Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Trzeba przecież naprzód zwołać sąd i wydać wyrok.
— To niepotrzebne, kolego. Ta banda nie zasługuje na tyle ceremonij i kłopotów.
— Ma pan rację, a zresztą pełnomocnictwa, które mi pan przywiózł, wyraźnie mówią, iż mogę postępować według swego uznania. Bandytów należy rozstrzeliwać bez sądów.
— A więc jutro.
— Nie. Trzeba im pozostawić nieco czasu, aby się mogli pojednać z Bogiem. Kraj jest niezwykle religijny, wiadomość, że ludzie ci umarli bez sakramentów, bardziej rozjątrzyłaby ludność od egzekucji samej.
— Dobrze. Sądzę, że jeden dzień wystarczy. A więc pojutrze.
— Tak, pojutrze i to wczesnym rankiem; jeżeli będzie można, przed nastaniem dnia.
— Ze względu na świadków egzekucji?
— Tak jest. Egzekucja powinna się odbyć w zupełnej tajemnicy. Nikt nie powinien wiedzieć, kiedy nastąpi stracenie, z wyjątkiem spowiednika i jeszcze kilku osób. Fakt dokonany zaskoczy ludność; zrozumieją, że spóźniony opór do niczego nie doprowadzi. — —
Podczas, gdy oddział pułkownika Laramela wkroczył do miasta od południa, od północy zbliżał się do Chihuahua jakiś jeździec. Jechał na mizernym koniu, broń miał niepokaźną. Lubo, niepozorny i szczupły, nie wyglądał na wybitnego rycerza prerji, z pierwszego rzutu oka można było poznać, że to strzelec.
Nie jechał żadną wytkniętą drogą, zataczał łuk

22