Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dze nieszczęście. Zawołał sternika. Był wieczór, dopiero co się ściemniło.
— Według własnej rachuby Sępi Dziób powinien już był wrócić — rzekł Dryden. — Nie mogę tracić czasu. Jeśli nie przybędzie w ciągu jutrzejszego dnia, wyruszymy.
— Bez przewodnika? — zapytał sternik.
— Dwaj ludzie z załogi znają nieco rzekę. Zresztą mniemam, że natkniemy się po drodze na Sępiego Dzioba.
— A jeśli przytrafił mu się jaki wypadek?
— W takim razie spróbuję sam sobie poradzić.
— A jeśli nawet nie dotarł do Juareza?
— W takim razie byłoby źle. Prezydent nie wiedziałby nic o mojem przybyciu i ładunek byłby zagrożony. Bądź co bądź, nie możemy tu marudzić. Jeśli wiatr będzie sprzyjał Francuzom, należy się spodziewać, że przybędą rychło i wszystko nam odbiorą.
— Kalkuluję, że obędą się ze smakiem.
Słowa te padły z odemkniętych drzwi kajuty. Obaj Anglicy obejrzeli się i poznali tak niecierpliwie wypatrywanego wysłańca.
— Sępi Dziób! — zawołał z zadowoleniem Dryden. — Bogu dzięki!
— Tak, Bogu dzięki! — rzekł trapper, zbliżając się. — To dopiero była heca! Sir, taka podróż — to nie przelewki. Co więcej, wróciwszy, nie znalazłem was odrazu. Nie sądziłem, że zatrzymacie się na tem miejscu.
— Ale wkońcu nas znaleźliście. Powiedzcie mi, jak wam się powiodło?

123