Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ośmiu tych sennorów kazałem związać i pozostawić w tem samem miejscu, w którem pilnowali zakładników.
— Doskonale. Widzę jednak kilku ludzi, noszących strzelby.
— Mam zamiar uzbroić tych sennorów w broń żołnierzy. Oni gotowi umrzeć i walczyć za was.
— Dziękuję wam, sennores, — odparł prezydent. — Wielka to i pożądana pomoc.
Wyciągnął do nich rękę. Dopiero teraz zorjentowali się, kto przed nimi stoi. Wydali okrzyk radości i głębokiej czci; ręce wszystkich wyciągnęły się do Juareza. Nie można było jednak tracić czasu. Juarez rzekł:
— Naprzód uzbroicie się, sennores, później postanowimy, jak należy ukarać popełnioną nikczemność.
Zaprowadził ich do wartowni. Otrzymali od Meksykan strzelby i bagnety. Indjanom polecono przetransportować żołnierzy do piwnicy, poczem Juarez wraz ze Sternauem i Meksykanami wrócił do oficerów na górę.
Na widok zawieszonego pod sufitem pułkownika, który nie dawał już znaku życia, Meksykanie wydali okrzyk grozy.
— Oto, sennores, początek mego sądu nad przestępcami — rzekł Juarez, wskazując zwisające z lassa zwłoki pułkownika. — Ten pułkownik był naszym najzacieklejszym wrogiem. Jemu to przypisać należy, że miano was rozstrzelać. Mimo to byłem gotów jemu i pozostałym darować życie; ponieważ jednak nie chcieli w zaślepieniu opuścić miasta na me żądanie, kazałem

100