Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wynika. Natomiast kropla rumu na języku nie przeszkadza mówieniu.
Pociągnął powściągliwie ze szklanki. Prawdziwy westman rzadko bywa pijakiem.
— Jestem ciekaw, co mi pan opowie, — rzekł Dryden.
Jankes skinął głową i z przemyślnym uśmiechem odparł:
— A ja jestem ciekaw, jak pan to przyjmie.
— A zatem wieści naprawdę ważne dla naszej wyprawy?
— Tak, a nawet ważne z innych względów.
Z miną tajemniczą i szelmowską zaczął opowiadać:
— A więc zajeżdżam do fortu Guadelupa do starego Pirnera — chłop naschwał, ale swoją drogą wybitny osioł, sir.
Odwrócił się i splunął, zapewne na wspomnienie rozmowy z Pirnerem, tak celnie, że strzał ten przeleciał tuż nad Drydenem i znikł za otwartem okienkiem kajuty.
Dryden cofnął głowę.
— Proszę! — skarcił ostro trappera. — Czy wystrzał był we mnie mierzony?
— Nie obawiaj się, sir! — odparł trapper spokojnie. — Nie zwykłem nigdy chybiać. Nic panu nie grozi! A więc przybyłem do Guadelupy i znalazłem tam Czarnego Gerarda. Myślałem o tem, aby mnie zaprowadził do Paso del Norte, ale to było zbyteczne, gdyż Juarez przybywał do fortu. A przybył nie bez powodu. Czy wie pan, że walka się już rozpoczęła?
— Nie, nie wiem.

125