Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/52

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oczywiście — odparł gospodarz. — Lecz cóż się z wami dzieje? Jesteście wzburzeni.
— Muszę jechać natychmiast. Konia!
Pobiegł na podwórze. W krótkim przeciągu czasu osiodłał konia i przyprowadził przed bramę.
— Cóż to za bies was opętał? — zapytał gospodarz zdumiony.
— Dowiecie się później. Oto pieniądze za to, co zjadłem i wypiłem. — Po tych słowach sięgnął André do kieszeni i wyciągnął sakiewkę.
— Fraszka — rzekł Meksykanin. — Nie przyjmę od was pieniędzy.
Ale mały André szybko wcisnął coś w rękę gospodarzowi, spiął konia ostrogami, że zwierzę stanęło dęba, i raptem, jak z bicza strzelił, pognał przez bramę. Gdy stanął w niej gospodarz, dźwięk kopyt rozlegał się już na sąsiedniej ulicy.
— Ależ ten człowiek gna jak bies! — mruknął. — Widać nie byle co się musiało wydarzyć.
Podniósłszy rękę do światła, zawołał:
Santa Madonna, to nugget wielkości orzecha laskowego. Wart jest między braćmi dwadzieścia duros. Ten człowiek ma pieniądze. Niechaj go Bóg uchroni przed złamaniem nóg i karku! — —


46