Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Prawdopodobnie do dzisiejszego wieczora.
— Nie przenocujecie tutaj?
— Nie. Kupię tylko nieco amunicji i ruszam w dalszą drogę.
— A więc istotnie się pomyliłem. Zamierzałem już dać wam tajemny, ukryty pokoik, w którym moglibyście się dowiedzieć wszystkiego, co wam jest potrzebne. Tymczasem sprawa przybiera inny obrót.
— Dziękuję wam, master; nie jestem szpiegiem, gdybym nim był, chętnie przyjąłbym waszą propozycję.
Hm, hm, człowiek się myli czasami. Czy nie chcielibyście wypić jeszcze szklaneczki pulque?
— Nie. Nie skończyłem jeszcze pierwszej.
— Pytałem tylko z grzeczności. I tak nie mógłbym was obsłużyć, ponieważ muszę wyjść.
— Idźcie w Imię Boga. Mogę was zapewnić, że do czasu waszego powrotu nie opróżnię tej szklanki, choćbyście wrócili dopiero na Sądny Dzień. Pogorzelec panicznie boi się ognia.
Gospodarz wyszedł; oglądając się na wszystkie strony, przebiegł przez ulicę i wszedł do bramy wielkiego domu. Oczekiwał go stary dozorca.
— Idźcie na górę, sennor! Służąca czeka w przedpokoju.
Na górze służąca zaprowadziła oberżystę do tego samego pokoju, w którym niegdyś Czarny Gerard rozmawiał z piękną sojuszniczką Juareza — Emilją.
— Wybacz, sennor, że cię niepokoiłam, — powitała Emilja gospodarza.
— Ależ, sennorita, jestem zawsze do pani usług.

31