Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/59

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nie, jeżeli, jak to pan przypuszczał przed chwilą, nie zechcą pana uznać, i potraktują jak jeńca?
— O to się nie martwię A gdyby mi się nawet coś stać miało, mogę przecież liczyć na przyjaciół. Adios, sennores!
Wspiął konia ostrogami i ruszył wraz z André’em.
Po kilkuminutowej jeździe odwrócił się i zobaczył, że oddział, złożony z najszybszych jeźdźców, podąża za nimi.
— Jest teraz dziesiąta — rzekł po niemiecku. — Droga trwa jedenaście godzin, będziemy więc o dziewiątej wieczorem w Chihuahua. To wystarczy. Czy wiadomo panu dokładnie, w jakim miejscu ma się odbyć egzekucja?
— Nie — odparł André. — Ale na pewno sennorita będzie wiedziała.
— Udam się do niej wraz z wami.
Ruszyli tą samą drogą, którą przybył André. Minęło przedpołudnie, południe słońce już się chyliło ku zachodowi, a nasi dwaj jeźdźcy nie zatrzymywali koni. Narażali je w ten sposób na pewną zagładę, nie można się było jednak z tem liczyć.
Wieczorem, dotarłszy do Rio Conchos, zatrzymali się, aby konie wypoczęły nieco i nie wchodziły do wody spienione. Przeprawiwszy się przez rzekę, ruszyli znowu w pełnym galopie.
Niedaleko miasta Sternau zwrócił się do małego trappera:
— Czy znajdzie się tutaj jakieś bezpieczne schronienie dla koni?
— Tak. Pójdziemy do miasta pieszo?

53