Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dziękuję sir; bardzo dobrze.
— A poselstwo?
— Wykonane. Jesteście gotowi do jazdy?
— Tak. Dwudziestu ludzi. Sądzę, że to wystarczy. Rozmawialiście z Juarezem?
— Owszem. Lecz spotkałem go nie w El Paso del Norte, tylko w forcie Guadelupie.
— Ach! Dowiedział się o waszem przybyciu i wyjechał na spotkanie?
— Nie, sir. Według moich kalkulacji, nic nie wiedział. Przybył, jakby to powiedzieć, z własnego popędu. Tam, w głębi kraju, zdarzyły się dziwne rzeczy, sir, o których muszę panu opowiedzieć.
Oczy niespokojnie obszukały kajutę. Dryden wskazał krzesło polowe:
— Siadajcie i opowiadajcie!
Hm! Nie jestem przygotowany do tak długiej opowieści, sir. Gardło łatwo mi przy mówieniu wysycha i jeśli...
— Ależ dobrze! — przerwał ze śmiechem Dryden. — Postaram się zaraz o kroplę, która doskonale zwilża zaschnięte gardło.
Otworzył szafkę, wyjął flaszkę i nalał pełną szklankę.
— Pijcie na zdrowie, mister Sępi Dziobie! Zapewne jesteście także głodni!
— Nie przeczę, sir, ale głód może jeszcze poczekać. Jedzenie przeszkadza opowiadaniu. Słowa chcą wyjść nazewnątrz, a kęs gramoli się do wnętrza; spotykają się, zderzają, a z tego, kalkuluję, nic dobrego nie

124