Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Skoro zaś usłyszycie zdala czwarty okrzyk, to wiedzcie, że jestem w drodze do Juareza.
— Będziemy bacznie uważać, mister.
— Dobrze. Zatem przygoda może się rozpocząć.
Sępi Dziób sięgnął do kieszeni spodni, świeżych jak prosto z igły, wyciągnął potężną szczyptę tabaki do żucia i odgryzł, ile się dało.
— Ależ sir, lord nie żuje tabaki, — roześmiał się sternik.
Pah! I lord przecie żyje! — odparł myśliwy. — Czemużby lordowie mieli pozbawić się najsubtelniejszej rozkoszy życia? Wszyscy lordowie żują, ale czynią to tak, że nie znać tego po nich.
Mówiąc to, wziął pod pachę parasol i skoczył do czółna. Wnet potem kazał obu majtkom wiosłować w kierunku wybrzeża. — —

138