Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To może tylko powiedzieć poszukiwacz złota. Przecież Juarez nie zechce się narażać na niewolę, lub rozstrzelanie?
— Przypuszcza pan, panie pułkowniku, że przybędzie w niewielkiem otoczeniu?
— Może przyłączy się do niego kilku awanturników.
— Znowu się pan myli. Prowadzi ze sobą kilkuset Apaczów.
Pah! Kilka tysięcy nie zawładnie miastem.
— Mogą się jednak podkraść.
— Cóż to szkodzi? — rzekł komendant, wzruszając lekceważąco ramionami.
— Skąd pewność, że Juarez nie znajduje się już w mieście wraz ze swoimi Apaczami? Ma tutaj wielu zwolenników.
Zabrał głos pułkownik Laramel.
— Zachowując cały respekt dla pani informacyj, — rzekł — muszę zauważyć, że gdyby Juarez znajdował się obecnie w mieście, wystarczyłby mój rozkaz, a dragoni wyrzuciliby go wraz z jego przybłędami.
— Niech tylko spróbują! — rzekł ktoś głośno przy drzwiach.
Oficerowie ujrzeli człowieka, ubranego w strój meksykański, o twarzy zdradzającej pochodzenie indjańskie. Obrzucił towarzystwo bystrem spojrzeniem. Na ustach jego pojawił się uśmiech dumny, pełen godności.
— Któż to się odważa wchodzić? — rzekł komendant — Kto pan taki?

85