Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jako chrześcijanin uważam, że lepiej przebaczyć, niż mścić się. Ale to nie moja sprawa.
— Będę jednak miał pańskie zdanie na uwadze.
Zwracając się do komendanta, rzekł:
— Jak widzicie, jestem skłonny do łagodności, ale radzę nie opierać mi się i nie pobudzać mojej surowości. A więc, oddajecie Chihuahua, nie próbując skłaniać podwładnych do oporu?
— Tak.
— Opuszczacie prowincję i śpiesznym marszem przez Durango, Zacatecas i Guanajuato wracacie wprost do Meksyku?
— Tak.
— Obiecujecie nigdy przeciwko mnie nie walczyć, pan i wszystkie wojska francuskie, znajdujące się obecnie w Chihuahua?
— Obiecuję w imieniu wojska.
— Sporządzimy odnośny akt na piśmie, podpiszą go wszyscy oficerowie. Zgoda?
— Tak!
— Jeszcze jedno. Czy kobieta, którą przychwytaliśmy z wami, jest szpiegiem?
Komendant milczał zakłopotany.
— To milczenie jest dla mnie najwyraźniejszą odpowiedzią. Ta kobieta-szpieg zasłużyła na stryczek, lecz zabójstwo zabłąkanej nie przynosi chwały. Nie ścierpię jej jednak wpobliżu.
— Może jej sennor pozwoli uda się wraz z nami do Meksyku?
Hm. Gotowiście po drodze zostawić ją gdzieś, aby znowu zaczęła działać przeciwko mnie.

102