Zaklęta księżniczka/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Zaklęta księżniczka
Wydawca Michał Glücksberg
Data wydania 1885
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ZAKLĘTA  KSIĘŻNICZKA.
NOWELLA
PRZEZ
J. I. KRASZEWSKIEGO.
Kraszewski nakładem Glucksberga ornament.jpg






WARSZAWA.
NAKŁADEM MICHAŁA GLÜCKSBERGA

1885.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 5 Февраля 1885 года.

Warszawa. — W Drukarni S. Orgelbranda Synów, Bednarska Nr. 20.




Wszyscy, którzy znali bliżej pana Narcyza Borusławskiego oddawali mu sprawiedliwość, że był najzacniejszym w świecie człowiekiem, ale zarazem niektórzy mówili że był nieznośny. Polegać na nim mógł każdy jak na Zawiszy — mało kto wszakże potrafił się z nim spoufalić i zyskać przyjaźń jego. Trudnym był wielce w obejściu z ludźmi, chociaż nie uchybiał nigdy nikomu, nadzwyczaj był grzeczny, ale zimny i zamknięty nad podziw. Długiego czasu potrzebował nim do kogo przystał.
Żył też w bardzo małem kółku przyjaciół — a ci których miał byli mu zupełnie oddani.
Mówiono powszechnie, iż smutne doświadczenia z młodych lat takim go uczyniły. W istocie wiadomem było iż rodziców miał bardzo bogatych, wziął po nich majętności ziemskie znaczne, które nie wiedzieć jakim sposobem stracił. Nie miał naówczas nad lat dwadzieścia kilka, kiedy go prawie całkowita ruina spotkała i znalazł się sam jeden wśród szerokiego świata bez przyszłości, bez zasobów i bez przyjaciół, bo ci co mu do zmarnotrawienia majątku pomogli, rozpierzchli się jak od zapowietrzonego.
Szczęściem za życia rodziców jeszcze, z woli ojca chodził na wydział prawny i otrzymał nawet stopień doktora U. J. Gdy mu ten jeden tytuł tyko został, przybył z nim do Warszawy, udał się do sławnego wówczas Mecenasa Z., odbył u niego kilkoletnią praktykę kancelaryjną, oddawszy się całkiem pracy, i jako prawnik potem otworzył własne biuro.
W przeciągu lat tych kilku pobytu w Warszawie, zarobił sobie postępowaniem niezmiernie bacznem, pracą i rozsądkiem na taką wziętość i poszanowanie że gdy się potem samoistnie urządził, na swoją rękę podejmując interesa, nigdy mu ich nie zabrakło. Miał ich prawie za wiele, tak że zaledwie mógł im wydołać.
Z dosyć wesołego i płochego młodzieńca, w którego ręku stopniało parę miljonów złotych, stał się człowiekiem wytrawnym, zimnym, milczącym, oszczędnym, i — domyślano się, że musiał dojść do znacznego majątku — lecz żył nawykłszy już do tego — bardzo skromnie. Dla siebie równie jak dla swej kancelaryi, niezmiernie był surowym, wymagał wiele — ale z ojcowską pieczołowitością dbał też o młodzież, którą miał u siebie.
W zajęciach prawniczych postarzał zwolna mecenas Borusławski. Chciano go nie raz ożenić, bardzo nawet ładne i majętne panienki, a więcej jeszcze rodzice wielu panien starali się o niego; ale do ożenienia najmniejszej ochoty nie miał, a od kobiet unikał.
Nic nie równało pracowitości tego człowieka, który w potrzebie i noc całą nad papierami umiał prześlęczyć, zaspokajał głód jak najprostszą strawą, bodaj kawałkiem chleba i szklanką wody; ubierał się niepokaźnie, chodził pieszo, innej zabawy nie znał nad czasem jaką godzinę strawioną nad szachami w cukierni na Miodowej ulicy, do której na czarną kawę chodził.
Zwykle milczący był tak, że się słowa od niego dopytać było trudno, w dysputę żadną nie wdał się nigdy, znajomości nowych raczej unikał niż szukał, i z tego powodu zyskał nazwanie — dziczka i oryginała.
Zdala nawet poznać w nim było łatwo postać już skamieniałą i jakby wykutą tak, jak do śmierci miała pozostać. Nosił suknie zawsze jednej barwy i kroju, czarne lub szare, na wyłysiałej głowie bez pretensyi nałożoną rudawą peruczkę, okulary stalowe, rękawiczki stare dające się prać — i kapelusz rzadko zmieniany na nowy. Twarz cała wygolona, mogła być niegdyś piękną, teraz w zastygłych jej rysach, z których życie uciekło gdzieś do głębi, widać tylko było energję panującą nad człowiekiem. Czasem mu jeszcze ciemne oczy błysnęły resztką ognia, ale usta zacięte jeśli się otworzyły, to na słowo nieodzownie potrzebne, krótkie i obrachowane.
Ci co go znali lepiej, przyznawali iż go nie znali wcale.
Do tego wnętrza w którego głębi kryje się właściwy człowiek nikt nigdy nie ścignął wzrokiem.
Kancelarya Mecenasa od pierwszego roku znajdowała się zawsze w tym samym domu, gdzie ją niegdyś na drugiem piętrze otworzył. Zwiększyła się klijentella, papierów przybyło, dobrano dwa pokoje, ale Borusławski został w dawnem mieszkaniu. Pomocnik JMPan Zakulski, młody chłopak aplikant Łomaka, i stary sługa, jeszcze pono ze wsi, pan Maciej, dobrze już włóczący nogami, składali całe gospodarstwo. Kancelarya i bióro zajmowała trzy pokoje z przedpokojem i sionką, jeden pokoik przy niej zamieszkiwał Zakulski; sam Borusławski miał dwa licho i ubogo urządzone, a Maciej z kuferkami i całym zasobem, mieścił się w dwóch ciupkach od tyłu.
Wszystko to, choć czysto niby wyglądało, ale w najwyższym stopniu skromnie i łatano. Ani nowego sprzętu, ani żadnej rzeczy ku ozdobie służącej, nikt tu nie zobaczył. Maciej czuwał nad tem, ażeby wszystko trwało jak można najdłużej. Szczotka, którą zamiatano zużyta niemal aż do drzewa... świadczyła o tej oszczędności.
Była ona tu praktykowaną jak cnota, sama dla siebie, gdyż pan Borusławski familji blizkiej nie miał — i celu w takiem skąpstwie widomego. Mogło się zdawać tym co zasłyszeli o historyi jego młodości, iż sobie zadał pokutę, za jej grzechy.
O godzinie ósmej Mecenas był już w kancelaryi lub pokoju w którym przyjmował klijentów, śniadanie sobie przynosić kazał z lichej garkuchni obok, wracał po niem do roboty, siedział do objadu, a po krótkiem wypoczynku przychodził jeszcze na parę godzin do kancelaryi, po której zamknięciu dopiero przechadzał się lub grał partyę w szachy.
Życie płynęło tak regularnie, tak jednostajnie, iż gdy nadeszły święta, które nadwerężały porządek, pan Borusławski nie wiedział co robić z sobą. Najczęściej choć kancelarya była zamknięta, a Zakulski i Łomaka używali świeżego powietrza, Mecenas się grzebał w papierach. U niewielu osób bywał, i był to w ogóle gość nie zabawny, milczący, nie dający się niczem ożywić, wnoszący z sobą jakby chłód jakiś, który go owiewał. Szanowano go, ale się razem obawiano.
Pokój w którym się odbywały konferencye z klijentami — był nadzwyczaj niewykwintnie urządzony. W pośrodku stół zielonem suknem okryty, z tem co potrzeba do pisania — kanapa czarnym włosieniem wybita, takichże sześć krzeseł, fotel, dwie szafy z książkami i zegar niepoczesny... firanki zapylone, obicie szare i okopciałe, czyniły go nad wyraz wszelki smutnym.
Ci co tu wchodzili, mogli mieć przedsmak wrażeń, jakie każdy proces i procedura z sobą niesie. Dodawszy na tle takiem postać szanownego gospodarza, surową, wystygłą i onieśmielającą — nie trzeba się było dziwić, że każdy ztąd wynosił tęskne jakieś przeczucia. A było w charakterze Mecenasa, że klijentów, wprawdzie nie zastraszając — nigdy im nie czynił zbytnie świetnych nadziei. Wskazywał trudności, odkrywał wątpliwości — obiecywał mało. Mimo to sprawy, których się podejmował, gdyż były i takie, których podjąć się nie ofiarował — wszystkie niemal szły szczęśliwie. Słynny był z tego iż żadnej prawie nie przegrał. Nadzwyczaj bystro sięgał do dna każdego interesu, umiał z gmatwaniny dobyć jądro jego i przedstawić jasno. Wzywanym też bywał często i do porady, gdy zawikłaną sprawę należało rozplątać i uprościć.
O godzinie jedenastej rano pan Borusławski siedział sam jeden, nad kilką foljantami jakiemiś, robiąc wypisy i notatki, gdy Maciej wszedł powoli i oznajmił pana Filipowicza.
Mecenas spojrzał na zegarek i kazał prosić.
Przybyły, który śmiejąc się uradowany z siebie szybko i popędliwie wbiegł do pokoju, był niemłodym już człowiekiem, niewielkiego wzrostu, z twarzą czerwoną, z oczyma niegdyś niebieskiemi, mocno zbladłemi, z bakenbardami rzadkiemi i rozproszonemi nieporządnie na policzkach. Brak zębów górnych na przodzie, czyniły jego fizyognomiję mniej jeszcze znośną niż była, gdyby się z całym sprzętem zachowała. Czoło nizkie, cera niezdrowo rumiana, duże wystające pargaminowe uszy... wreszcie ruchy niezręczne, zbyt porywcze, czyniły go niemal śmiesznym.
Zdawał się ciągle czegoś spieszyć i niepokoić.
Gdy śmiejąc się wbiegł do stojącego jak słup Mecenasa i pochwycił go za ręce, coś bełkocząc niezrozumiale, gospodarz wskazał mu krzesło.
Filipowicz mając je tuż za sobą, nie dojrzał i pobiegł po drugie, potem zobaczywszy że je niósł niepotrzebnie, śmiać się zaczął głośno, nie wiedział na które się zdecydować i padł nareszcie na jedno z nich, nadzwyczaj uniżenie i pokornie pochylając się ku prawnikowi...
Jedna rękawiczka leżała na ziemi, kapelusz przycisnął do piersi, a usta otwarte niepotrzebnie obnażały dziąsła pozbawione zębów, i śmiały się niewiedzieć z czego.
Przeciw tym ruchom gorączkowym, Mecenas stawił zrezygnowany chłód.
— Czem panu profesorowi służyć mogę? zapytał.
— Prawdziwie — zawołał Filipowicz — rzeczywiście — istotnie — jak się zowie — wiem jak drogi jest czas pana Mecenasa dobrodzieja, ale w poufnym, zupełnie poufnym interesie — i — jak się zowie, zdaje mi się najwyższej wagi, przychodzę.
Po tym wstępie, poprawiwszy rozwiane włosy, Filipowicz w ziemię się zapatrzył, widocznie szukał na podłodze tego od czego dalej miał snuć wątek...
Mecenas milczał, jedną ręką po stole coś wygrywając palcami, bo czas schodził marnie.
— Wiedząc jak drogi jest czas pana Mecenasa, jak się zowie — powtórzył Filipowicz — otóż, prosto przystępuję do rzeczy.
Chrząknął — nie szło.
— Otóż — jak się zowie — wiadomo najlepiej panu Mecenasowi szanownemu, z jaką zawsze nadzwyczajną, mogę powiedzieć, rodzicielską troskliwością, ja i moja żona czuwaliśmy nad powierzoną nam pupillą pańską, panną Teklą Sierocińską... otóż, jak się zowie... (tu się zatrzymał) tak przeszłych zapust, jak zwykle, moja żona, która dba o to, jak się zowie, aby panienki miały też w czasie wolnym od nauk i przyzwoitą rozrywkę, ażeby też i maniery nabierały — dała kilka wieczorków tańcujących. Nie przyszło to bez wydatków, ale słowo honoru Mecenasowi daję — jak się zowie — że my na to nie zważamy i chętnie się sakryfikujemy... Nie mogę też powiedzieć, ale pensya nasza, chcę mówić mojej żony, używa najlepszej reputacyi... Dość nadmienić, że dwie hrabianki, i to rzeczywiste, mamy na wychowaniu — historyczne, panie dobrodzieju imiona, a reszta wszystko najlepszych familji, jak się zowie!
— Niech pan profesor będzie łaskaw, jak najtreściwiej — bo mało mam czasu — odezwał się Mecenas.
Filipowicz kapelusz przycisnął mocniej do piersi i cały się zatrząsł.
— Skracam, jak się zowie — ale niech mi Mecenas dozwolić raczy jasno się wyłuszczyć — to jest wytłómaczyć, czyli rzecz wyłożyć — jak się zowie.
Były tedy wieczorki — tańcowano. Co się tyczy męzkiego towarzystwa, rozumie się że na te zwróconą była baczność największa, najsurowsza, najostrzejsza. Młodzieńcy przypuszczeni, wszystko bracia lub kuzyni naszych pensyonarek, z pierwszych domów, chłopcy skromni, najpiękniej wychowani. Jeden z nich, jak się zowie pan Maksymilijan Rabsztyński, pięknej rodziny, mający siostry u nas... znajdował się na tych wieczorkach, krótko mówiąc — zakochał się śmiertelnie w pannie Tekli.
To mówiąc głowę spuścił i ręce rozstawił Filipowicz. Mecenas się zmarszczył.
— Zmiłujże się pan, profesorze, przerwał — chociaż panna Tekla moja pupilla ma lat blizko dwudziestu... ale ten stosunek... na pensyi, zdaje mi się w najwyższym stopniu niewłaściwym... Państwo po prostu powinniście mu wzbronić przystępu...
Filipowicz zerwał się z krzesła i chwycił za rękę Mecenasa...
— Raczże posłuchać! jak się zowie — błagam, proszę, zaklinam... Moja żona, osoba najsurowszych zasad, jak to panu wiadomo, a niezmiernie bystrego wejrzenia, jak tylko coś dostrzegła, naturalnie.... zamknęła drzwi, ale jakże? Rabsztyński ma dwie siostry na pensyi... Ile razy je odwiedzał, panna Tekla była konsygnowaną, słowo honoru — jak się zowie — konsygnowaną, niewolno jej było ani nosa pokazać — cóż z tego, siostry... stosunki utrzymywały.
Mecenas chciał coś powiedzieć, Filipowicz pochwycił go znowu za rękę i mówił dalej:
— Muszę tu dodać że Rabsztyński jest ze znacznej familji. Fiu! fiu! kolligacye ogromne.... Majątek — no tego tam tak dobrze nie wiem — ale ma... wyszedł z opieki, samowładny czyli inaczej i lepiej mówiąc — sobą władny — albo raczej samoistny.... bądź co bądź, jak się zowie.... mówi że się chce żenić.....
Tu się tryumfalnie rozśmiał, spojrzał na mecenasa, ten miał oczy spuszczone i głową kręcił. Już pan Borusławski usta otwierał, gdy Filipowicz jakby na to czekał tylko, pochwycił go za rękę i nie dając mówić, począł szybko:
— Za pozwoleniem Mecenasa — jedno słowo.... Ot idzie — jak się zowie, iż pańskiej pupilli origo pochodzenie, familija, — ciemne są i zakryte... niewiadome....
