Strona:Karol May - Benito Juarez.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pułkownik Laramel skoczył na równe nogi, ujął rapir za rękojeść i zawołał gniewnie do komendanta:
— Panie kolego, czy i tę zniewagę pan zniesie?
Komendant wstał również.
— Nie — odparł. — Zwracając się do Sternaua, rzekł: — Nazwał nas pan zwykłymi włamywaczami.
— Ani mi to w głowie — odparł zapytany. — Określacie Juareza mianem, które jak najenergiczniej odrzucam. Chciałem więc tylko pokazać, jak zapatruje się Zapoteka na tę sprawę. O mojem zdaniu osobistem niema mowy.
— Wypraszam je też sobie bardzo stanowczo! Uważam wizytę pańską za niepotrzebną i niebezpieczną. Niepotrzebną dla Juareza, ponieważ nie będziemy z nim pertraktować, niebezpieczną zaś dla pana, monsieur.
Sternau zapytał z niedowierzaniem:
— Niebezpieczną dla mnie, dlaczegóż to, mój panie?
— Ponieważ rzuca pan na stawkę wolność, a nawet życie. Juarez został wyjęty z pod prawa. Nie dalej jak wczoraj otrzymałem powtórny rozkaz postępowania z jego zwolennikami jak z bandytami, a więc rozkaz rozstrzeliwania.
— Do licha! — rzekł Sternau z uśmiechem. — Przypada mi więc ten zaszczyt, że jestem uznany za bandytę.
— Niebezpieczeństwo to grozi panu istotnie. Z prawdziwą przykrością muszę oświadczyć, że — po pierwsze nie uznaję pełnomocnika eks-prezydenta za o-

66