Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


po uderzeniu pięścią, które mu zadał Sternau. Przytomność wróciła mu wprawdzie dawno, doznał jednak tak silnego wstrząsu mózgu, że jeszcze nie ostygło oszołomienie.
— Gdybym miał pod ręką tego łotra, kazałbym go zachłostać na śmierć! — rzekł gniewnie.
— Schwytamy go bezwątpienia — pocieszał komendant.
Zapukano do drzwi; gdy się otworzyły, oficerowie zerwali się ze zdumieniem ze swych miejsc. W drzwiach stanęła Emilja.
— Pani tutaj, sennorita? — zapytał komendant — O tak późnej porze?
— Nie jest to wprawdzie godzina wizyt, lecz obowiązek nakazywał mi odszukać panów.
— Obowiązek? To brzmi bardzo poważnie.
— Jest to też sprawa poważna, sennores.
— Proszę siadać; słuchamy.
Komendant podał Emilji krzesło; czyniąc odmowny ruch ręką, odrzekła:
— Proszę mi wybaczyć, sennor, że nie siadam. Przybywam w najwyższym pośpiechu, aby zakomunikować, iż grozi wam największe niebezpieczeństwo.
Komendant przestał się uprzejmie uśmiechać i zapytał poważnie:
— Niebezpieczeństwo?
— Zawiadamiam, że Juarez się zbliża.
— Ach, tylko tyle! Myślałem, że przynosi pani znacznie gorsze nowiny.
— Jestem zdumiona. Czyż to nie najgorsza nowina, jaką mogłam przynieść?

83