— Tak — rzekł mecenas — a ja nie mam prawa wyjawiać tej tajemnicy, bo mi została powierzoną nie bez przyczyny — pod uroczystem zapewnieniem iż jej bez zezwolenia — nie zdradzę.
Filipowicz gębą i brwiami poruszał, na krześle się rzucając i podrygując.
— Szanuję tajemnicę, szanuję, szanowaliśmy, jak panu Mecenasowi wiadomo.... szanujemy, szanować będziemy... mówił profesor, lecz dla naszych pupilli mamy serce rodzicielskie. Trafia się partya nadzwyczajna.
Mecenas milczał, Filipowicz korzystając z tego, niezmiernie pośpiesznie pędził dalej.
— Niepotrzeba nam tego mówić, panie mecenasie dobrodzieju — mnie i mojej żonie, która ma tak bystre pojęcie jak rzadko — że panna Tekla niby to Sierocińska — musi być też pochodzenia wysokiego, nie wchodząc z jakiej ręki jak się zowie... Widząc, co na nią łożą, jak jest utrzymaną kosztownie... łatwo się tego domyśleć... nawet na pensyi powszechnie wszyscy ją zowią księżniczką i tak się to utarło...
— Ale to bardzo źle! — przerwał Mecenas.
— A rozumie się, iż tego moja żona nie pochwala i nie dopuszcza — ale koleżanki, guwernantki — to znowu trudno — jak się zowie — nosy mają... otóż...
Mecenas wstał nagle, znudzony paplaniną; obejrzał się na zegar z flegmą rzekł do Filipowicza:
— Prosiłbym profesora, ażeby o żadnych amorach i projektach więcej mowy nie było... i żeby panny Tekli nie psuto dziwacznemi domysłami i przezwiskami. Do tych co mi ją powierzyli odniosę się — ale — uprzedzam, że być bardzo może, iż będziemy musieli odebrać ją z pensyi.
Profesor już uchwycił za rękę Mecenasa, ale ten mu nie dał mówić, i ciągnął dalej powoli.
— Pan to wiesz dobrze, iż dłużej zatrzymując na pensyi powierzoną mi pupillę, spełniłem wolę tych, co się jej losem zajmują. Życzyli oni sobie, aby się przysposobiła do stanu nauczycielskiego.
Filipowicz zaczął się śmiać głośno, kapelusz wdusił w piersi, głowę zarzucił na tył, nogę jedną podniósł do góry i kręcił się a zwijał nie mogąc wstrzymać od tego śmiechu konwulsyjnego.
— Pan Mecenas mi daruje! Jak Boga kocham! jak się zowie — to są tylko blichtry... to są finesy... to są zaćmienia, albo rzekłbym parawany osłaniające niby prawdę... aby panience nie dać odgadnąć jej przyszłości! Finesy! finesy! sposobią na nauczycielkę, a sprawiają jej suknie atłasowe, salopy aksamitne... zegarki złote i tym podobnie.
Borusławski ruszył ramionami.
— Jednem słowem — rzekł krótko — pannę Teklę odebrać będę zmuszony natychmiast jeśli najmniejsza wzmianka...
— Mecenasie — krzyknął i rzucając się i porywając go oburącz Filipowicz — tego nie uczynisz — tego nie zrobisz — dla żony mej, dla pensyi, dla mnie, nie! tego nie uczynisz! Nie zasłużyliśmy na to, nie mamy sobie nic do wyrzucenia... nic.
Palnął się mocno w piersi.
Nic! czyści jesteśmy! Serca rodzicielskie... opieka dniem i nocą nieuśpiona!! Nic! ale zakochaniu się zapobiedz? jak? jak się zowie, jak? zakochać się może przez okno, w kościele, na ulicy! wszędzie! Elektryczność wzroku, magnetyzm serca. W tem nie ma przecie nic przeciw najsurowszym wymaganiom obyczajności, bo panna ciągle jest konsygnowana...
— O niczem wiedzieć nie chcę! — odpowiedział Mecenas niecierpliwie — żegnam pana.
Filipowicz ściskał przestraszony...
— Mecenasie, dobrodzieju, szanowny — jak się zowie — nie gniewaj się zaklinam... Jeżelim przyszedł tu z tem... macierzyńska, że tak powiem troskliwość... ale nie ma nic — nie ma nic — panna konsygnowana... Słowo panu daję...
Maciej stojący w progu oznajmywał w tej chwili nowego klijenta, i pan profesor trąc łysinę, zżymając ramionami, sycząc, mrucząc, spuścił się ze wschodów.
Widziany na ulicy, profesor Filipowicz wyglądał równie pociesznie jak w pokoju... Śpieszył się idąc, niewiele widział, potrącał często, niekiedy zdawało mu się minąwszy, że kogoś poznawał i kłaniał się, gdy już go nie było... Czasem wyrwało mu się słowo głośne, jakby jakiegoś monologu używał — to znowu śmiał się do siebie... Na czerwonej do zbytku twarzy, przybrany uśmiech, jakiś krążył prawie ciągle...
Na Miodowej ulicy wpadł do pierwszej cukierni, potykając się na progu, zgubił kapelusz, który mu się pomiędzy stojących potoczył, pobiegł za nim, potrącił kilku, przeprosił, zaczął się śmiać bardzo głośno, kazał sobie dać wódki, w kieszeni poszukał pieniędzy i rozsypał je po podłodze... nowy kłopot i śmiech nowy — pięciogroszówka zaleciała w szparę...
Narobiwszy hałasu i ambarasu, wyrwał się z paletocikiem w ręku na ulicę, zapomniawszy laski, wrócił po nią i dopiero jakoś opamiętawszy się, nieco spokojniej, obciągnąwszy kamizelkę, poprawiwszy chustki której węzeł zwieszał się za ucho poszedł dążąc do Saskiego ogrodu.
Zbliżając się doń, kilka razy stanął jakby dla namysłu i powziąwszy stałą determinacyą puścił się ku cukierni.
Zdala już dojrzał go stojący jakby na czatach młodzieniec, strojny, ładny, zręczny i paniczykowaty... i począł iść na spotkanie. Mógł mieć lat dwadzieścia i kilka. Strój dowodził zamożności, był bowiem aż do zbytku wykwintny i przesadnie bijący w oczy. Jaskrawa krawatka, wspaniała laska, breloki, fryzura... podwójna kamizelka i wyszywane buciki, oznaczać się zdawały zakochanie w sobie i zbytnią cześć dla własnych powabów.
Twarzyczkę miał wcale ładną ale nie męzką, pieszczoną, zbyt różową i delikatną... W czarnych oczach więcej było ognia, namiętności niż inteligencyi. Wargi też jakby niewieście, uśmiechnięte, wydatne, zmysłowe usposobienie i temperament zdradzały.
Gdy profesor go ujrzał, zaczął niemal biedz, a dopadłszy pochwycił za rękę i pociągnął z sobą na ławkę...
— No cóż! co? pytał młodzieniec.
— Ale czekajże pan, kochany Prezesowiczu — jak się zowie — odetchnę, zaraz.
Zdjął kapelusz i wachlować się nim zaczął.
Młodzieniec oka z niego nie spuszczał.
— O jedno, jak się zowie, proszę, błagam, zaklinam — odezwał się Filipowicz — o jedno. Proszę być spokojnym, bo kiedy my, moja żona, największa dyplomatka pod słońcem i ja — ja też — coś umiem, bierzemy interes w ręce nasze to dosyć...
— Ja nie wątpię, rzekł młodzieniec — ale...
— Żadnego, ale — jak się zowie — żadnego ale — przerwał profesor.
— Cóż, Mecenas? pytał młody panicz.
— Mecenas! Mecenas! Sfinks! z przeproszeniem — oho! ja go znam! my go znamy — spytaj pan Prezesowicz mojej żony, co o nim trzyma. To ona go Sfinksem nazwała... Sfinks milczy! Nic dobyć! Ja mu wprost powiedziałem że ją nazywają księżniczką... ale tu rzucił się — jakbym mu na nagniotek nastąpił... Z niego nic nie dobyć...
— Mówiłeś mu pan o mnie? spytał młody.
— A jakże... wysłuchał — ale zaoponował — zdaje się że on to zreferuje gdzie należy... tymczasem patientia! już kiedy moja żona wzięła interes w swoje rączki — możesz pan być spokojnym.
— Ale jabym się czegoś napił? Ckli mnie — wszak to około południa.
Młodzieniec ruszył się z ławki, i, chociaż likwor na Miodowej ulicy połknięty, zajedzony pasztecikiem od profesora czuć było, pospieszył napoić go i nakarmić, przy czem i sam łakomie zjadł ciastek kilka...
Wyszli wprędce nazad do ogrodu... Młodzian dobył cygara które zapalono.
— Panie Rabsztyński — odezwał się Filipowicz — jedno, jak się zowie — przypominam panu, z flegmą, zwolna, z zaufaniem!.. a dojdziemy do celu...
Mam to najmocniejsze przekonanie iż to jest księżniczka w istocie... Bywają okoliczności że nawet prawowite dzieci muszą się do pewnego czasu chować i ukrywać pod zmyślonemi imionami, jak się zowie. Czyta się o tem nieraz... Ja ją mam za księżniczkę, żona moja, guwernantki — pan... zdradza ją krew, panie dobrodzieju, zdradza jak się zowie, dystynkcya wrodzona, zdradza wreszcie, ten zbytek z jakim ona jest utrzymywaną... Salopa z futrem — moja żona powiada — dwa tysiące złotych za nią dać — mało, a suknie — a bielizna... a pierścionki...
Począł się Filipowicz śmiać mocno.
— Miałeś pan nos — jak się zowie...
Młodzieniec zaczął się też śmiać, nos mu pochlebił — zapatrzył się w pień drzewa i rzekł:
— Pan mu mówił — Rabsztyński?
— Mówiłem! a jakże — pochwycił rączo Filipowicz, uczyniło to na nim wrażenie — nie mogę inaczej powiedzieć — ale to Sfinks... z niego nic nie dobyć...
— Cóż w ogóle powiedział?
— W ogóle i w szczególe — mówi... referować będę — a nim się rzeczy wyświecą, wyjaśnią, wyklarują — nie chcę o tem słyszeć... Naturalnie że ja mu dla zaspokojenia zaręczyłem iż pan jej nie widujesz już wcale... (tu się rozśmiał klepiąc po kolanie młodzieńca). Przy mojej żonie, w obec świadków — to się nie liczy... w tem niema nic zdrożnego...
Młodzieniec dał dwa cygara profesorowi, który je nic nie mówiąc utopił w kieszeni...
— Potrzeba będzie w tych tygodniach zażyć — jak się zowie, szczególnych ostrożności — widzi pan panie Prezesowicz, myślę że szpiegować będą... Lękam się... niech się pan nie okazuje tak często...
Rabsztyński rozśmiał się...
— Ja też suponuję, szepnął, że ona jest książęcego rodu... Przypuszczam że zbocznej linii, że coś tego — że nazwiska mieć nie będzie, albo urwane jakieś, niekompletne... jak dawniej robiono z Ogińskich, Gińskich, z Sapiehów, Piechów i t. p... ale co się tyczy fortuny — ta pewna.
— O! ta pewna! zaśmiał się profesor... to się okazuje z tego jak ją utrzymują, a kłamią że chcieliby niby na nauczycielkę sposobić! Jak się zowie! Co? gdzie?
Gdy tak rozmawiali — na zegarze gdzieś wybiły trzy kwandranse na pierwszą — profesor spojrzał na swój kieszonkowy i zerwał się jak oparzony biedz do domu.
— Żegnam kochanego Prezesowicza bo mnie tam żona czeka, a jest nieubłaganą co do godzin...
— Ja pana profesora przeprowadzam...
— Ale czy to będzie bezpiecznie?
— Po drodze jeszcze raz wódeczki? odpowiedział Rabsztyński.
Profesor się ogromnie rozśmiał.
— No! — cóż robić! chodźmy razem, chodźmy.
Jakoż poszli, wstąpił jeszcze do cukierni, profesor wyszedł z niej zarumieniony mocno, i uściskawszy młodego przyjaciela popędził do domu na Nowy Świat.
Pensya pani Filipowiczowej, znajdująca się w dwóch piętrach bardzo poważnie wyglądającego domu, nie nazywała się jednak tem nazwiskiem, ale dawną firmą wdowy pani Montant, która wyszedłszy za owego Filipowicza w widokach tylko administracyjnych — zaślubiła go niby morgantycznie, zowiąc się zawsze urzędownie panią Montant i pensyi nie zmieniając dobrze już znanej denominacyi.
Nie chcemy osłaniać tajemnic małżeńskiego pożycia — ale godzi się napomknąć, że choć Filipowicz akomodował się żonie z uległością niezmierną (kasa była pod jej kluczem), choć był dla niej z uwielbieniem, czcią i miłością podniesioną do potęgi najwyższej — pani Montant wcale z niego nie była zadowolnioną. Był roztargniony, papla bez taktu — i choć w potrzebie dawał w niższych klasach lekcye wszystkiego co umiał i czego nie umiał, nie odpowiadał ideałowi jaki oddając mu rękę stworzyła sobie wdowa.
Widząc obok siebie to małżeństwo na pierwszy rzut oka, tłomaczył się jego stosunek. Trudno sobie wyobrazić coś poważniejszego, uroczystego, więcej dystyngowanego nad panią z Villamarinich de Montant... O Villamarinich ona sama mówiła iż byli gałęzią panującego, książęcego w jakichś Włoszech domu. Mąż pierwszy zwał się wprawdzie Montant bez de, lecz tylko przez skromność — nie będąc na odpowiedniem urodzeniu stanowisku...
Pani Eliza z Villamarinich de Montant secundo voto Filipowiczowa... miała około lat czterdzieści kilka, ale zachowała się mimo losu przeciwności wspaniale... Trochę otyła, co jej dodawało powagi, twarz miała pełną, z podbródkami rasowemi, oczy wypukłe, rączkę śliczną... Ubierała się ze smakiem, i profesorowie młodzi, którzy na pensyi lekcye dawali, doznawali niewymownych tentacyi, gdy na nich nieco zmrużone skierowała oczy, oczy, które tyle mówiły że aż strach... ale osoba była surowa nader, i choć grzeczna wielce dla młodych, nie dopuszczała ich nigdy nawet do poufalszej rozmowy... Królewskie sobie nadawała tony.
Obok niej ruchawy Filipowicz ledwie śmiał stanąć... a co było najnieprzyjemniejszem dla niego, iż nieustannie poprawiała go, monitowała, dziwiła się jego niezręczności, brakowi zastanowienia, i mówiła o tem głośno... zdając się mieć upodobanie w okazywaniu niezmiernej wyższości swojej. Poczciwy, skromny profesor nie obrażał się tem, zbyt wielbił tę żonę, jakiej nigdy w życiu podobnej się nie mógł spodziewać, zbyt był przejęty wielkością rodu Villamarinich, aby śmiał zostać rebelizantem. Całował w ręce i przepraszał — cieszył się wszystkiem i nie miał pretensyi najmniejszej, kiedykolwiek, w czemkolwiek mieć słuszność.
