Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oczywiście. Nikt nie powinien nas spotkać.
— Tam na prawo ciągnie się las, w którym będzie można wierzchowce przywiązać.
Uczyniwszy to, ujęli broń w ręce i ruszyli w kierunku miasta. Weszli do Chihuahua tą samą ulicą, przez którą wczoraj wjechał i wyjechał André.
André wszedł w jedną z bocznych ulic, Sternau mu towarzyszył.
— Na lewo stoi venta, gdzie popasałem, — szepnął mały.
— A dom, w którym mieszka sennorita?
— To ten wysoki, szeroki budynek na prawo.
— Nie widać świateł, ale wejdźmy.
— Na noc zwykle zamykają okienice.
Na ulicy było ciemno; nikt nie zauważył przybyszów. Brama domu, w którym mieszkała Emilja, była tylko przymknięta, weszli więc wprost do sieni, zupełnie ciemnej. Jakiś głos zapytał:
— Kto idzie?
— Kto pyta? — odparł mały strzelec.
— Dozorca.
— To ja, André.
— Dzięki Bogu, sennor! Czekaliśmy na was z utęsknieniem. Czyście zamknęli za sobą bramę?
— Tak.
— Więc mogę zapalić światło? Myślałem już, że nie przyjdziecie.
— Sennorita w domu?
— Tak. Oczekuje was z wielkim niepokojem.
Stary zapalił światło i rzekł:

54