Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie przyjdzie.
— Czy nie przyjdzie również w tym wypadku, jeżeli go zamianuję prezydentem najwyższego trybunału?
— Był nim niegdyś. Teraz jest prezydentem kraju.
— Generale! Teraz obraża mnie pan naprawdę.
— Już milczę. Niech mi tylko Najjaśniejszy Pan pozwoli jeszcze zapytać, czy dekret będzie podpisany?
— Tak, jutro.
— Najjaśniejszy Panie, błagam, nie czyńcie tego!
— To rzecz postanowiona. Tak się stanie, generale.
Mejia ukląkł przed cesarzem.
— Najjaśniejszy Panie! Z chwilą podpisania, pod murami twierdzy, w miejscu, w którem się klęczy z przepaską na oczach, będzie na was czekać grób. Nie opuszczę was, Najjaśniejszy Panie; dzień waszej śmierci będzie i moim dniem ostatnim. Błagam nie ze względu na siebie, ani na nikogo innego, tylko ze względu na was, mój cesarzu. Nie czyńcie tego!
— Niech pan wstanie, generale! — odparł Maksymiljan rozgniewany.
— Nie wstanę, dopóki...
— Rozkazuję, by pan wstał! To jakieś fantazje!
Cesarz mówił tonem chłodnym, niemal ironicznym. Dzielny, bohaterski generał nie znosił tego tonu. Wstał więc z klęczek, popatrzył litościwym wzrokiem na cesarza i zawołał:
— A więc nie mogę mieć żadnej nadziei?
— Żadnej. Nawet cesarzowa jest tego samego zdania, co ja.
Mejia zbladł i odparł:

13