Zbliżając się do bramy domu, profesor starał się już poskromić rozdrażnienie w jakie go wprawiły, trzy jeden po drugiem pochłonięte kieliszki likworu. Wprawdzie był oswojony z napojami, i te nie działały nań zbyt porywczo, krzepiły go, nie odejmując mu władz umysłowych — jednakże pani Eliza miała dar nadzwyczajny rozpoznawania w nim cokolwiek podnieconych funkcyi żywotnych. Spojrzawszy nań ruszała ramionami i szeptała tylko dwa słowa, które on rozumiał.
— A już!
Często zaprzeczał śmiało.
— Ale nie.
Na co pani z Villamarinich tylko odpowiadała:
— Ja mówię.
Na to — Ja mówię, tonem stanowczym wyrzeczone — nie było repliki.
I teraz profesor ułożył swa postać, chustkę ściągnął z buntowniczej pozycyi, jakiej zwykła była przybierać, idąc węzłem pod ucho, kamizelkę gwałtownie wyrywającą się do góry zmusił do zajęcia właściwej roli i zakrycia szelek... wyprostował się, pogładził rzadkie bakenbardy, chustką otarł twarz, i krokiem mierzonym wpadł na górę, gdzie już szmer i śmiechy panien zwiastowały, że lekcye były skończone i pora objadowa się zbliżała.
Jak w ulu brzęczało na górze... Minął jednak te pokoje Filipowicz i udał się wprost do pokoju żony.
Siedziała ona w oknie, wsparta na ręku jakby oczekując na niego, z uwagą mu się przypatrzyła, gdy ją zaczął witać pokornie — i szepnęła:
— A już...
— Ale nie — jak się zowie.
— Ja mówię.
Filipowicz umilkł i dodał tylko:
— Spotkałem Rabsztyńskiego, to znowu trudno nie ludzkim być.
— Cóżeś zrobił?
Sprawozdanie wymagało pewnego zastanowienia. Przyznając się do tego że nic lub tak jak nic nie zrobił, Filipowicz wiedział że zasłuży na epitet nieprzyjemny, mówić całkowitą prawdę nikt go nie mógł zmusić — postanowił, wedle swego wyrażenia, lawirować.
— Ja idąc do tego Borusławskiego, dobrze wiedziałem co mnie czeka — rzekł — kuty wyga — jak się zowie, tylko mu w oczy patrz... i zgaduj gdzie skoczy. Ale też zażyłem go z mańki... i — na swem postawiłem.
— Na czem?
— Że oto tego — objawiłem mu, jak się zowie, staranie się i miłość Rabsztyńskiego.
— A on na to...
— Ignorować chce... a naturalnie, jak się zowie, będzie referował wyżej!
Z całego jego znalezienia się, to tylko mogłem widzieć jasno, że nie myliła się moja królowa i pani — że to istotnie... książęce dziecko... familji wielkiej... do czasu się ukrywające...
— Ja się nigdy nie mylę — zimno odezwała się pani z Villamarinich.
— Na tem się tedy skończyło, iż wszystko w zawieszeniu... ale mu dałem słowo, iż kawalera dopuszczać nie będziemy i że panna jest konsygnowana...
W milczeniu głowę spuściła pani.
— Cóż ten biedny Rabsztyński... spytała po chwili.
— A cóż! prosiłem go o rezygnacyą... o cierpliwość...
Chwilkę milczenia zajęły śmiechy panienek wybuchające w sąsiedniej sali, pani z Villamarinich wstała, otworzyła drzwi tylko, i nic nie mówiąc — popatrzała — wszystko ucichło.
Wprawdzie natychmiast po drzwi zamknięciu śmiano się znowu, ale troszeczkę ciszej.
Filipowicz tymczasem wody się napił dla zneutralizowania w sobie spirytusu, który zaczynał mu się dawać czuć nieco.
— Czy nie obiecał tu być Borusławski? spytała żona.
— Ale ty go, moja królowo, słusznie Sfinksem nazywasz, z właściwą sobie genijalnością, bo ty jesteś genijalna — co z niego dobyć?
— Sfinks! powtórzyła pani... Cóż przecie mówił.
— Nie chce o niczem wiedzieć — ignoruje... Niezrozumiał mnie z początku i wziął to z tej strony jak gdybyśmy chcieli z tego powodu pozbyć się panny Tekli, i oświadczył że może ją odebrać.
— Ale bo ty zawsze!! jakże było można?
— A! nie ja winien... on tępy jest, tępy! alem mu wytłomaczył przecież... Zostają rzeczy jak były... o ile jednak — jak się zowie zrozumieć mogłem, Rabsztyński go nie zachwyca... Oni wyżej pewnie dla niej partyi szukać myślą. Ho! ho!
— A jego by mi szkoda było — odezwała się pani z Villamarinich, chłopak miły, ładny, dobrze wychowany, zakochany...
— E! e! mruknął Filipowicz.
— Co to ma znaczyć?
— Gdyby nie to że mu się widzi księżniczką.
— Proszęż cię! cóż to jest! ofuknęła przeciw samoistnemu pojęciu męża pani. Co to jest?
Ruszyła straszliwie ramionami a profesor począł patrzyć na swoje paznokcie jak najniewinniejszy w świecie człowiek — i zamilkł.
— On się w niej śmiertelnie kocha!
Nieśmiano zaprzeczyć... Uspokoiła się pani... Wtem na szczęście Filipowicza zadzwoniono, w sąsiedniej sali powstał hałas, śmiechy i bieganina. Dawano do stołu... Sama pani wyszła... Filipowicz skierował się — ku kredensowi obok jadalni.
Tu powoływały go jego funkcye administratorskie. Z kuchni przez kredens szły dania do stołu, tu się odbywała kontrola półmisków, a w razie ich niedostateczności, wypełnianie nowych środkami — administracyjnemi... Sosy odgrywały tu rolę bardzo ważną... innych tajemnic może się nie godzi wyjawiać, aby nie psuć czytającym apetytu... Tutaj także fabrykowało się piwo i tak zwane wino czerwone do wody, preparat nieszkodliwy i niekosztowny a elegancki; tu obliczały się także chleba kawałki i cukru...
Pani z Villamarinich znajdowała zawsze, że z żywotnych zadań wychowania kwestya stołu najtrudniejszą była do rozwiązania.
Dla tego zwracano na nią baczność szczególną, i pan Filipowicz był odpowiedzialnym za ład, oszczędność, dobór pokarmów i utrzymanie sług w rygorze, aby nie nadużywali resztek, których rozporządzenie do nich należało, a psuło ich moralnie.
Resztki schodzące ze stołu — natychmiast obejmował w swój zarząd administrator i rozporządzał niemi na korzyść własną lub na zapas, dla dalszego użycia w innej postaci.
Trafiało się że Filipowicz, nie umiejąc się oprzeć pokusie, zamiast oczekiwać na zwrot półmisków, ośmielał się z nich brać pierwociny, lecz gdy się to parę razy wydało i został pociągnięty do surowej odpowiedzialności, wolał z kucharką wejść w kompromis i kazać sobie na talerzu przynosić lepsze — kawałki.
Mogło i to się wydać zapewne — lecz kucharka była zbyt interesowaną o utrzymanie przyjaznych z nim stosunków, aby zdradzić go chciała. Pan Filipowicz też nie napierał się o przypuszczenie go do stołu, bo to mu było wygodniej i swobodniej. Ze wszystkich jego a wielce urozmaiconych funkcyi administracyjnych, ta może była dlań najlżejszą i najwdzięczniejszą. Pełnił ją z namaszczeniem i powagą.
Wyższa dyrekcya naukowa i moralna była w rękach pani z Villamarinich, i do tego mieszać się małżonek nie miał prawa ani ochoty. Naczelniczka umiejąca rodzicom wykładać teoryą swą wychowawczą w bardzo pięknych i wiele obiecujących wyrazach, nie kłopotała się znowu o swój zakład zbytecznie w praktyce i tradycye miejscowe z pomocą dwóch starszych guwernantek prowadziły go jakoś same. Pani szło głównie o to, aby wszystko było w porządku i żeby utrzymanie elewek jak najmniej kosztowało. Oszczędzano o ile możności na nauczycielach i metrach, w ciągu roku dając im tymczasowych zastępców, sam pan Filipowicz zresztą, mający reputacyą pedagoga znakomitego, dawał wszelkie możliwe lekcye i stawał z książką w zastępstwie kogokolwiekbądź.
Nauki szły, jak Bóg dał, ni lepiej ni gorzej niż gdzieindziej, rutyną, książkami, a kto chciał, uczył się, mimo utrudnień jakie znajdował na drodze.
Prawą ręką pani z Villamarinich była przyjaciółka jej dawna, panna Eufrozyna Pfirsich, nie młoda, brzydka ospowata, roztropna, żywa, która w istocie rządziła tu całym domem, pani zostawując tylko reprezentacye i pozory panowania. Na przemiany podchlebstwem i surowością umiała władać naczelniczką, kadząc jej gdy tego była potrzeba, a w wielkich wypadkach udając że się podaje do dymisyi.
Środek ten nieochybny zapewniał jej zawsze zwycięztwo. Panny Eufrozyny obawiali się wszyscy, nie wyjmując samego Filipowicza, który był dla niej z nadzwyczajnem uszanowaniem i słuchał jej na równi z żoną.
Mocna w teoryi i głównie zawsze do wykładu jej przed rodzicami używana, naczelniczka pensyi, zajmowała się zresztą tylko kassą i ogólnemi rachunkami, wykonawczą władzę i nadzór (policyę) sprawował sam profesor: ministrem odpowiedzialnym była panna Eufrozyna.
Ona jedna znała swoje panny najlepiej i zapobiegała, aby starsze się nie emancypowały. Nie młoda bardzo nie ładna, wyrzekłszy się już dla siebie marności światowych, skazana na marynowanie siebie i drugich w cierpkim moralności surowej wyskoku panna Eufrozyna miała przyjemność łapać intryżki, zbierać plotki i powtarzać po cichu skandaliki z bruku miejskiego zbierane. Szczególniej awanturki miłosne mocno ją interesowały, ale o tych tylko z pomocnicą swą panną Hermancyą i z samą panią po cichu czasem poszeptać mogła. Dla panien była niezmiernie surową.
Przy stole obok prezydującej pani z Villamarinich siadała po prawej ręce panna Eufrozyna, po lewej panna Hermancya... Tuż przy pierwszej zabierała zwykle miejsce, już dłuższym na pensyi pobytem i opłacanemi kontrybucyami, wreszcie zagadkowem swem położeniem, wyróżniająca się, panna Tekla Sierocińska.
Była to dwudziestoletnia, pełnych form, ładna i świeża blondynka, ze łzawemi niebieskiemi oczyma, z białemi i starannie pielęgnowanemi rączkami, z przepysznym warkoczem złocistych włosów, z wyrazem zadumy i melancholyi na czole... Nawet obok najstarszych panien zajmowała zupełnie odrębne stanowisko, nie należnie już prawie do pensyi i będąc tu tylko na pół wyemancypowaną pomocnicą guwernantek. Miała też i swój osobny pokój a w nim własne pianino, i używała więcej daleko swobody niż inne uczennice, a na lekcyach zwykle kogoś zastępywała jako nauczycielka.
Wpatrując się w tę piękność zadumaną zawsze i najczęściej milczącą, trudno było odgadnąć charakter. Oczy mówiły mało, życie nie objawiało się zbyt gorąco, coś zamkniętego, tajemniczego, nosiła jak piętno na sobie.
Na pensyi na której już była od lat przeszło dziesięciu... opowiadano sobie dziwne o niej i jej pochodzeniu historye. Ponieważ opiekun mecenas Borusławski, dostarczał hojnie wszystkim jej zachciankom środków urzeczywistnienia, a pieniądze płynęły ciągle, i szafować niemi mogła jak chciała, domyślano się jakiego magnackiego pochodzenia i zwano ją zaklętą księżniczką. Ona sama o swej przeszłości niewiele powiedzieć umiała; wychowywała się przed oddaniem na pensyę u starej jakiejś i poczciwej kobiety; która miała o niej staranie: o rodzicach swych nie słyszała nigdy, ani ich widziała. Mówiono jej zawsze że była sierotą i że dobroczynny jakiś opiekun łożył na wychowanie. Stara owa jejmość z płaczem ją odwiozła do miasta i oddała Borusławskiemu, który umieściwszy na pensyi, dowiadywał się czasami o nią i płacił co było potrzeba. Pani z Villamarinich przez szpary patrzała, iż panna ani metryki w porządku, ani żadnych innych papierów z sobą nie przyniosła. Ponieważ na czas wakacyi i świąt panna Tekla zostawała na pensyi, opłacano za nią więcej, co roku z tajemniczych źródeł płynęły prezenta dla pani, pana, starszej guwernantki i t. d. Szanowano więc to dziecko więcej nad inne... Dostatek który ją otaczał, najwięcej się do tego przyczyniał.
Domysły o owem książęcem pochodzeniu, zrazu nieśmiałe i nie wiedzieć zkąd wyrosłe w ciągu lat wielu nabrały pewnej odwagi, ugruntowały się samem trwaniem. Dość już i pani i panna Eufrozyna i Filipowicz, byliby oburzeni nadzwyczaj, gdyby się kto ośmielił powątpiewać o tem, że panna Tekla była zaklętą do czasu księżniczką. Prędzej, później, spodziewano się odsłonięcia tajemnicy — jakiegoś tryumfu i świetnego piątego aktu dramatu.
Na tych to domysłach opierając się sama pani z Villamarinich, która z ciocią dwóch panien Rabsztyńskich, była w niewielkiej, serdecznej przyjaźni, osnuła projekt wyswatania tej niezawodnie bogatej dziedziczki, panu Rabsztyńskiemu, młodzieńcowi, który umiał sobie od razu pozyskać serca naczelniczek pensyi obu i pana Filipowicza.
Rodzeństwa tych Rabsztyńskich było troje, dwie panienki wychowujące się na pensyi, i pan Maksymilijan młodzieniec wielkiej nadziei, już wyemancypowany, który znaczny majątek, nadwerężony mocno przez rodziców, dojadał z zapałem i ufnością w przyszłość niezachwianą. Posagi sióstr były zabezpieczone, on zaś swoją ojcowiznę pospieszał puścić, aby być do przyszłej pracy zupełnie swobodnym. Uczyniono mu jednak uwagę, i wierzyciele przypominali to ciągle, iż powinien się był co najprędzej ożenić bogato.
Maks nie był wcale przeciwko temu, a że się nic jakoś lepszego nie trafiło a to coś nadzwyczajnego obiecywało, za poradą i pomocą pani z Villamarinich, począł się kochać mocno w pannie Tekli.
Przyszło mu to z łatwością wielką. Chłopak był dobroduszny i uprzejmy, nie bardzo zastanawiający się nad tem co czynił, a przedewszystkiem szukający w życiu przyjemności jego. Panna była młodziuchna i bardzo ładna, podobała się cioci, wychwalała ją pani z Villamarinich, która ją przecież najlepiej jak własne dziecię znała, posag problematyczny wydawał się zdala olbrzymim... pan Maks więc zakochał się z największym apetytem i wielkiem przejęciem swą rolą.
