Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Sępi Dziób stał na mostku i pilnie wpatrywał się w rzekę; lord, tuż przy nim, wypytywał o setki szczegółów. — —

∗             ∗

Kiedy się wyjeżdża przeciw prądowi z miasta City, leżącego na lewym brzegu Rio Grande, na prawym brzegu natrafia się wkrótce na miejscowość Mier. Stąd zaś do Revilla i Belleville, gdzie Rio Salado wpada w Rio Grande, jest przeszło pięćdziesiąt mil.
Na całej tej długiej przestrzeni brzegi są gęsto zalesione. Las, obrąbiony gęstemi zagajnikami, już nieopodal brzegu wznosi potężne słupy drzew ku niebu.
Tędy jeździec przejedzie łatwo, podczas gdy zagajnik nadrzeczny nastręcza wiele trudności. — —
W gęstym cieniu lasu mknął znaczny oddział jeźdźców równolegle do brzegu, a wgórę rzeki. Wszyscy byli dobrze uzbrojeni, lecz siedzieli na zmęczonych wierzchowcach.
Na czele jechało dwóch jeźdźców. Jednym z nich był Pablo Cortejo, śmieszny pretendent do władzy nad Meksykiem. Rysy jego miały ponury wyraz; o, nie można było powiedzieć, aby był w dobrym humorze. Zresztą, wszyscy mieli nietęgie miny; snać udzieliło się im kwaśne usposobienie przywódcy, który oto rozmawiał ze swym sąsiadem, od czasu do czasu przeplatając zdania przekleństwami.

131