Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak.
— Dobrze więc. Na górze leżą związani przez nas żołnierze. Przyniesiemy ich tutaj, a wy otrzymacie broń. Śpieszmy się!
Drżącemi z radości rękami zwalniali się Meksykanie nawzajem z więzów. Na górze spotkali Juareza, który szukał Sternaua. — —
Gdy prezydent wszedł do pokoju, w którym znajdowali się oficerowie, zastał Francuzów w tej samej pozycji, w jakiej ich opuścił. Dał znak ręką. W jednej chwili Apacze skneblowali ich. Tylko komendantowi nie nałożono knebla.
— Czas minął, sennores, — rzekł Juarez. — Poddajecie się?
— Warunki wasze są za twarde. Mam nadzieję, że...
— Tak, czy nie?
— Śmierć nasza zostanie natychmiast pomszczona.
— Kpię sobie z tych pogróżek. A więc rezygnujecie z mojej łaski? Zgoda. Sądzicie zapewne, że nie będę miał odwagi napoić oficerów wodą meksykańską aż do zachłyśnięcia. Za waszą sprawą nam, Meksykanom, nieraz już woda sięgała powyżej szyi. Przekonacie się, że to nie przelewki, skoro, nie czekając terminu, już obecnie dam panom przedsmak tego, co was czeka.
Sacré! Cóż chcecie uczynić? — zapytał komendant, teraz dopiero naprawdę przerażony.
— Pułkownik Laramel — odparł prezydent — jest mordercą setek mych rodaków i nawet w uczciwej walce nigdy nie dawał pardonu; jemu to zawdzięczać

97