Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak. Przybędzie na czas. Skazańcy są uratowani.
— Wam to mają do zawdzięczenia, sennor André. Trudno sobie wyobrazić, jakie męki przeżywają ci biedacy. Są przekonani, że czeka ich śmierć, że zostaną skrytobójczo zamordowani, nie pożegnawszy swoich najbliższych, nie sporządziwszy testamentu. — Spotkaliście Juareza w oznaczonem miejscu?
— Nie. Musiałem jechać naprzeciw.
— Daleko?
— Kawalątek drogi — rzekł mały André skromnie.
— Piętnaście mil geograficznych — poprawił Sternau.
Wyciągnęła do André’a ręce.
— Dziękuję, sennor, — rzekła, przyczem oczy jej zaszły łzami. — Dowiódł pan, że w drobnej postaci może kryć się wielkie serce. Czy dowiem się zaraz, co postanowiono uczynić dla uratowania skazańców?
Sternau powiedział:
— Przedewszystkiem ruszyliśmy tutaj, aby panią zawiadomić o zbliżającej się pomocy. Reszta okaże się w miarę okoliczności. Czy zna pani dokładnie miejsce, gdzie ma się odbyć egzekucja?
— Tak. Na prawo od ulicy, którąście przybyli do Chihuahua, ciągnie się w kierunku rzeki granica miasta. Zakreśla nad rzeką półkole, tworząc w tem miejscu coś w rodzaju cyplu. Na tym właśnie cyplu ma się odbyć egzekucja.
— Czy rzeka jest tam głęboka?
— Głęboka i rwąca. Francuzi mają zamiar po-

56