Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zapaliwszy świecę, poprowadził trappera do pokoju Emilji. Nosiła jeszcze strój wieczorowy.
— Cieszę się, że pana widzę, — rzekła przyjaźnie. — Cóżeśmy porabiali?
— Spałem.
— Dobrze pan uczynił, bo resztę nocy zużyje pan na co innego.
— Sądzi więc pani, że będę mógł teraz wyruszyć?
— Tak jest. Nietylko może pan, lecz musi.
— Stało się coś, sennorita?
— Coś złego.
Opowiedziała, że pułkownik Laramel przywiózł rozkaz, na którego podstawie następnej nocy, tuż przed świtem, mają zostać rozstrzelani wszyscy zakładnicy w myśl dekretu z dnia trzeciego października.
Mały André zbladł.
— Mój Boże, któż zechce i potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność za tę zbrodnię! — zawołał.
Jutrzejszejszego ranka, w tajemnicy przed mieszkańcami miasta i krewnymi, skazańcy zostaną zawiadomieni, że śmierć ich czeka. O drugiej w nocy Francuzi wyprowadzą ich przed miasto i dokonają egzekucji. Czy Juarez może przybyć do tego czasu?
— Może.
— Ale czy to prawdopobne?
— Sennorita, ruszam natychmiast w drogę i zawiadomię go o wszystkiem!
— Gdyby nie przybył na umówione miejsce, jedźcie mu naprzeciw. Będę czekała do jutra, do północy. Jeżeli do tego czasu nie otrzymam wiadomości od pre-

44