Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


go powiesić, aby przekonali się ci sennores, że nie żartuję. Reszta zostanie w najbliższym czasie potopiona i to w tem samem miejscu, gdzie panowie mieliście śmierć ponieść. Ten akt sprawiedliwości należał się tym wszystkim, którzy zginęli z morderczych rąk najeźdźcy.
Słowa Juareza wywarły silne wrażenie na Meksykanach. Sternau rzekł:
— Pan nazywa pojmanych oficerów zaślepionymi? To więcej, niż zaślepienie. To obłęd! Jesteśmy panami kwatery głównej; obsadziliśmy miasto. Czemże jest garstka Francuzów wobec naszych pięciuset Apaczów? Jeżeli dodać białych strzelców i przewodników, oraz obywateli-patrjotów, którzy czekają tylko na rozkaz chwycenia za broń, okaże się, że opór byłby co najmniej niewczesny.
Sternau wypowiedział te słowa celowo, wywarły też skutek. Komendant ruchami skrępowanego ciała dał znak, że chce mówić. Na skinienie prezydenta jeden z Indjan wyjął mu z ust knebel.
— Czy nadal podtrzymujecie propozycję, sennor?
— Nie skorzystaliście z wyznaczonego terminu. Musicie więc ponieść konsekwencje.
Oficer zorjentował się, że nie uniknie haniebnej śmierci. To do reszty złamało jego butę.
— Gdybym jednak poprosił o względy dla żołnierzy, którzy śmierć mają ponieść?
Po chwili wahania Juarez zwrócił się do Sternaua:
— Cóż pan sądzi, sennor?

101