Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


sobę dyplomatyczną, po drugie, — zatrzymam pana jako swego jeńca.
Sternau założył nogę na nogę i odparł spokojnie:
— Nie mówmy o punkcie drugim, na to teraz nie pora. Co się zaś tyczy pierwszego, to bez względu na opór panów, spełnię otrzymane polecenie. Chciałem panom oświadczyć, że...
Przerwał, podszedł bowiem do niego pułkownik Laramel i zawołał gniewnie:
— Ani słowa więcej! Każde słowo będę uważać za obrazę.
Sternau wzruszył ramionami:
— Powiedziałem już, że przybyłem tutaj, aby pomówić z komendantem Chihuahua, a nie z kim innym. Jeżeli nie chcecie wysłuchać pełnomocnika Juareza, to może nie zaszkodzi wysłuchać człowieka, którego informacje mogą przynieść tylko korzyść.
— Nie spodziewam się po nich żadnych korzyści — odparł ostro komendant.
— Mogą przynajmniej zapobiec dalszym szkodom, choć nie są oczywiście w stanie zmienić tego, co zaszło. Jeżeli nie chcą panowie uznać Juareza za osobę, z którą można prowadzić urzędowe pertraktacje, niech przemówią fakty.
— Cóżto za fakty? — zapytał komendant szyderczo. — Chce pan mówić o jego ucieczce, bezsilności i bezradności?
— Ucieczka? Nie uciekł, cofnął się poprostu. Bezsilność? Czy naprawdę można nazwać bezsilnym człowieka, który zniszczył wasze ostatnie plany?
— Proszę liczyć się ze słowami! — wybuchnął ko-

67