Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ju panował nieporządek — głos ludu powołał mnie na prezydenta. Przyjąłem tę godność. Czułem, że mam dość siły, by podołać zadaniu. Udało mi się to istotnie. Dałem krajowi pokój, płaciłem regularnie długi. Gdy jednak nie chciałem dostarczyć miljonowych sum, wynikłych wskutek oszustwa, Anglja, Francja i Hiszpanja połączyły się, aby mnie zmusić do zapłaty. Po jakimś czasie Anglja i Hiszpanja ustąpiły, widząc, że mam rację. Tylko Francja ustąpić nie chciała; wysłała przeciw mnie swe legjony. Chwilowo nie miałem siły się oprzeć. A gdy Meksykanin nie chce znosić obcego jarzma, mienią go bandytą, pozbawiają życia. Czy wszelkie poczucie prawa i sprawiedliwości zamarło w was? Czyż wolno jednemu miastu usuwać burmistrza drugiego, obcego miasta? Czy wolno regentowi obcemu, który sam wdarł się na tron bezprawnie, usuwać regenta krajowego? Nie! Nigdy! Mogłem ustąpić przed siłą, mogłem cofnąć się, mogłem czekać na przyjście odpowiedniej chwili, kto jednak zechce na tej podstawie twierdzić, że nie jestem prezydentem Meksyku, ten, albo jest warjatem, albo nie ma sumienia i należy do rabusiów, dybiących na naszą własność. Powiedziano w Starym Testamencie: Oko za oko, ząb za ząb. Czy mam stosować tę zasadę wobec was, sennores? Czy mam pomścić zabitych, którzy padli, broniąc ziemi przed waszym najazdem? Czy mam pomścić niewinnych, zamordowanych na podstawie tego manifestu? Czy mam wykonać manifest na tych, którzy go wydali? Czy mam was, Basaine’a i tego, którego nazywacie cesarzem Meksyku, traktować jak bandytów? Czy mam zabić ich, skoro się dostaną w me ręce? Synowie cywilizacji, siejecie

92