Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czegóż tu chce? Dlaczego ruszył naprzeciw? — zapytał Juarez.
— Musiało zajść coś ważnego.
— Zaraz się o tem dowiemy.
Mały trapper był już blisko. Koniowi zwisał z pyska język, oczy nabiegły krwią; stękał jak lokomotywa. Od czasu do czasu podrywał się wgórę w okropnych drgawkach. Tuż przed Juarezem wykonał ostatni skok.
— Na miłość Boską, zeskoczcie na ziemię — zawołał Juarez.
Mały André stał już na ziemi. Koń padł na plecy i nie mógł się podnieść. André wyciągnął z najzimniejszą krwią rewolwer i wpakował kulę w oko wyczerpanego zwierzęcia.
— Cóż to się stało, sennor André? — zapytał prezydent. — Gnaliście jak wicher.
— O tak, sennor, — odparł mały jeździec. — Za kilka minut cały nasz oddział ruszy z taką samą szybkością. Przysyła mnie sennorita Emilja. Opuściłem ją przed dziewięcioma godzinami.
— Nie może byc!
— Popatrzcie na mego konia! Zajeździłem go na śmierć.
Biali strzelcy otoczyli przybysza kołem; Indjanie pozostali wtyle, nie interesując się jego osobą.
— Przybywam w związku z dekretem Maksymiijana, mocą którego każdy republikanin powinien być karany śmiercią jako bandyta, — ciągnął mały strzelec.
Oczy prezydenta zabłysły.
— Nigdybym nie przypuścił, że ten dekret wej-

49