Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


oświadczy, że mam zamiar ruszyć natychmiast na ratusz i zająć go. Niech przedsięwezmą środki ostrożności; resztę pozostawiam pani sprytowi. Zjawię się w odpowiedniej chwili. Może się pani nie przebierać — strata czasu. Lepiej, by oficerowie myśleli, że pani przybiegła do nich zaraz po otrzymaniu tej wiadomości.
— Narzucę więc tylko mantylę. —
Gdy wszyscy troje opuścili dom, na ulicach było tak ciemno, że nie zauważyli Indjan, leżących na ziemi wzdłuż murów.
Tłumiąc kroki, dotarli do tylnej strony ratusza. Dozorca stał w bramie.
— Wszystko w porządku? — zapytał Juarez.
— Wszystko, sennor, — odparł stary.
— Gdzie wasz brat?
— Stoi ze ślepą latarką na schodach, aby was poprowadzić, sennor. Pójdę ostatni i zamknę drzwi.
— Oficerowie są razem?
— Tak.
— A gdzie Apacze? — zwrócił się Juarez półgłosem do Sternaua.
Ledwie zdążył wypowiedzieć pytanie, wyrosła w mrokach ciemna postać i szepnęła:
— Jesteśmy tutaj.
W jednej chwili stanęło obok niej pięćdziesięciu czerwonoskórych.
Gdyby ktoś chwilę później przypatrzył się górnemu piętru, zauważyłby, jak migoce i gaśnie ruchome światło to w tem, to w owem oknie. — —
Pułkownik Laramel powoli przychodził do siebie

82