktowano tak, jak się to należy każdemu wykształconemu człowiekowi.
Chcąc uniknąć konfliktu, komendant rzekł:
— To wystarczy. Pan doktór oświadczył, iż nie chciał obrażać pana pułkownika Laramela, wobec tego uprzejmie proszę pana pułkownika, by mu pozwolił mówić dalej. Uważam incydent za wyczerpany. — Cóż dalej?
Ostatnie słowa były skierowane do Sternaua. Ponieważ komendant wypowiedział je tonem uprzejmym Sternau skłonił się grzecznie i ciągnął dalej:

63