Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Otóż Juarez rozpoczął działania. Posiada poparcie Apaczów, którzy pobili na głowę wroga koło Guadelupy. Obecnie prezydent wyruszył na zdobycie Chihuahua; stamtąd pojedzie ku Monclovie, a następnie podąży na spotkanie z panem.
— Gdzie ma nastąpić?
— U zbiegu Rio Sabinas i Rio Salado. Według kalkulacji przybędziecie tam jednocześnie, jeśli pan wyruszy jutro rano, sir.
— Wyruszę jeszcze dziś wieczorem, o ile ciemności nie stoją na zawadzie.
— Bynajmniej. Rzeka jest dosyć szeroka, a woda tak błyszczy, że łatwo ją odróżnić od lądu.
— Czy Juarez przybędzie sam, czy też wyśle kogo w zastępstwie?
— Jak kalkuluję, sam przybędzie.
— Oczywiście z dosyć wielkim oddziałem.
— Rozumie się! Nie zabraknie ludzi, gdyż, skoro tylko zjawi się w Chihuahua, nadciągnie mnóstwo woluntarjuszy.
— A więc wie pan na pewno, że pokonał Francuzów?
— Na pewno, gdyż sam brałem udział w walce.
— Czy Juarez osobiście dowodził?
— Właściwie tak, aczkolwiek nie brał osobiście udziału w bitwie. Najwięcej zdziałali, przynajmniej z początku, Czarny Gerard, który miał bronić fortu, i Niedźwiedzie Oko, wódz Apaczów.
Sępi Dziób wypowiedział te słowa, mocno akcentując imię Indjanina. Dryden podniósł głowę:
— Niedźwiedzie Oko? Co za podobieństwo!

126