Naczelniczka pensyi była pewną, że bądź co bądź rodzice bogatej panny, ukrywający się tak starannie, nie mogąc jej dać imienia swego, szczęśliwi będą i wdzięczni, wydając ją za pana Maksymilijana Ludwika, z Rabsztyna Rabsztyńskiego.
Snuło się to już powoli od roku, gdy nareszcie dobre intrydze założywszy fundamenta, uznała pani z Villamarinich, że należało objawić o tem opiekunowi panu Borusławskiemu, aby ten doniósł gdzie należy.
Co się tyczy panny — jakkolwiek ona dosyć była grzeczną dla pana Maksymilijana, który się często bardzo z nią spotykał w pokoju pani z Villamarinich, nikt jednak nie mógł zaręczyć co się w jej sercu działo... i jak była w istocie usposobioną dla pretendenta.
Panna Eufrozyna wyrażała się o niej że jest charakteru flegmatycznego i temperamentu lodowatego, czasem ją zwano nieodgadnioną — pochlebiano sobie jednak iż piękny Maks serce jej podbić musi. Maks Rabsztyński pięknym był w istocie, ale mimo iż mu tu wiele zalet przyznawano — nie odznaczał się niczem tak dalece, oprócz wielkiej do życia ochoty... Jako bardzo ładny chłopak miał łaski u starszych pań, i wdzięk jego młodzieńczy zaślepiał równie panią samą, jak pannę Eufrozynę z którą, mimo jej szpetoty, umiał być bardzo czułym... Miał ten szczęśliwy temperament i usposobienie pan Maks, że dla niego dosyć było być niewiastą, aby zyskać jego względy.
Uśmiechał się i do panny Tekli, i do pani z Villamarinich, i do panny Eufrozyny i do Hermancyi i do służącej, która mu drzwi otwierała. Wszystkie nim były oczarowane.
Z tego powodu nawet wydziwić się nie mogły starsze panie, iż stosunkowo ta, która winna była zająć się nim najwięcej, w istocie była może dlań najobojętniejszą.
— Natura taka zimna! to darmo! mówiła panna Eufrozyna; ale to i lepiej!
I śmiała się ruszając ramionami.






Nikomu w świecie pewnie na złej pensyi lepiej nie było, jak pannie Tekli Sierocińskiej. Starano się jak najmocniej o to, aby jej na niczem nie zbywało, pieszczono, dogadzano, karmiono wyjątkowo, dawano swobodę wyłączną — a wszystko to przez poszanowanie dla jej domniemanego pochodzenia i dostatków, któremi ją umocowany nieznanych rodziców otaczał.
Mrok i tajemnicę, która okrywała pochodzenie bohaterki, starano się wszelkiemi sposobami rozproszyć — ale nie było środka przeniknąć co się w głębi tych ciemności taiło. Już samo opłacanie się tak starannie mówiło wiele.
Professor Filipowicz rozumował, wnioskował z matematyczną ścisłością, gdyż w potrzebie był i matematykiem — obrachował, że tak się kryć nie mógł kto inny, tylko w społeczeństwie położone osoby, które usiłowały jakiś grzech młodości, oczom ludzi złośliwych nieodstępnym uczynić.
Było to tak bijącem, tak przekonywającem, tak oczywistem, wedle wyrażenia pana Filipowicza, iż niepodobna było nic innego nawet przypuścić.
To położenie wysokie tajemnicą okrywających się rodziców, dowodził zresztą dostatek, bogactwo jakie pannę Teklę otaczało.
Płacono za nią znacznie więcej niż za inne panny osobno pozwalano brać lekcye u najdroższych i najlepszych nauczycieli — uczono muzyki, śpiewu, rysunku... i dosyć jej było czegoś zapragnąć, aby po niejakim czasie, Borusławski został upoważniony do sprawienia czego żądała. Oprócz tego obsypywano ją najwykwintniejszemi niespodziankami... Nie dziw też, że na pensyi doznawała względów szczególnych, które się potem prezentami opłacały.
Pomimo tego dostatku i takiego starania o spełnianie wszelkich jej zachcianek, panna Tekla, o ile wnosić było można z jej humoru i usposobienia, wcale nie była szczęśliwą, dręczyła ją ta przedłużająca się tajemnica, to położenie dziwne i jakaś niepewna przyszłość, nieodgadniona.
Wśród myśli czarnych, któremi się karmiła — nie jaką rozrywkę stanowiły zabiegi pana Maksa Rabsztyńskiego, była to nowość pochlebiająca może miłości własnej. Dozwalała mu panna Tekla wzdychać i prawić sobie nader niezręczne słodycze uśmiechając się doń niekiedy, ale nie doznając żadnego bicia serca i uczucia niepokojącego. Pan Maks o czem mówić nie śmiała, przypominał jej lalkę z magazynu fryzyera, przedziwnie uczesaną, białą różową, i równie jak żywy kawaler mało mówiącą... Patrzała nań z ciekawością, szczególniej gdy on na nią nie patrzał, zadawając sobie pytanie, czy też wszyscy młodzi mężczyźni są równie mało znaczącemi lalkami, jak ta próbka.
Mając zupełną swobodę czytania co chciała, panna Sierocińska od lat ośmnastu karmiła się jak najfantastyczniej dobieraną strawą duchową. Była ciekawą, czytała wiele i bez wyboru... Umysł pojętny, osamotnienie zmuszające do pracowania nad sobą, wykształciły ją nad wiek.
Pani z Villamarinich miała jedną namiętność rujnującą, czytała ogromnie wiele i to samych romansów. Z czytania tego nie miała najmniejszej korzyści, bo zajmowała się niem, zupełnie tak jakby gryzła orzechy — ale poświęcała znaczną część dnia nałogowo tej lekturze, w której Paweł de Kock stał na równi z panią Sand, Chateaubriand z Mussetem, Lamartine z p. Berthet, pp. de Gondrecourt z Arturem Houssaye.
Książek wiele pożyczała, ale kupowała ich też dużo... Trzymane były pod kluczem, w osiemnastym roku wszakże, że klucz ten oddano w ręce pannie Tekli, znajdując, że romanse stanowiły wcale nie złą propedeutykę życia, z którego niebezpieczeństwami zaznajamiały. Panna Tekla czerpała z tej biblioteki, na której dnie zakopane były niebezpieczne produkcye końca XVIII wieku, o których właścicielka zapomniała. Obznajomiła się więc młoda panienka nader wcześnie ze światem i rzeczywistym i kłamanym... a obojgiem tak znużyła, że uciekła się później do poważnych naukowych książek, które ją więcej zajmowały. Karmienie się tak różnorodnemi żywiołami, bez przewodnika i porady, stworzyło w jej umyśle dziwną mieszaninę, w której o własnej sile nie umiała zaprowadzić porządku; jednakże czuła przynajmniej potrzebę jakiejś nici przewodniej i szukała jej.
Mimo wieku był to umysł daleko już może dojrzalszy i dalej sięgający, niż to co ją otaczało. Czuła nicość tego co miała w koło siebie, nie okazując wcale wyższości swej i trzymając się w odosobnieniu. Nie otwierała się nikomu, bo wiedziała że nikt by jej tu nie zrozumiał, a ona nikogo nie nawróciła.
Umiała być dobrą i łagodną dla pani z Villamarinich i panny Eufrozyny, dla wszystkich zresztą — gdyż i oni byli dla niej dobremi, a serce miała skłonne do przywiązania się.
Zarzucano jej tylko brak otwartości i chłód, ale z tych wyjść nie umiała, nie czując w swem otoczeniu nic sympatycznego dla siebie...
Jedyną przyjaciółką serdeczną (czemu się wszyscy dziwili i po trosze krzywili na to), była rówieśnica już także dwudziestoletnia; przychodząca na pensye, której wychowanie było bardzo opóźnione panna Maryanna Rzepczakówna, córka ubogiego restauratora, powiedzmy otwarcie, szynkarza, którą rodzice ledwie nie ledwie potrafili umieścić na pensyi (długo jej przyjmować nie chciano) zapewniwszy się iż tajemnica stanu rodziców i pochodzenia panny zostanie najściślej zachowaną.
Do przyjęcia panny Rzepczakówny przyczyniły się okoliczności natury czysto administracyjnej. Ojciec którego córka zaklinała, aby się jej, jak mówiła, pozwolił uczyć „na guwernantkę“ gotów był dla dziecka na wszelkie ofiary. Opłacał więc tolerancyę pani z Villamarinich nietylko w pocie czoła wypracowanym groszem, ale kontrybucyami in natura. Czyniło to niby łaskę, ale tę sowicie kazano zawdzięczać. Piwo dla pensyi dostarczał prawie gratis, niekiedy po trosze wina, a Filipowiczowi oprócz tego pod połą przynoszone — likwory.
Panna Rzepczak, która teraz była jedną z najlepszych uczennic na pensyi, do lat czternastu — niestety — posługiwała przy ojcu w restauracyi — dojrzała więc bardzo zawczasu, napatrzyła się wielu a wielu spraw ludzkich, niedostępnych dla innych dziewic jej wieku... i przeszła przez ogień życia, nim zaczęła szkołę...
Nie zaszkodziło jej to wcale, ale owszem dziwnie rozwinęło.
Panna Eufrozyna mówiła o niej, że była nadto rozumną, bo w istocie spryt ognisty jej z oczów patrzał. Nie była wcale piękną, nie odznaczała się dystynkcyą żadną; młodość w pracy i biedzie spędzona zdjęła z niej zawcześnie świeżość, rumieniec, wyraz dzieciństwa i dziewictwa — pomimo to Marysia miała w oczach czarnych i całym twarzy wyrazie urok niebezpieczny, pociągający, któremu mężczyźni szczególniej oprzeć się nie mogli. Słusznego dosyć wzrostu, blada, gibka, zręczna, silna, ręce miała zapracowane, duże i brzydkie, płeć śniadą — ale taki wyraz odwagi, siły i pewnego rodzaju ubogiej dumy, że wśród najpiękniejszych odciągała oczy. Było to prawdziwe dziecię ludu... któremu natura intelligencyą zapłaciła za to, czego mu dać nie mogła.
Raz dostawszy się na pensyę, gdy ją posadzono w kątku, zaczęła się uczyć wściekle — nauczycielki niecierpliwiła swoją roztropnością, pamięcią, a często zapytaniami na które odpowiedzieć nie umiały. Zwano ją z przekąsem — pomywaczką.... ale wcale się za to nawet nie gniewała, śmiała się z przezwiska... Wiedząc iż inaczej jak zupełnem poddaniem się i pokorą na pensyi nie utrzyma — Marysia milcząc spełniała co jej kazano, znosiła ucisk, i niesprawiedliwości, a tymczasem uczyła się i uczyła z chciwością wygłodniałej istoty, przed którą pokarm postawiono.
Nie dająca się przytłumić i zakryć wyższość ta biednej Rzepczakównej, nieprzyjemna dla innych towarzyszek, byłaby od dawna spowodowała wygnanie jej z pensyi — gdyby nie — jakeśmy rzekli — okoliczności natury administracyjnej. Piwo i likwory ojca mówiły za nią.
Wszyscy niemal znęcali się nad pomywaczką, może to było powodem zimnej pannie Tekli do zbliżenia się ku niej. Marysia dostąpiwszy tego szczęścia, że się do niej zbliżyła księżniczka, oddała się jej z duszą i ciałem. Serca i umysły ich jakoś się prędko porozumiały. Marysia winna była temu szczęśliwemu wypadkowi, iż — jako przyjaciółka wybranej istoty — trochę względniej była traktowaną.
Śmiano się i dziwowano tej osobliwej przyjaźni, ale pani z Villamarinich — nie chciała się w niczem księżniczce sprzeciwiać. Dozwolono Marysi być przyjaciółką panny Sierocińskiej.
W wolnych chwilach Tekla zabierała ją do swojego pokoiku, dozwalała grać na fortepianie, sama nawet dawała lekcye, i — gdy się raz zbliżyły nie miały dla siebie tajemnic. W godzinach gdy dobrze wiedziały, że ich nikt podsłuchiwać nie będzie, siadały w kątku i opowiadały sobie wszystkie tajemnice swojego życia.
Marysi wspomnienia młodości były mocno zabarwione rzeczywistością; ale to w nich właśnie najzabawniejszem były dla Tekli. Godzinami całemi zapomniawszy o wszystkiem paplały bez końca. Pomimo roztropności swej księżniczka nie bardzo była biegła w odczytywaniu ludzi i ich charakterów, w tem znowu Marysia była dla niej nieoszacowanym przewodnikiem. Co ona przepowiedziała, wszystko się sprawdzało. Panna Rzepczak widziała jasno cały mechanizm i sprężyny pensyę poruszające — przez jej bystre oczy jaśniej też przejrzała panna Tekla.
Właśnie tego dnia po południu była rekracya; panna Rzepczakówna nie siadająca do stołu, przyniosła z sobą bułkę, z kawałkiem szynki i jedząc ją czekała na przyjaciółkę, z którą czas po obiedzie spędzić miała. Dla niej wyrzekła się domowego obiadu. Tymczasem, zostawszy tu sama, przewracała książki, patrzała oknem w dziedziniec i zabawiała się jak mogła.
Ktoby ją tu był zobaczył wesoło z bułką w ręku podskakującą po pokoju, śmiejącą się sobie samej w zwierciadle, biorącej zuchowato pod boki, a pomimo rubasznych ruchów, pełną jakiegoś rodzimego wdzięku dzikiego, odgadłby w niej może dziecko ulicy, które pierwsze swe zabawki płukało w rynsztoku. Wyglądała Marynia starszą niż była, zatem zupełnie rozwiniętą i dojrzałą... a mimo to była jeszcze prawie dziecinną, nauki jej zbliżały się do końca, spodziewała się zdać egzamina, dostać patent i ruszyć w świat — którego niebezpieczeństwa nie były dla niej tajemnicą. Może z tego powodu właśnie się ich lękała tak bardzo.
Wiedziała, że zawód nauczycielski był drogą najeżoną kolcami — ale zawsze lepszym niż posługiwanie w restauracyi przy ojcu — od którego teraz wychowanie nowe niezmiernie ją oddaliło.
Szanowała tego tatusia — kochała go, ale jakże codzień bardziej biednym się jej wydawał. Rumieniła się czasem myśląc o nim... a można sobie wystawić uczucie jakiego doznawała, gdy powracając do domu znajdowała go napiłym, lub ze świeżej bójki okrytym sińcami i ranami...
Obiad się skończył, panny wysypały z jadalni do sali rekreacyjnej i po innych pracowniach swoich — i Tekla też wbiegła do swojego pokoiku, rzucając na szyję przyjaciółce... Przynosiła jej umiejętnie zachowany kawałek francuzkiego ciasta, który Marysia dziwnie po swej szynce zajadać zaczęła, śmiejąc się i dziękując.
Siadły obok siebie, Tekla spojrzała na wesołą, śniadą twarzyczkę swojego kopciuszka. Tak ją czasem nazywała.
— Znudziłaś się czekając na mnie? zapytała.
— Trochę — ale, wszakże miałam zajęcie — jadłam moją bułkę, patrzałam w twoje zwierciadło, przewracałam książki, z okna, przyglądałam się chłopcom swawolącym na ulicy, co mi moją własną łobuzowatą młodość mile przypominało.... Niepowrotne lata...
— Żałujeszże ich?
