Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czemuż mam przypisywać zaszczyt odwiedzin pana doktora? — zapytał komendant.
— Zawdzięczam to przypadkowi, który zaskoczył mnie równie niespodzianie, jak panów zaskoczyła moja wizyta, — odparł Sternau. — Przedewszystkiem pozwolę sobie zauważyć, że jestem Niemcem.
Oficer skinął chłodno głową i rzekł:
— Domyśliłem się tego po dźwięku nazwiska.
— Z przyczyn, które do sprawy nie należą, bawiłem przez dłuższy czas nad morzami południowemi. Względy rodzinne zmusiły mnie do udania się stamtąd do Meksyku. Wybrałem drogę, idącą w kierunku granicy Nowego Meksyku.
Eh bien! — rzekł Francuz zaciekawiony.
— Podczas pewnego popasu miałem nieoczekiwaną przyjemność poznać człowieka, którego imię jest ścisle związane z historją Meksyku. Domyślacie się zapewne panowie o kim mówię?
— Tam do licha, chyba o Juarezie! — zawołał pułkownik Laramel, zrywając się z krzesła. — Czy zgadłem?
— Tak, panie pułkowniku.
— Świetnie. Nareszcie dowiemy się jakichś bliższych szczegółów. Gdzież tkwi teraz?
— Proszę naprzód pozwolić mi mówić dalej — rzekł Sternau uprzejmym tonem.
— Na to jeszcze będzie czas. Proszę przedewszystkiem odpowiedzieć na moje pytanie! To rzecz najważniejsza.
Słowa te zostały wypowiedziane z niezwykłą bez-

62