Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/70

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak mówiłem, poznałem Benita Juareza. Stało się to podczas wycieczki, którą urządził z Paso del Norte. Przypuszczam, iż nie popełnię zbrodni politycznej, jeżeli wyznam, że zainteresowałem się bardzo tym człowiekiem i, że miałem szczęście spotkać się z równem zainteresowaniem z tamtej strony.
— Chce pan przez to powiedzieć, że jest przyjacielem Juareza? — rzekł komendant poważnym tonem.
— Tak, właśnie to chciałem powiedzieć, — odparł Sternau bez lęku.
Komendant zmarszczył czoło.
— Mam wrażenie, że odznacza się pan niezwykłą szczerością.
— Przyzwyczaiłem się uważać szczerość za cnotę.
— Bywa ona czasami brzemienna w skutki, zwłaszcza, gdy się zmienia w nieostrożność.
— Mam nadzieję, że dotychczas nie popełniłem nieostrożności
— Przeciwnie. Oświadczył pan przecież, że jest zwolennikiem Juareza.
— Nic o tem nie mówiłem. Można przecież być czyimś osobistym przyjacielem, nie podzielając jego politycznych zapatrywań. Przejdźmy więc nad tem do porządku. Powtarzam, że miałem szczęście poznać Juareza i zdobyć jego zaufanie. Obecność moja tutaj jest tego dowodem, przybywam bowiem do was, jako wysłannik Zapoteki.
Ach! — zawołał komendant zdumiony. — Jest więc pan jego wysłannikiem? Może nawet jego pełnomocnikiem?

64