— Troszkę — czasem... ale doprawdy sama nie wiem czemu... Dziś jestem w daleko świetniejszem położeniu, trzewiki całe, pończochy... koszula... zbytek wszelaki!! a jednak tęskno za owym chłodem i głodem. Musiałam już zestarzeć.
Rozśmiała się i mówiła dalej:
— Patrzałam w zwierciadło, co mi się rzadko trafia, bo na to nie mam czasu i dosyć jestem brzydka... Reszta młodości się świeci... ale mi z tem dobrze... gdy zostanę guwernantką uwolni mnie to od atencyi, które nieochybnie wszystkie moje towarzyszki spotykają... Już ty na mojem miejscu — ho! ho! Naprzód, że dla twej pięknej buzi, niktby cię i nie wziął, chyba wdowiec...
— A wiesz że mój opiekun, pan mecenas Borusławski, ciągle mi się każe na nauczycielkę przygotowywać.
— Po co ci to? Bałamuci — odparła Marysia.. Jesteś bogata! Mówią umyślnie tak, abyś się uczyła... Tymczasem masz już pretendenta...
Tekla trąciła ją ręką nic nie mówiąc i obie się rozśmiały.
Marysia poczęła szeptać cicho.
— Villamarina radaby cię wyswatać za niego, bo jest w przyjaźni wielkiej z ciocią, panna Eufrozyna, bo ją Maks w ręce całuje.. Filipowicz, bo go poi, a ty? cóż ty? przyznaj mi się...
— Czyż nie wiesz?
— Ale tak — szczerze... serdecznie?
Tekla obejrzała się i strzepnęła pięknemi rączkami.
— Daj mi pokój, ja ani jego, ani żadnego nie chcę, póki nie będę wiedziała kto jestem... i co mnie czeka.
— Dla tego tylko go nie chcesz? — badała Marysia.
— I dla tego i że — że...
— Jemu z oczów głupio patrzy — naiwnie odezwała się Marysia.
— To prawda...
— Słyszałam nieraz — ciągnęła dalej Rzepczakówna, że to ma być bardzo wygodna rzecz pójść za człowieka głupiego... Może to być — ale zarazem bardzo smutna... Wolałabym kłócić się z rozumnym, niż kochać z... O! ty jesteś bardzo wytrawna i rozumna — ciągnęła po chwili — że nie dajesz poznać po sobie, co o nim myślisz... Co ci to szkodzi, że koło ciebie będą tańcować...
— Dosyć to nudne — szepnęła Tekla — czasem aż niecierpliwiące — ale ja mam dosyć mocy nad sobą, by nie zdradzić się... ziewam wewnątrz... a uśmiecham się.
Marysia się głośno rozśmiała.
— Przecież się to kiedyś skończy — dodała panna Tekla. — Przyznam ci się, moja Marysiu, że tej chwili co o mojej przyszłości zawyrokuje, oczekuję z najżywszą niecierpliwością. Okropna to rzecz tak od dzieciństwa chodzić w ciemnościach.
— Jeżeli się wie, że z nich wnijdzie się do sali balowej, toć znośniej niż chodzić po jasnej ulicy, nie mając gdzie wejść i przytulić głowy.
— Ale któż ci powiedział, że mnie czeka sala balowa? — zapytała bystro Tekla... — W tem wszystkiem, co się ze mną dzieje są nierozwikłane zagadki — moja droga Maryś — mówiła po cichu smutnie — oni sobie tworzą co chcą na mój rachunek... ale mogą się mylić bardzo. Ja sobie przypominam dzieciństwo... wychowywała mnie dobra, uboga kobieta, bardzo skromnie, nie było dostatków... nikt się nigdy nie dowiadywał o mnie ani do mnie, choć na wsi, bardzo mógł i przybyć i widzieć ktoby był chciał nie będąc postrzeżony. Chodziłam boso... pamiętam... jadłam chleb razowy... w domku było biednie, perkalowa sukienka na święto... Zmieniło się to dopiero na pensyi i to stopniowo, powoli...
Mnie czasem strach ogarnia.. gdy się te wrota zamknięte otworzą, co ja tam zobaczę za niemi? Pustkę może.... dwa trupy.... albo! któż to odgadnie?
Mam lat dwadzieścia... wszakżeby to się skończyć powinno...
— A! moja droga... skończy się aż nadto rychło... nie wyzywaj — poczęła Marysia... otworzy ci się świat szeroki — i woskowane posadzki... po których chodzić tak ślisko... A tego ci nie zazdroszczę. Ja swobodna jak ptaszek polecę, a ty — biedna...
To mówiąc uściskała ją ze łzą w oku i rozśmiała się zaraz.
— A dajmy bo pokój temu. Po co sobie łamać głowę... Co przyjdzie, to przyjdzie.
— Słuchaj, do mojego ojca przychodzi na obiady ubogi, stary, poczciwy kancelarzysta... Ojciec go bardzo szanuje, bo to człowiek zacny i prawy... Zwykle gdy się ukaże w progu, ze swym nieodstępnym parasolem pod pachą, ojciec spieszy razem mu parasol odebrać i szepnąć co będzie na obiad!... Stary mu usta zamyka. Ależ proszesz mi nic nie mówić, panie Rzepczak... tyle przyjemności w życiu co człowiek nie wie co go spotka — sztuka mięsa biała lub flaki!! I ma słuszność.
Tekla się uśmiechnęła smutnie.
— Przynajmniej ja — mówiła Marysia — nic się nie troszczę o przyszłość, póki ręce zdrowe i głowa na karku. Dam sobie jakoś radę. Gdybyśmy życie od razu przeczytali całe, nikomu by się żyć nie chciało.
— Ale bo nikt nie ma jak ja wiszącego nad głową miecza — odezwała się Tekla.
— Zawsze ty sobie wyobrażasz te miecze...
— Mam jakieś przeczucie straszne? Przyznaj sama, tybyś się na mój los nie pomieniała?
Marysia zamyśliła się poważnie.
— Nie wiem, rzekła — nie jestem ja w najświetniejszem położeniu, ale...
— A ja... mieniałabym się na cokolwiek bądź byle było jasne i czyste, mówiła Tekla... Te ciemności, te ciemności! szepnęła na dłoni opierając rękę.
— Ja ci dam sposób by je rozproszyć — rzekła chustkę w ręku mnąc Marysia — pozwól się sobie oświadczyć panu Maksowi, przyjm go... a jak przyjdzie do ślubu... wszystko się odkryć musi...
— To by było trochę za drogo... rozśmiała się Tekla.
— Mogła byś potem zaraz tę lalkę porzucić...
— A! nie mam ochoty bawić się lalkami...
I śmiały się smutnie.
— Ja sama niezmiernie jestem ciekawą — poczęła Rzepczakówna, jak to się z tobą skończy, bo jużcić tak wiecznie na pensyi siedzieć nie możesz, zwłaszcza teraz gdy się pan Maks tu wkręcił i opiekunowie twoi wiedzą o tem... Filipowiczowie oddali ci przysługę... bo pewnie w ten sposób przyśpieszą rozwiązanie zagadki.
To prawda — przerwała Tekla — na myśl mi to nie przyszło... to mnie pociesza... a! byłoby też dobrze być wyzwoloną.
— Od wąchania pomady, którą się ten Maks smaruje... dodała Marysia... któregoś dnia spotkałam się przypadkiem z jego kapeluszem leżącym na krzesełku... a! okropność!!
— Pomada — to jeszcze nic — ale chustka perfumowana, która serca chce podbijać... ale wszystkie te wonie, które z nim wchodzą do salonu... a!
I śmiały się znowu...
— Ty, moja Tekluniu — mówiła Marysia — powinnaś nawykać do woni i perfum... Ja bym tego nie potrafiła... Mnie każda zalatująca woń ta sztuczna, przeraża myślą iż pokrywa szatański zapach jakiś... Ja wolę już co szczerze śmierdzi! Prawda żem się przy kuchni wychowała i tłusty czad czasem mi się głodnej przyjemnym musiał wydawać...
To mówiąc brzydkie swe, choć czyste ręce wyciągnęła ku Tekli i położyła je przy jej białych, pieszczonych paluszkach.
— Patrz Tekluniu — odezwała się, te ręce nasze to jakby dwie historye życia i dwie przyszłości przepowiednie... Jak się to one zeszły, spotkały i uścisnąć mogły... i pokochać! A ja dziś jeszcze tego szczęścia nie pojmuję...
To mówiąc chciała ją w te białe ręce pocałować, ale Tekla wzięła ją za głowę i na czole pocałunek wycisnęła, a obok niego spadły dwie łzy gorące.
Śmiech zmienił się natychmiast w płacz — obie się rozłzawiły... Milczały, gdy u drzwi dał się słyszeć szelest. Marysia zerwała się i usiadła porywając książkę, Tekla otarła oczy prędko i na drzwi spojrzała. Wchodziła właśnie pani z Villamarinich... obie panienki wstały.
Okiem surowem zmierzywszy Rzepczakównę, poważna pani z czułością wielką zbliżyła się do Tekli i odciągnęła ją na bok nieco.
— Moja droga — kochana Tekluniu — szepnęła do niej, przyjdziesz do mnie na herbatę... Może kto będzie (dodała z przyciskiem) rozerwiesz się trochę. Proszę cię. Trochę się ubierz... W czarnej swej sukni jedwabnej nadzwyczaj ci ładnie.
To mówiąc z lekka usta przyłożyła do jej czoła...
— Główka taka gorąca, czy nie boli.
— O nie.
— Rozmawiałyście pewnie zbyt żywo.
Nie otrzymawszy na to odpowiedzi, pani z Villamarinich przeszła się po pokoiku i, nawet nie patrząc na Marysię, uśmiechnąwszy się tylko do Tekli, wysunęła się z pokoju.
W tej chwili prawie, figlarnie uśmiechnięta dziewczyna służąca, wpadła z bukietem fijołków w ręku... i podała go pannie Tekli.
— Cóż to ma znaczyć?
— A, już to, proszę panienki — panienka się domyśli co ma znaczyć?
I usta sobie dłonią zakrywszy, śmiać się zaczęła, zanosząc prawie, tak jej było wesoło...
— Ja się nie domyślam.
— Et! co to takie rzeczy mówić ludziom, niby panna nie wie od kogo... Jakby tu kto inny z bukietem przyszedł, dopieroby były historye. Ale! toż tylko jeden jest co mu wolno z bukietyma chodzić... to się wie...
I machnąwszy ręką służąca chciała wyjść, gdy Marysia zawołała za nią.
— Panno Doroto!
— Alboż co?
— Przyznaj się — pocałował pannę oddając bukiet?
Dorota krzyknęła zakrywając sobie oczy. Obie panienki śmiać się zaczęły.
— Wszak prawda? dodała Marysia.
— A choćby tam bez grzeczność i cmoknął — to co zawołała panna Dorota.
— Zapewne że to nie grzech — dokończyła Marysia — ale na kawalera co bukiety nosi... to nie ładnie...
Dorotka nagle zpoważniała, podeszła na palcach do panien i załamując ręce — rzekła...
— Co prawda że mnie za każdym razem całować chce... a no — to nic — przecie mi się nie stanie przez to nic — ale (tu zniżyła głos) jak Boga mojego kocham (obejrzała się) pannę Eufrozynę...
Wyszepnąwszy to usta sobie zatuliła i uciekła.






Wieczorami tych dni gdy pani z Villamarinich miewała gości — salonik jej oświecony trzema lampami, z których jedna miała bogate pokrycie z robionych kwiatów przedstawiał się tak ładnie... tak jakoś smakownie i elegancko — iż sama pani nawet w nim się lubowała.
Meble były aksamitne — o tem nawet mówić nie potrzebujemy, palisandrowe, przed kanapą dywan wyszyty na imieniny przez uczennice, jaskrawością barw nieustępował najświetniejszym wyrobom najpierwszych fabryk zagranicznych.
Na stoliku leżała obfitość albumów oprawnych wspaniale. Z fortepianu zdejmowano okrycie, które w dni powszednie chroniło go od chłodu, na konsolkach brązowanych stały statuetki Joanny d’Arc i Kochanowskiego, wprawdzie gipsowe, ale gips ze stearyną jest znakomitym wynalazkiem.
W te dnie uroczyste a raczej wieczory, małżonek-administrator przywdziewał frak, czesał bakenbardy, kładł biały krawat, a niekiedy nawet i białą kamizelkę... Koszulę nauczycielską, spyloną prochem z tablic... okrywał naówczas świetny przód fałszywy do idealnej koszuli nie egzystującej, a takież mankiety z guzami oryentalnemi, usiłowały przekonywać że istotnie ideał ów był rzeczywistością. Buty pana Filipowicza przybierały na te występy glans nadzwyczajny, a chustka świeża udowodniła swą przytomność wychodząc ciekawie na świat z kieszeni.
Pani z Villamarinich brała broszę z kameo, bransolety ojczyznę przypominające z lawy Wezuwiusza rzeźbione, batystowy gałganek w pulchne rączki i coś na głowę takiego, coby poczynającą się łysinkę kryło nie ciężąc bardzo... Panna Eufrozyna odznaczała się strojem poważnym, surowym, przystającym ściśle do jej figury i rysującym posągowe jej kształty, które jej jednej pozostały z przeszłości...
Z panien rzadko która dostępowała szczęścia napicia się tu wodnistej herbaty z sucharkiem, oprócz panny Tekli. Zapraszano chyba te z nich, których krewni albo rodzice przybyć mieli.
Herbatą zajmował się sam administrator, a, żeby nie wychodzić z tradycyi, robił ją równie lekką jak dla całej pensyi, z małemi wyjątkami osób uprzywilejowanych. Jeżeli ktoś z miasta przybył do salonu pani z Villamarinich, która z dawnych, lepszych czasów w młodości miała licznych przyjaciół i znajomych mógł zapomnieć że był na pensyi. Młodzież albowiem uspakajano zawczasu, i ani śmiech ani wrzawa niewczesna nie mąciła harmonii, nie zawadzała dobranemu zawsze towarzystwu.
Pani była bardzo trudną w wyborze osób do niego przypuszczalnych, musiały one, aby otrzymać przystęp do tego zbytku, odznaczać się czemś, mieć za sobą coś, coby o nich opowiedzieć się dawało i tłomaczyło ten zaszczyt, który się stał ich udziałem.
Majątek, imię, znakomity talent, stosunki były tu na równi cenione i podnoszone wysoko... Sama pani wedle stopni zasługi i znaczenia odmierzała względy jakiemi gości swych zaszczycała. Czasem jednak i mniej zasłużeni dostępowali honoru przyjęcia, jeżeli na coś skaptować i zjednać sobie chciano. Naówczas dla usprawiedliwienia wyjątku, szeptano na ucho o wielkich skrytych zdolnościach i nadziejach przyszłości.
