Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/94

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oporu. Otóż i klucznik. Niech pani pozwoli, aby ją odprowadził do mieszkania; proszę tam czekać na wiadomość.
Spełniła polecenie; Sternau udał się do wartowni. — —
Żołnierze wartowni nie mieli pojęcia o tem, co zaszło na pierwszem piętrze. Obezwładnienie oficerów odbyło się z tak niesłychaną szybkością, że żaden z nich nie pomyślał o wezwaniu pomocy.
Żołnierze siedzieli na ławkach, opowiadając sobie kawały koszarowe; przerazili się niemało, gdy drzwi się otwarły i weszło trzydziestu Apaczów, aby w okamgnieniu zawładnąć wiszącemi na ścianie strzelbami. Rozprawa trwała krótko. Gdy już powalono i związano żołnierzy, Sternau kazał zamknąć bramę, aby wszystko, co się stało w ratuszu i co się jeszcze stać miało, nie doszło do wiadomości mieszkańców. — —
Tymczasem na górze Juarez prowadził poważną dyskusję z komendantem. Jeńcowi zdjęto knebel, aby mógł mówić. Juarez pozwolił mu usiąść na krześle; pozostali leżeli na podłodze. Juarez rzekł:
— Podsłuchałem część waszej rozmowy z sennoritą Emilją. Mam wrażenie, że jesteście komendantem Chihuahua. Nie mylę się?
— Nie — odparł zapytany lakonicznie.
— W takim razie chciałbym sobie pozwolić na małą pogawędkę.
Komendant odparł szybko:
— Nie powiem słowa, dopóki nie zostaną mi zdjęte więzy. Tylko barbarzyńcy wiążą oficerów!
— Macie rację, monsieur, — odparł Juarez ze spo-

88