Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Słowem, chcielibyście się zwerbować?
— Coś w tym rodzaju.
— Dlaczegóżto zamierzacie służyć Francuzom?
— Bo to rodacy mego towarzysza.
— Przyczyna słuszna, lecz Basaine nie potrzebuje ludzi.
— W takim razie jechaliśmy napróżno.
— Tak; chyba, że usłuchacie dobrej rady.
— Dobrej rady słuchamy chętnie — rzekł Mariano.
— A więc, krótko mówiąc, moglibyście u nas znaleźć zajęcie.
— U was? Hm. Kimże jesteście?
— Słyszeliście o Panterze Południa?
— Niejednokrotnie.
— A o Corteju?
— Nie przypominam sobie.
— Otóż ci dwaj połączyli się, aby Cortejo mógł zostać prezydentem.
— Do licha! Musi to być niegłupi człowiek.
— Werbuje ludzi. Skoro mu się powiedzie, każdy ze zwolenników może liczyć na dobre stanowisko. Macie ochotę przystać do nas?
Hm. Trzeba się naprzód namyśleć. Gdzież przebywa teraz ten Cortejo?
— W hacjendzie del Erina.
Ledwie potrafili zataić wrażenie, wywołane tą niespodzianą wiadomością.
— Del Erina? — zapytał Unger. — Czy to jego własność?
— Oczywiście. Znacie ją?
— Tak. Przed laty raz tam nocowałem. Wtedy

115