Tego dnia, oprócz domowych, do których się liczyła pana Tekla, zaproszoną była ciocia pana Rabsztyńskiego, z Rabsztyńskich Habingerowa, tytułująca się baronową z powodu niemiecko brzmiącego nazwiska. Tytuł ten korygował Habingerostwo, samo z siebie, dla panny Rabsztyńskiej niepoczesne, Baronowa godnie nosiła swoje de domo; chociaż majątku było nie wiele i mąż, jak mówiono, chodził dzierzawami — nader była troskliwą o to, aby ją za ladajaką prostą Habingerową nie brano. Wiele rzeczy na sobie nosiła herbownych, a samo trzymanie głowy, wielce dostojną osobistość oznajmywało. Była mocno nieładna, nie odznaczała się też żadnemi przymiotami nadzwyczajnemi umysłu serca, ale pamięć miała szczególną, i pokrewieństwa i kolligacye znała doskonale, zawsze niemi podpierając to nieszczęśliwe habingerowstwo... Moja kuzynka hrabina, mój kuzyn książe... i t. p. nie schodzili z ust jej w ciągu rozmowy, częstokroć najdziwniej przyszyci jakoś — ni przypiął ni przyłatał do przedmiotu o którym mówiono.
Niegdyś ciocia baronowa była wielką, wielką muzyczką, jakąś uczennicą Fielda czy kogoś równie sławnego, ale reumatyzm w rękach uwolnił ją od produkowania się z grą, i pozostawił tylko z przywilejem surowego sądu o innych młodzieńczych talentach.
O tych zwykle wyrażała się tajemniczo, z uśmiechami, z ruszaniem brwi i potrząsaniem głową, nie tając że ją nie zadawalniały.
— Zapewne! zapewne, mówiła — nowa szkoła... piękne rzeczy, wielka biegłość! ani słowa, ale w dotknięciu... w wyrazie brak mi zawsze tego czegoś... no... już państwo mnie zrozumiecie... tego... i t. p.
Wirtuoztwo pani baronowej weszło było w tradycyę, i nikt nie wątpił że, gdyby nie reumatyzm — nie sprostał by jej ani Rubinsztein ani Bülow nawet.
Z ciocią przybył uperfumowany wdzięcznie strojny z nadzwyczajnym szykiem, piękny pan Maks, na którym oczy pani i panny Eufrozyny spoczywały z rozkoszą. Panna Tekla która z sobą na wieczór jakąś robótkę przyniosła, miała wejrzenie spuszczone skromnie, chociaż pan Maks natychmiast się przysiadł do niej. Ciocia siedząca z panią domu na kanapie, spoglądając na tę hożą parę, szeptały coś między sobą.
Filipowicz, który wieczorami, o ile mu jego obowiązki administratorskie dozwalały, mieszał się nieco do rozmowy, zawsze jednak na baczności mając, aby zbytkiem odwagi żony sobie nie narazić, chodził po pokoju mając ręce założone pod poły fraka. Był to ruch największej emancypacyi i poczucia samoistności dowodzący. Ile razy żona spojrzała nań ostrzej, ręce wychodziły z pod fraka i wisiały po bokach jak u figur woskowych.
Tego dnia, Filipowicz skutkiem z rana odegranej ważniejszej roli, czuł się usposobionym do dawania sobie pierwszych tonów, tem bardziej że żona zajęta rozmową z ciocią baronową, nie bardzo nań zważała. Trzymał więc stale ręce pod połami i patrzał niekiedy w duże zwierciadło, jak mu z tem dobrze było.
Dozwolono panu Maksowi, którego panna Tekla obojętnemi zbywała półsłowami, zabawiać ją rozmową i westchnieniami. Młodzieniec w tej roli kochanka był nadzwyczaj skłopotany, panna miała usposobienie poważne, on zaś był trzpiot, i tak dalece mówić o czem innem jak o ulicznych plotkach nie umiał... Daleko mu raźniej szło z Dorotką, we drzwiach domu, a nawet z panną Eufrozyną na progu jej pokoju... Jak tylko musiał być smutnym, zaraz mu się zbierało na ziewanie, a ziewnąć siedząc przy pannie — wiedział że było to kryminałem. Męczył się więc i kapelusz okrągły który trzymał w rękach padł ofiara, czesał go bowiem to pod włos to z włosem i trapił straszliwie.
Wszystkie przedmioty rozmowy powoli się wyczerpały... panna jej nie podsycała, nadchodziła chwila krytyczna, pan Maks szukał w pamięci przyzwoitych anegdot... ale znajdował w niej na złość same nie przyzwoite. Odstąpić zaś od panny zdawało mu się niewłaściwem.
W tej chwili męczarni i niepewności, stało się coś, czego nigdy na żadnym wieczorze nie bywało... Stał się wypadek... Jakiż? tego nikt odgadnąć nie mógł, wszyscy przytomni jednakże poczuli że zaszło coś niesłychanie ważnego...
Pan Filipowicz, który był wyszedł w celach administracyjnych z salonu... wpadł z głową rozczochraną, nagle, szybko, wprost na nikogo niezważając do pani. Zaczął pochyliwszy się ku niej coś jej szeptać do ucha... pani z Villamarinich pochwyciła się naprzód za głowę, załamała ręce, potem spojrzała na Teklę i pana Maksa, w ostatku pochyliła się ku cioci baronowej i zaczęła jej coś szeptać. Ciocia okazała wzruszenie wielkie i jakąś niepewność. Drgnęła na kanapie, sparta na niej rękami obiema jakby chciała wstać i padła na poduszki.
W czasie tych ruchów i szeptów, Filipowicz stał to na żonę patrząc, to na drzwi, i jakby nagląc o pośpiech, w tem żona rękami wskazała mu ażeby co najrychlej z salonu się wynosił, co też on dopełnił, ale nie wprzód aż mocno odchrząknąwszy i oczyma znacząco wskazawszy na parę... złożoną z panny Tekli i Maksa...
Nim pan Filipowicz spełnił naglące przykazanie wszechwładnej połowicy swej, zaszła jeszcze jedna okoliczność. Niespodzianie ciocia baronowa, w chwili gdy pan Maks miał znaleźć przyzwoitą anegdotkę do opowiedzenia, podniosła głowę i ozwała się do niego, głosem miłym, nieco przez nos...
Cher Max? a palcem wskazała iż się miał zbliżyć do niej?
Cher Max’owi strasznie się widziało odchodzić od panny, udał że nie słyszy, chociaż w trybie rozkazującym i naglącym powtórzył Cher Max, i trzeba było wstać... Tak też uczynił młodzieniec ale z powolnością i ociąganiem się widocznem. Tymczasem Filipowicz dopadłszy drzwi i pochwyciwszy już za klamkę, zdawał się jeszcze czekać na coś i nie wyszedł z salonu, aż Cher Max znalazł się przy cioci.
W saloniku nastąpiło milczenie dziwne, oczyma coś sobie mówiono, panna Eufrozyna, poszła miejsce Maxa zająć przy Tekli... cicho było, cicho tak że ciężki oddech pani z Villamarinich jak dalekie echo kowalskich miechów dał się słyszeć wszystkim zwiastując niby burzę...
Wszyscy też czuli iż się coś stało, coś miało stać... okropnego...
Naprzód drzwi w korytarzu się odemknęły, a potem słychać było witanie z podziwieniem, szastanie nogami, mruczenie jakieś, śmiech doskonale pochwycony w tonie Filipowicza, naostatek ruszyła się klamka we drzwiach, uchyliły podwoje — i — wszedł wcale niepoczesny jegomość w starym fraku i ryżej peruczce, stalowych okularach, ze starym kapeluszem w ręku.
Pomimo niepozornej postaci, musiała to być osobistość nader ważną grająca rolę i wielkiego znaczenia, gdyż pani z Villamarinich wyszła na jej spotkacie, panna Tekla i Eufrozyna wstały, pan Maks pobladł, ciocia wąchała wódkę kolońską a Filipowicz po za przybyłym, w pół zgięty zacierał ręce.
Był to, mniej ni więcej — pan mecenas Borusławski.
Wszystko tłomaczy to nazwisko.
Zrana pan Filipowicz zaręczał że panna jest konsygnowana, wieczorem opiekun znajdował się w jednym salonie z kawalerem.
Położenie stało się tak krytycznem, iż tylko niezmierny takt pani z Villamarinich, jej powaga i wytrawność mogły zaradzić kompromitacyi, mogły wytłomaczyć, objaśnić, uniewinnić.
Filipowicz był szczęśliwy iż na nim nie ciążyła odpowiedzialność — robiło mu się zimno i gorąco... ciepło i chłodno... i ciemno w oczach... i nogi mu drętwiały... Zaręczył, że panna była konsygnowana!!!
Pani z Villamarinich ani na chwilę nie straciła tej przytomności umysłu, która odznacza mężów stanu, niewiasty znakomite, dyplomatów i cielęta... ostatnie przez brak poczucia położenia. Wskazała fotel przy sobie panu Mecenasowi i usiadła w majestacie swym całym, opinając się mantylką, podnosząc czoło, wyzywając wszystko cokolwiek ją spotkać mogło.
Mecenas miał zresztą postać spokojną, i nawet usta nieco uśmiechnięte. Wprzódy jednak powitawszy czule pupillę, po kilku słowach zamienionych z gospodynią domu, wstał i z widocznem zajęciem zwrócił się ku pannie Tekli, która zdawała się czekać na to... Popatrzał na nią i począł cichą rozmowę, z której można było wnosić iż o niczem tak bardzo ważnem nie rozprawiali.
Swobodny umysł Mecenasa, jego pogodne oblicze uspokajająco działały na panią i wszystkich otaczających, chociaż tak prędkie zjawienie się na pensyi, po rannej konferencyi z Filipowiczem, w początku groźnem się zdawało.
Gospodarz pospieszył z nalaniem mocnej herbaty i wykomenderowanie jej przed Mecenasa, w towarzystwie flaszki z rumem, cytryny, śmietanki i sucharków... P. Borusławski przyjął tylko herbatę, śmietankę i suchareczek — mimo śmiechem popartego zaręczenia gospodarza, iż kropelka rumu, bardzoby dobrze uczyniła w herbacie...
Zaczęto naturalnie dla uczynienia rozmowy dostępnej wszystkim mówić o pogodzie, o własnościach roku i o meteorologji w ogóle, jako nauce najpopularniejszej, której intuicyą przynosi z sobą na świat każdy człowiek...
Pani z Villamarinich przytaczała lata podobne, baronowa przypomniała sobie że będąc na wsi u kuzynki księżnej... doznała większych jeszcze upałów, a brat jej cioteczny hrabia... z tego powodu zachorował... i t. p.
Maks tymczasem odsadzony od panny, do której się zbliżyć nie śmiał, zużytkował wolną chwilę na przegląd ogólny rąk, kamizelki, fraka i krawata... i całej toalety, coś około niej poprawiając. Mecenas, chociaż znajdował się cicho i skromnie bardzo, choć nie zdawał się ani patrzeć ani przyglądać niczemu, oczyma biegał po saloniku, i z wprawą człowieka nawykłego do chwytania charakterystycznych znamion, rozpoznawał położenie... Widać to było z bacznych acz szybkich wejrzeń wymierzanych z kolei na osoby znajdujące się w salonie, wyraz ich twarzy i wszystko co myśli i uczucia zdradzać mogło. Jednakże po jego obliczu chłodnem, pogodnem, nieporuszonem trudno się było wrażeń domyślać. Pani z Villamarinich zapuszczała bystre swe wejrzenie w głąb Mecenasa duszy, i rozbijała się o lody, które jej powierzchnię okrywały.
Człowiek jednak tak chłodny, nie musiał, mówiła sobie, nic strasznego ukrywać.
Ale po co tu przyszedł wieczorem, i właśnie naówczas, gdy panna która miała być konsygnowaną, znajdowała się w jednym salonie z kawalerem? Pani układała już w myśli, jak ten szczególny zbieg okoliczności miała wytłómaczyć, gdy Mecenas, jakby od niechcenia, skończywszy herbatę, pochylił się ku Filipowiczowi, który już ręce pod połami trzymał i szepnął mu, że chce z nim pomówić na osobności...
Filipowicz znalazł się w położeniu tak trudnem, iż nie przypominał sobie, ażeby w życiu dwa razy trafiło mu się przepływać między taką Scyllą a Charybdą. Nie mógł odmówić Mecenasowi a byłby dał niewiedzieć co, ażeby na jego barki nie spadło coś... z czego by się nie umiał wywinąć... Przychodziło mu na myśl, że może bąka strzelić i być przez surową żonę pociągniętym do odpowiedzialności — wątpił o siłach swych... a nie wypadało mu wezwanemu, odsyłać Mecenasa do żony. Byłoby to nadto dlań upokarzającem. Stał więc uśmiechnięty, osłupiony — wahający się, gdy żona surowem wejrzeniem posłyszawszy wezwanie, nakazała posłuszeństwo...
Filipowicz z gracyą ujął pod rękę Mecenasa i sam nie wiedział już jak wprowadził go wprost do ogromnej, pustej w tej chwili, sali jadalnej. Tu jedna smętna świeczka łojowa paliła się w kącie na stole, bo się takich gości nie spodziewano, co gorzej, oprawna była w lichtarz mosiężny, zielony od rdzy i cały oblany łzami innych świec, które na łono jego wylane zostały... Pensya i porządek w niej były fatalnie skompromitowane, Filipowicz jednak starał się lichtarz sobą zasłaniać, a spodziewał się że ważną zajęty rozmową Mecenas, tego szczegółu nie dostrzeże... Na Dorotę za ten lichtarz miała spaść kara, okropna burza i skwapliwe wyrzuty.
Tymczasem gospodarz śmiał się i patrzył Mecenasowi w oczy usiłując zbadać czy wolałby usiąść czy używać po salonie przechadzki. Pan Borusławski na przekorę Filipowiczowi, któryby był wybrał miejsce niedozwalające dojrzeć lichtarza obwinionego, wolał chodzić — i biedny administrator skazany został na manewrowanie plecami tak, aby widok na łojowe łzy zasłaniały.
— Przybyłem do państwa — odezwał się Borusławski... wcale niespodziewanie. Złożyło się szczególnym wypadkiem, że właśnie dziś miałem zręczność mówienia z osobą czyli z osobami, których los panny Tekli najmocniej obchodzi...
— A! otóż to jest! przerwał Filipowicz — otóż to — jak się zowie... tego...
I połknął resztę, łojowa świeca go dusiła, jej widok odejmował mu przytomność umysłu.
— Wprawdzie osoby te, to jest osoba ta... począł dalej Borusławski.
— Wszystko jedno — jak się zowie — zamruczał Filipowicz, co ma być tajemnicą, niech nią pozostanie zakryte, zakryte zapłonione... i tego...
Borusławski mówił dalej.
— Jest życzeniem osób tych, ażeby mogły, nie będąc widziane, widzieć tego pana Maksa Rabsztyńskiego. Fizyognomija wiele znaczy.
Nie przesądzając co powie panna Tekla, a nawet co i jak bliższe rozpatrzenie się w charakterze, położeniu i stosunkach tego pana... wszakże opiekunom... chcianoby zobaczyć naprzód jak wygląda, wyda się to śmiesznem, dziwacznem.
— Ale by — by — bynajmniej — przerwał Filipowicz — ale by... tego jak się zowie, najmniejszej rzeczy. Mają prawo zupełne, kompletne, istotne, rzeczywiste jak się zowie...
Borusławski wyczekał, a gdy się w Filipowiczu uspokoiło, mówił dalej znowu...
— Proszonym jest więc pan Maksymilijan Rabsztyński, ażeby — był łaskaw znajdować się na mszy świętej, w niedzielę, w kościele Dominikanów.
