Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Opuścił hacjendę na jakiś czas.
— Dokąd się udał?
Rozległo się wołanie sowy.
— Chcecie wiedzieć zbyt wiele — rzekł capitano. — Kiedy przyłączycie się do nas, będziecie mogli pytać.
— Musimy przedtem wiedzieć, dokąd obecnie ruszacie.
— Ruszamy nad Rio del Norte, by wygarbować skórę pewnemu Anglikowi, o ile nie zechce nam dać pieniędzy.
Unger zacisnął zęby i mruknął półgłosem:
— Nie przyjdzie wam to łatwo.
— Co takiego? — zapytał capitano zdumiony. — Nie rozumiem was.
— Powiem wam wyraźnie: idź do djabła, kanaljo!
Nie panował już nad sobą. Rzuciwszy ostatnie słowa, wyciągnął rewolwer, przyłożył kapitanowi do skroni i nacisnął cyngiel. Padł strzał — capitano zwalił się na ziemię.
Reszta osłupiała na chwilę. Unger skorzystał i raz po raz strzelał. Mariano również strzelił kilkakrotnie. Spora chwila minęła, zanim napadnięci chwycili za broń, ale teraz właśnie rozległ się głos Sternaua.
— Ognia!
Padła salwa, podobna do armatniego strzału. Po drugiej salwie nie było już do kogo strzelać. Wszyscy ludzie leżeli pokotem na ziemi. Nic dziwnego. Dwieście strzałów, danych z bliskiej odległości do pięćdziesięciu ludzi, musiało ich położyć trupem.

117