Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rach. W kierunku gospody szedł jakiś podoficer, który podczas pobytu w Meksyku nauczył się nieco po hiszpańsku.
— Czy to venta sennora Montario? — zapytał.
— Owszem, jestem gospodarzem.
— Kwaterunek!
— Na jak długo?
— Któż to może wiedzieć?
— Ilu ludzi?
— Wystarczy na podbicie całej prowincji. Dowódcą jest pułkownik Laramel.
Gospodarz ściągnął brwi i rzekł:
— Znam go. Słyszałem, że to — odważny człowiek.
— Odważny? Każdy Francuz jest zuchem. Wskażcie mi kwaterę, sennor.
— Wejdźcie do izby gościnnej.
— Nie znajdziecie dla mnie osobnego pokoju?
— Owszem, owszem, znajdzie się; zaczekajcie jednak chwilowo w świetlicy.
Dzwoniąc ostrogami, wszedł Francuz butnie do gospody. Obejrzawszy pokój, pogardliwym wzrokiem obrzucił małego strzelca. Gdy się usadowił wyniośle na krzesełku, gospodarz postawił przed nim szklankę pulque. Podoficer skosztował, wypluł i cisnął szklanką o ziemię.
Fi donc! — zawołał. — Cóżto za napój? Wina!
— Nie mam wina — odparł gospodarz.
— Przynieście! — rozkazał Francuz.
— Przyniosę, ale musicie mi przedtem odpowie-

33