— A! za pozwoleniem... na której? zagadnął Filipowicz — mamy, jak się zowie, primaryę, wotywę, sumę, nie licząc pomniejszych.
— Może się na sumie znajdować — rzekł Mecenas.
Filipowicz zatarł ręce, w tej chwili zapomniał nawet o świecy łojowej, tak mu się to co usłyszał wydało szczęśliwą wróżbą... Na chwilę nie powątpiewał, że urocza powierzchowność pana Maksa musiała jak najlepsze, zwycięzkie uczynić wrażenie.
Oprócz tego, cieszyło go, że rozmowa wzięła obrót taki który go uwalniał od wszelkiej odpowiedzialności, brał do zreferowania okoliczność mu powierzoną. Umysł jego tak się nawet jakoś rozkołysał i rozbudził, że wpadł propio motu na myśl, na szczegół, o którym bystry i przebiegły Mecenas zdawał się zapominać, pomimo że stanowiła wielkiej wagi dodatek do umowy.
— Ja to tedy — jak się zowie, wiernie i ściśle odniosę, gdzie należy, rzekł Filipowicz, na chwilę nie wątpiąc iż warunek przyjętym zostanie. Lecz, dodał tryumfująco — sam pan dobrodziej uznasz, iż trzeba obmyślić znak, po którym ma być pan Rabsztyński poznanym... przez te osoby lub osobę, która się losem panny Tekli zajmuje. Aa! widzi pan.
Uśmiechnął się Mecenas.
— Masz pan słuszność — po kolorze krawatki naprzykład...
— A! jak się zowie, przerwał za ręce chwytając i o łojówce zapomniawszy bystry Filipowicz — a — jeżeli znajdą się dwie krawatki jasnobarwne.
— Złóżmy więc znamiona — rzekł śmiejąc się Mecenas, któremu cała ta historya widać śmiechu się godną wydawała — krawatka... taka... rękawiczki... takie... i w ręku jedwabna chustka oznaczonego koloru.
Filipowicz puścił się do drzwi salonu w zapale. Zaraz wracam.
Zapomniał, że Mecenasa sam na sam z łojówką zostawił, tak był przejęty!
— Idziesz pan do salonu — odezwał się Borusławski, proszę przysłać tu pannę Teklę, na krótką rozmowę ze mną.
Stało się jak chciał, gospodarz znikł niosąc z sobą szczęśliwą wieść żonie, a panna Tekla żwawo biegła do napół ciemnej salki.
Choć rzadko widywała opiekuna, i mało miała zręczności poznać go bliżej, panna Tekla miała w nim zaufanie, szacunek dlań, wdzięczność i był to może jeden człowiek z otaczających ją, którego czuła wyższość i instynktowo oceniła charakter... Ile razy się z nim spotykała, szczęśliwą była, iż z nim otwarcie, szczerze pomówić mogła, witała go zawsze twarzą wesołą. I teraz wbiegła uradowana, że ją wezwał na poufną rozmowę.
— Jakże mi się ma panna Tekla — spytał biorąc ją za obie ręce Mecenas — wyglądasz ślicznie...
— A! zdrowa jestem — i o ile dobrze gdzie być może, jest mi bardzo... dobrze...
Westchnęła.
— Cóż to westchnienie znaczy? mówił poważnie Borusławski, odprowadzając ją zwolna od drzwi salonu. Coś mi powiada Filipowicz, o jakimś panu, jakże się zowie! Rabsztyńskim...?
— A! śmiało podnosząc oczy odezwała się panna Tekla, cóż o nim mógł mówić pan Filipowicz?
— No — to się łatwo domyśleć — że się o pannę Teklę chce starać, że się w niej kocha... dał mi też po trosze do zrozumienia, że panna patrzy nań okiem dosyć łaskawem.
Zimno i spokojnie uśmiechnęła się zagadnięta, ruszając białemi ramionami.
— Ja wcale nie mam ochoty na niego patrzeć — odezwała się szczerze panna Tekla.
— A! to znowu co innego — mówił Mecenas, zmienia to nieco postać rzeczy... Ale, pozwolisz się spytać, czy — gdyby z innych względów partya się wydała stosowną, bo o zamążpójście dobre nie łatwo — a za mąż pójść przecie trzeba, żeby samą nie zostać na świecie — czy — w takim razie... wstrętu byś panna nie miała? Jakże?
Panna Tekla pomilczała nieco...
— Proszę pana Mecenasa — wstręt... rzekła spokojnie, nie mogę powiedzieć ażeby wzbudzał we mnie, ale sympatyi najmniejszej. Przyznam się opiekunowi, że mi się wydaje... trochę dziecinnym, trochę płochym...
— A! a! odparł Mecenas — to dobrze wiedzieć. Lecz, między nami, kochana panno Teklo — jeżeli innych wad nie ma, imię poczciwe, majątek dostateczny...
Panna Tekla spuściła oczy.
— Czyż to tak pilno wydać mnie? spytała.
— Nic a nic — uczynisz jak będziesz wolała, mówił Borusławski, ale jesteś sama — położenie smutne, które w tej chwili zmienić się nie może... To siedzenie na pensyi — nie jest miłe... czas by już z niej wyjść — gdzież, dokąd i samej?
Łzy się zakręciły w oczach biednej sieroty.
— A! mój drogi panie, rzekła, czyżem ja na wieki skazana żyć w tem osamotnieniu i ciemności? Czuję nad sobą dobroczynną, opiekuńczą rękę, a ta nie chce; nie śmie czy nie może mi się dać ucałować i oblać łzami!! Maż tak na wieki być? A! toby było nad wszelki wyraz okropne, smutne, bolesne. Jabym nigdy nie mogła być szczęśliwą...
Schwyciła rękę Mecenasa i poczęła łzami ją oblewać, Borusławski starał się ją uspokoić.
— Wierz mi panno Teklo, rzekł, że to co się dzieje z tobą, jakkolwiek przykrem być ci może, dla twojego dobra się czyni... a gdy przyjdzie chwila w której — bez szkody dla niej, tajemnica, odsłonioną być będzie mogła, ani chwili dłużej ci co cię kochają — nie zostawią cię w tem smutnem położeniu...
To mówiąc ścisnął jej rękę... cały przejęty i smutny... Tekla ocierała łzy.
— Męztwa potrzeba i cierpliwości — dodał — wszystko to, mam nadzieję, dobrze się skończy. Tymczasem wielki ciężar mi spadł z serca, słysząc, że panna moja kawalerem się nie zajęła. To lepiej, to stokroć szczęśliwiej. Zobaczymy więc i z zimną krwią wyważemy wszystko... Proszę tylko pamiętać o tem, że pozycya na świecie potrzebna... i że — zamążpójście dla osoby niemającej rodziny... nadzwyczaj ważnem się staje, dając jej to właśnie na czem jej zbywa.
Tekla westchnęła po cichu z rezygnacyą, nie odpowiadając nic.
Właśnie Filipowicz po cichu drzwi uchyliwszy badał czy już wnijść może nie przerywając rozmowy, gdy Mecenas nań skinął, a panna pożegnawszy go wejrzeniem serdecznem, wymknęła się drugiemi drzwiami.
— Otóż — jak się zowie — rzekł z tajemniczą miną, zbliżając się Filipowicz, stanęło na tem, krawatka niebieska ujęta pierścieniem z turkusem, rękawiczki brązowe glansowane, chustka w ręku batystowa kafowa ze szlakiem szerokim białym... będzie Mecenas pamiętał?
— A jakże! roztargniony począł powtarzać Borusławski, krawatka kafowa, rękawiczki niebieskie, chustka... nie pamiętam...
Filipowicz w ręce plasnął z rozpaczy i ofiarował się zanotować dosyć skomplikowane oznaki, po których poznać było można pana Maksa — jakoż wprowadził Mecenasa do swojego pokoju i tu podał mu na piśmie rejestr żądany.
Borusławski schowawszy go do kieszeni, zaraz á langlaise, chciał się usunąć, nie żegnając nikogo i ledwie namówiony przez gospodarza, że to jego żonie wielką by przykrość uczyniło, dał się uprosić do pokazania jeszcze w salonie...
Wszedł tu jednak na krótką chwilkę, wziął zaraz kapelusz, i zimno dosyć pożegnawszy wszystkich, z jedną panną Teklą rozstał się serdeczniej, szepcząc jej do ucha: Męztwa — męztwa i... ufności w Bogu! wszystko to się dobrze skończy...
Po wyjściu jego i panna Sierocińska wysunęła się do swego pokoiku, oświadczając pannie Eufrozynie, iż ją głowa boli, i prosi o pozwolenie zostania u siebie.
Było to, prawdę rzekłszy na rękę wszystkim, bo mogli teraz obszernie i otwarcie pomówić o dziwnem żądaniu Mecenasa.
Począwszy od pani do stojącego na ostatnim szczeblu pana Filipowicza, byli wszyscy tego zdania, iż wymaganie to najlepiej wróżyło, że było oznaką nieochybnego przyjęcia, iż rodzice panny i Mecenas zapewne się musieli dowiedzieć co to byli Rabsztyńscy, jaką Maks miał ciotkę i t. d. i że szło jedynie o to, jak on wyglądał... Ażeby zaś mieli tak dystyngowanego młodzieńca nie ocenić, na pierwsze wejrzenie się w nim nie zakochać szalenie... a o tem nikt nawet nie pomyślał, przypuścić nie śmiał. Dosyć mu było pokazać się by zwyciężył.
Ciocia ściskała Maksika, pani z Villamarinich rzucała nań wejrzenia wesołe, panna Eufrozyna śmiała się z radości, chustką sobie zasłaniając usta dla braku niektórych zębów i fizyognomji niezdrowej tych, które jej pozostały...
Filipowicz tak ważną w tem wszystkiem odegrawszy rolę, ręce śmiało włożył pod frak i o nieszczęsnej łojówce całkiem zapomniał. Tryumfowano. Ciocia się unosiła nad poetycznością i zagadkowością tego wypadku, tej mszy w kościele, na której obiecywała sobie być koniecznie i śledzić pilno, zdala, kto na Maksika zwracać będzie wejrzenia. Tym sposobem nawet, któż wie? przypuszczano że tajemnica się wydać może...
Maks był dziwnie zamyślony i spoważniały — szło mu rzeczywiście o rzecz ważną, czy wypadało dać się ufryzować na ten akt tak uroczysty, tak w życiu jego obiecujący być stanowczym, lub tylko pięknie uczesać i rozdzielić włosy? Lekkie ufryzowanie zdawało mu się nietylko nieszkodliwem, ale niemal koniecznem. Włosy się poetyczniej układały... nadawały fizyognomji wyraz idealniejszy...
Późno w noc za wychodzącą Ciocią i Maksikiem, drzwi kamienicy się zamknęły.






Zawczasu w niedzielę Maks się znajdował u fryzyera. Nie wyznał mu jak chwila ta była dlań ważną i wielkiego znaczenia, ale fryzyer, człowiek przebiegły odgadł przy nadzwyczajnych rozmysłach przy zwierciadle i układaniu czupryny. Dołożył też starania aby klijent jego był zadowolonym. Z wielkim stylem, elegancyą i prostotą wykonał zadanie swe artysta... z dumą na nie spoglądał... Maks w krawacie lazurowym, ujętym w wielki pierścień złocisty, w rękawiczkach dwuguzikowych, obcisłych z chusteczką kafową w ręku, z laską o gałce złocistej i misternie wyrzynanej posunął się pieszo ulicą Długą ku Dominikanom.
Dla czego wybrano ten kościół, tak mało arystokratyczny, tak zawsze pełen osób klasy nie dystyngowanej! pojąć nie mógł pan Maks i tłómaczył chyba tem, że chciano się ukrywać?
Dzwoniono na sumę, gdy się zbliżył do wnijścia. Mieszczan rozmaitego kalibru tłoczyło się mnóstwo... ścisk był wielki, a w dodatku po bokach oblegało nieznośne żebractwo... Na samej prawie drodze, dziad bez nóg, na czółenkach, z twarzą wyżółkłą, bladą, z głową wypełzłą, ręce z różańcem do góry podnosząc żebrał w niebo głosy... Napadł tak zaraz na elegancko ubranego panicza, prosząc, zaklinając, modląc aby dał choć grosik nieszczęśliwemu, piszcząc tak nieznośnie, że pan Maks zniecierpliwiony, aż się nań ofuknął! Bo jakże mógł ten głupi żebrak wymagać, ażeby ręką ujętą w dwuguzikową rękawiczkę sięgał dla niego po grosz do portmonetki... w ciasną kieszeń!
— A! nie krzyczże, trutniu jakiś! zawołał zmuszony stać dla ścisku kawaler. To nieznośne tałałajstwo... że to tego do szpitalów nie pozabierają.
Żebrak uważnie popatrzał i zamilkł.
Mieszczanin wąsaty dobył z sakwy trzygroszniak i wsunął mu go w rękę — naści mój Wojciechu — a zmówcie zdrowaś za duszę mojej żony, i nie zważaj, że eleganty was do szpitala wysyłają.
— Niech mu tam Bóg odpuści... rzekł żebrak.
— A bo czegoż wrzeszczy! odezwał się zwracając kawaler... napadają formalnie ludzi... tego nigdzie nie ma tylko u nas... od czegoż są szpitale i instytucye dobroczynne...
Tak się tłómaczył Maks, zwrócony do mieszczanina, który drwiąco kiwał głową.
— A żebyś jegomość poprobował ino w szpitalu poleżeć, rzekł mieszczanin, dopierobyś coś o tem wiedział.
I splunął, a Maks odwrócił się i począł cisnąć, ale jak na toż, nie sposób było tłum przebić a tu mieszczanin i żebrak takiemi go kłuli oczyma... i łachmany mu tak śmierdziały, a od mieszczanina wódka, że perfumowaną chustynką sobie musiał ciągle nos zatykać.
— Patrzcie no, jak temu gagacikowi śmierdzi między nami, mówił drwiąc mieszczanin do żebraka Wojciecha... a nam on też nie pachnie... Czuć go jakiemś mydłem... I począł się śmiać. Żebrak niemy oczy wielkie wytrzeszczając ciągle się Maksowi przyglądał, ale już go wcale o jałmużnę nie prosząc, ani też się odezwał — ot tak, gawronił się na ładnego chłopaka, któremu pilno było dostać się do kościoła. Wreszcie zator ów ludzki we drzwiach jakoś się przerwał i pan Maks o mało nie padł, gdy nagle popchnięty z tyłu znalazł się w szerszej kruchcie. Tu musiał przedewszystkiem poprawić strój, ociągnąć surducik, buty otrzepać... kapelusz ująć z wdziękiem włosy uregulować i — spojrzawszy w kościół, obrać pozycyę.
