Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wi swego przybycia. Pułkownik Laramel bardzo chciałby panią poznać.

Komendant.

Uśmiechnęła się lekceważąco i zapytała myśliwca:
— Umie pan czytać po francusku?
— Od biedy — odparł André. — Urodziłem się i mieszkałem opodal francuskiej granicy; język francuski nie jest mi więc obcy.
— Czytajcie więc — rzekła, podając strzelcowi kartkę. — Oczywiście, pójdę na tertullię. Przeczuwam, że dowiem się tam czegoś, co prezydentowi przyniesie wielką korzyść.
— Kiedy pani wróci?
— O północy. Wtedy będzie pan mógł opuścić miasto.
— Dobrze, niechaj tak będzie, sennorita.
— Gdyby przedtem zaszło coś ważnego, dam panu znać. W każdym razie czekam na pana około północy. Dowidzenia, sennor.
— Dowidzenia, sennorita.
Ujął rękę Emilji i pocałował ją. —
W vencie zastał gospodarza samego. Starzec przywołał go ruchem ręki i zapytał:
— No cóż? Mówiliście z nią?
Myśliwiec prerji usiadł i skinął głową.
— Przyznajecie więc, że jesteście wysłannikiem prezydenta?
— Tak. Sennorita powiedziała mi, że jesteście pewnym człowiekiem. Juarez przybędzie tu wkrótce.

40