Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pojedziecie dalej. Tak, czy inaczej, znajdziecie Juareza. Ale proszę was, miejcie się na baczności. Jeśli mnie schwytają w niewolę — znaczy, że zamierzają ograbić nasz ładunek. Spróbują zatem napaść na was w nocy.
— Będziemy czuwać.
— Nabijcie armaty kartaczami, ale czyńcie to tak, aby z brzegu nie zauważono. Dobrze, że działa są powleczone płótnem.
— Ale pan? Obawiam się o pańską całość!
— Nie lękaj się sir! Mnie niepodobna więzić. Jeśli mnie nawet schwytają, to umknę. A następnie pośpieszę do Juareza.
— A w jaki sposób?
Zapytany wystrzelił śliną ku rzece.
— Oczywiście konno.
— Nie posiadając wierzchowca?
— Ja nie posiadam, ale oni tam na pewno mają rumaków poddostatkiem. Zresztą, znam dobrze ten zakątek. Teraz jest jeszcze dosyć jasno; zanim noc zapadnie, dotrę do prerji i o świcie, o ile tylko koń okaże się znośny, będę u Juareza. Prezydent nie będzie zwlekał, aby schwytać za czuprynę tych łotrów.
— Ale w jaki sposób będę wiedział, czy się z panem wrogo obejdą, i czy pan umknął?
— Napaść stwierdzicie na własne oczy, a ucieczkę — uszami. Czy zna pan krzyk meksykańskiego sępa?
— Tak; bardzo dobrze.
— Otóż, jeśli wydam taki krzyk, to znaczy, żem wolny. Przy drugim okrzyku — siedzę na koniu, a przy trzecim jestem już zupełnie przeświadczony, że umknę.

137