Z natury rzeczy wypadało mu, przychodząc na okaz stanąć w miejscu wybitnem, gdzieby mógł być łatwo postrzeżonym. Obrał więc ołtarz na prawo, na przeciw ławek, i myślał oprzeć się o kolumnę jakąś, tak aby mógł jedną nogę zgiąć i nadać postawie więcej wysmukłości, a razem pewne wygięcie figurze i liniją malowniczą. Widywał podobne figury na portretach; kapelusz, chusteczka, ręce z rękawiczkami zawczasu miały nadane sobie role i miejsce wyznaczone. Żałował tylko, że w kościele nie było zwierciadła... Udało mu się, acz nie bez trudu, zdobyć pozycyę żądaną, cisnąc powoli jakąś starą babinę, która na pół klęczała, na pół leżała, modląc się na różańcu... Pchał ją tak nieboraczkę, że w końcu mu ustąpiła... Zabrawszy miejsce, pan Maks ustawił się, uśmiechnął melancholicznie, dobył małą bardzo, ale ślicznie oprawną książeczkę nabożną (pożyczoną od Cioci, która mu doradziła) i trzymając ją opak, udawał że się modli — kiedy nie kiedy bystre jego oko, przechadzało się po kościele. Osób było pełno, ścisk ogromny, ale nawet przypuściwszy, iż interesowane o Teklę osoby — mogły być przebrane skromnie, nie umiał pan Maks odkryć nikogo... coby myśli jego odpowiadał.
Patrzała nań z niezmierną uwagą staruszka, w kapeluszu odwiecznym nakształt futerała, pomiętym i bezbarwnym, z jednem okiem przewiązanem chusteczką czarną, ale była ubrana tak, że ją za żebraczkę wziąść można było. Z drugiej strony otyły w kapocie jegomość, typ rzeźnika bogatego oparty na lasce ze srebrną skówką, modlący się na zatłuszczonej książce... przypatrywał mu się długo także... ale — fe!!
W pierwszej ławce siedziała pani jakaś w kapeluszu z ogromnem piórem strusiem, zbrukanem i posmolonem, ubielona i uróżowana... w atłasach przeszłowiecznych, elegancyi zbutwiałej... Straszna tym wdziękiem, do jakiego zdawała się rościć prawa. Przez lornetkę w perłową macicę oprawną... ona też przyglądała się Maksowi... Wdzięczyła się może nawet trochę, na wpół do Pana Boga, na wpół do niego... ale... Maks nie mógł przypuścić... a! nie...
Były i inne postacie różne, które z kolei przyglądały się elegantowi z pewną uwagą, żadna jednak z nich nie przypadała bohaterowi do jego idei. Godnym jedyna pani w czarnej sukni, bardzo miłej twarzy, która niby jakoś typ panny Tekli przypominała — siedząca w pierwszej ławce, tak była zatopioną, iż nie rzuciła okiem na niego.
Przegląd mężczyzn nie był wcale zadawalniający... Mieszczan, sług, urzędników niemajętnych znajdowało się najwięcej, fizyognomie pospolite, nosy kartoflowe i rubinowe, usta szerokie obwisłe, uszy białe odstające, łysiny patetyczne... nigdzie tego kroju arystokratycznego twarz, jakiego szukał młodzieniec... nigdzie...
A jednak gdzieś w tym tłumie, w tej ciżbie... musiał się znajdować ten ktoś co nań patrzał i admirował go...
Widział naprzeciw Ciocię, zatopioną na pozór w książce, w istocie biegającą jak on zdesperowanemi oczami — i nie mogącą znaleść słowa tej nieszczęśliwej zagadki.
Panu Maksowi, pomimo jego zaufania w sobie, stanie to pod pręgierzem w czasie sumy i kazania wydało się nadzwyczaj długiem. Nie wypadało mu zatem wychodzić pierwszemu, chciał aby mu się napatrzano do woli. Schował tylko książeczkę i przybrał postawę jeszcze bardziej malowniczą i posągową...
Zaczęli już pobożni wysuwać się z kościoła, gdy z drugiej strony umieszczona Ciocia Baronowa przysnęła się do siostrzeńca z uśmiechem.
— Wiesz — szepnęła mu na ucho — tak dalece nic dystyngowanego nie postrzegłam, że w głowę zachodzę... Przypuściwszy nawet, że ci państwo, ta pani czy ten pan... przebrali się... jabym zaraz rysy i krew poznała.... Tu same, same mieszczaństwo chodzi. Nie przypuszczam mistyfikacyi.
— I ja też — rzekł młodzieniec — ale kościół duży... nie bardzo jasny... Ja także nic podobnego nie mogłem dostrzedz.
— Zakazane figury — dodała ciotka. — Podaj mi rękę i chodźmy.
Maks był posłusznym, środkiem kościoła pociągnęli zwolna, z powagą jaka krwi Rabsztyńskich przystała... Mnóstwo ludzi już było wyszło, jednakże we drzwiach ścisk był jeszcze.... a Ciocia zasłaniała sobie nos aby nie wąchać mieszczan, przeciw których specyficznej woni, miała rodowe uprzedzenie. Potrącani nieco — wysunęli się wreszcie na schodki, ale tu, wrzawliwiej niż wprzódy, żebractwo upominało się o jałmużnę i ów obrzydliwy kaleka na czółenkach... podsunął się pod sam łokieć panu Maksowi, tak że nań ofuknąć się znowu musiał... Pani Baronowa nie mająca też w zwyczaju dawać żebrakom nic, aby ich w występnym próżnowaniu nie utwierdzać — ze wstrętem odwracała się od natarczywych dziadów, Maks powtórzył głośno swą uwagę, że policya powinnaby to wszystko pozabierać do szpitalów.
Żebrak pomimo tak dobitnej odprawy, nie przestawał wpatrując się dziwnie w pana Rabsztyńskiego, naprzykrzać mu się jękliwym głosem...
— Daj grosik.... paniczyku — nieszczęśliwemu kalece....
— Pójdźże ty mi precz! mówię ci! — wykrzyknął młodzian oburzony, i popchnąwszy bezwstydnego dziada, aż się pochylił — ciotkę i siebie ocalił od tego oblężenia łachmanów...
Na ulicy dopiero odetchnęli swobodniej.
— No, cóż ty mówisz? — odezwała się Ciocia.
— Ale ja — ja — się tylko dziwuję — odezwał się Maks — żeby nas posłali do takiego kościoła, gdzie nikogo nie ma przyzwoitego. Jeszcze to dobrze, że nas tu nikt nie widział... bo by sobie ludzie Bóg wie co pomyśleli.
Domawiał tych słów gdy śmieszek usłyszeli za sobą. Niezmiernie ciekawa pani z Villamarinich z mężem — wcisnęła się też była do Dominikanów i właśnie wyszła z kościoła.
— Moja Baronowo — zawołała — moja droga pani — czyście co dostrzegli?
— A! to kochana pani! Ale ani ja ani Maks... nic podobnego — nic a nic.
— Tak — ja... zupełnie nic.
— A pani? — spytała baronowa naczelniczkę pensyi.
Ta ruszyła w milczeniu ramionami.
— Wzrok może mam krótki, ale doprawdy...
— No to ja — jak się zowie, byłem szczęśliwszym, — rzekł zbliżając się głosem zniżonym i pełnym przejęcia pan Filipowicz. Tak jest! o! ja mam oko, nie chwaląc się, trafne i szczęśliwe.
Żona powtórzyła ramionami zaprzeczenie.
— Na uboczu — jak się zowie — mówił, niezważając na to Filipowicz, osłoniony cieniem, za filarem, stał — jak się zowie, średnich lat mężczyzna... Postać uderzająca, znakomita, dystyngowana... pyszna!
— Gdzie? gdzie? — posypały się głosy... — z której strony?
— Z lewej! za filarem! tak jest — z wzrastającem przejęciem mówił profesor. Widziałem jak oczyma kogoś szukał i jak je potem wlepił z attencyą w pana Maksa... Wystrzegał się — jak się zowie — aby go nie odkryto — oglądał udawał że nie patrzy — ale ja mam oko!
Profesor głośno się rozśmiał, pani z Villamarinich syknęła...
— Ale proszęż cię!...
— Ja go nie widziałam! — zawołała Baronowa.
— Ani ja — wtórował Maks.
— A ja — ja rękę daję — gotówym... no — gotówym zakład trzymać — rzekł Filipowicz, że to był... tak — to był... ten ktoś.
— Jakże wyglądał? — pytała Baronowa.
— Mój Boże! to trudno, jak się zowie, określić słowy. Miał w sobie coś, coś — co zdradzało wielką rasę... ród...
W tej chwili mężczyzna przystojny, lat średnich, ubrany skromnie, zbliżył się, a Filipowicz żonę tak za rękę uszczypnął wskazując go, że krzyknęła. Odskoczył profesor... Nieznajomy szedł zwolna, oczy wszystkich były w niego wlepione — gdy wśród tego uroczystego milczenia z tyłu ozwało się nawoływanie:
— Panie Wołczek! panie majstrze!
Nieznajomy się odwrócił na tego majstra — wszyscy oprócz Filipowicza śmiechem parsknęli.
Nie stracił jednak przytomności profesor.
— To nie ten — rzekł z powagą — omyliłem się, nie ten.. Tamten był — bez wąsów...
Pani z Villamarinich ramionami ruszyła. Poszeptawszy coś z Ciocią, pan Maks uznał za właściwe grzecznie prosić pani naczelniczki pensyi na małe śniadanie, tam gdzieby ona sama wybrała...
Filipowicz niemający głosu, niespokojnie zaczął spoglądać — w obawie aby dumna jejmość nie odrzuciła bardzo mu ponętnego zaproszenia. W istocie wymawiała się z początku, ale naleganiu baronowej uległa i poszli wszyscy na lekkie śniadanko do Bouquerel’a...
Maks był w urządzaniu podobnych przyjęć, męzkich czy mieszanych, prawdziwym mistrzem... a że Baronowa zgodziła się ponieść kosztów połowę, obmyślił zaraz — naprzód, wstępną przekąskę... lekkie drobiazgi... dalej nic jak, kurczęta, szparagi i coś słodkiego. Dla pań i mężczyzn miał być szampan...
Wyprzedziwszy nieco resztę towarzystwa, wpadł Maks zaraz zamówić osobny gabinet, który szczęściem, wolny się znalazł. Pani z Villamarinich nie była nieprzyjaciołką smacznych takich niespodzianek, lubiła jeść, a sam Filipowicz doznawał niewypowiedzianie błogiego uczucia, pojąć się samą wonią kuchni Bouquerel’a, nie przypominającą wcale... wyziewów jego stołu administracyjnego, w którym zawsze tłustość barania przyskwarzona, brała górę.
Chodził zacierając ręce, dwa razy potajemnie z Maksem wódki się napił, czuba zatarł i wydał się małżonce nieznośniejszym niż kiedykolwiek swoją butą, która nawet karcącemu go wzrokowi nie ulegała. Zamiast pokornieć, uśmiechał się do jejmości i szedł napierając się ją w ręce całować, co ją do niecierpliwości doprowadzało.
— A już! szepnęła cicho.
— A nie! odparł śmiało Filipowicz. Jak się zowie, jako żywo — nie — i że nie — to nie...
Dwie panie rozmawiając po cichu, z pomocą Filipowicza, tak oczyściły stół z kanapek, przekąsek, śledzi, iż w końcu poznać nie było podobna co na talerzach spoczywało. Ale tuż szły — szampan w lodzie, dwie głowy poważne — wyglądające z dwu wazonów potem okrytych — kurczęta i szparagi.
Omlecik z konfiturami — miał stanowić epilog.
Kurcząt było — tu się okazała dystynkcya i delikatność uczucia Maksa — nie czworo — takby postąpił parafianin — ale pięcioro... aby mogło coś niedojedzonego (comme il faut) pozostać... W tem go wszakże omyliła rachuba, bo połowę kurczęcia ostatniego przygarnęła nieznacznie pani z Villamarinich, a drugą pochwycił brutalsko Filipowicz, który zdawało się jakby ze trzy dni nie jadł. Baronowa smutnie na to spojrzała, bo czuła że ta połowa jej się właściwie należała, ale czego dla ukochanego siostrzana nie mogła uczynić przywiązana ciotka!
Z omletem około którego z początku były protestacye, że go nikt już jeść nie będzie, nie może, stało się to co z kurczętami — okazał się osobliwszej dobroci... konfitury były przedziwne... i zjedzono je do dna.
Natychmiast po spełnieniu tego obowiązku, pani z Villamarinich wstała niespokojna czegoś, szepnęła mężowi aby sam poszedł po dorożkę, i pomimo proźb aby dłużej spoczęła, natychmiast odjechała pod pozorem że Instytutu na czas tak długi opuszczać nie może. Filipowicz zaś po cichu oświadczył Maksowi, ubolewając nad tem iż żonie musi towarzyszyć — iż powodem istotnym było słabe zdrowie, jego pani, nie nawykłej do śniadań z szampanem zwykle przyprawiającym ją o mdłości...
Ciocia Baronowa odeszła też wprędce, zostawiając rachunek do zapłacenia siostrzeńcowi, który miała później indemnizować. Niemiłe to na nim uczyniło wrażenie, ale smutnej konieczności poddać się musiał, i poszedł układać się z panem Bouquerel’em o wpisanie przynajmniej części tego wydatku, na dość już znaczny rachunek...
Że mu się to nad spodziewanie gładko powiodło jakoś, a nad przyszłością i jej następstwami zbyt trwożliwie nie zwykł się był zastanawiać, w humorze więc poprawionym wyszedł podśpiewując w bramie hotelu, i tu przez chwilę się zatrzymał z cygarem w ustach. Nie tylko go to nie kompromitowało, ale dawało mu pewien chic, że widocznie śniadał u Bouquerel’a — o czem przechodzący ulicą łatwo z twarzy i cygara przekonać się mogli.
Gdy tak stał sobie rozmyślając jeszcze o kościelnej przygodzie i o osobach podejrzanych o stosunek z panną Teklą — które przypominał, na trotuarze ukazał się wcale przystojny, ale bardzo skromnej powierzchowności młodzieniec.
Była to jak wiemy niedziela; wedle starego obyczaju, nadchodzący ubrany widocznie staranniej niż we dni powszednie a pomimo to prawie ubogo, choć chędogo. Surducik dobrze zachowany, czysty, nowy, leżący nieźle, nie był pierwszej mody, reszta stroju nie raziła ani elegancyą przesadzoną ani zaniedbaniem. Było nawet dosyć smaku w tym ubiorze skromnym a starannym... Twarz miał, mimo młodości, bardzo poważną i zamyśloną, poznać a raczej domyśleć się w nim łatwo człowieka co nawykł sam o siebie się starać i troszczyć, za co zawczasu dojrzał nie mając czasu wyszumieć w młodości.
Twarz trochę bladą, jakby od pracy, pięknych zresztą rysów, ożywiało dwoje oczów ciemnych, z których pojęcie bystre patrzało. Około niewielkich ust igrało pół uśmiechu smutnego zarazem i ironicznego. Szedł zwolna, niedzielnym krokiem przechadzającego się i odpoczywającego. Pan Maks zdaleka go ujrzawszy, przybrał postawę raźną, pańską, imponującą, wziął się w bok, i począł puszczać dym z cygara w sposób wyzywający... Oczy zmrużył... głową potrząsał. Młodzieniec podszedłszy ku niemu, popatrzał nań, stanął i uśmiechnął się.
— Maks! ani chybi po śniadanku u Bouquerel’a...
— A, to ty, kochany Emilku! Jak się masz... słowo honoru, jakoś zdaleka nie poznałem.
— Toby i zblizka mogło się trafić, rzekł z uśmiechem spokojnym Emil... rzadko się widujemy, żyjemy w dwóch różnych sferach.
Maks się potwierdzająco uśmiechał, jakby mówił: Cóż na to poradzić — tak jest!
— Jakże się powodzi Emilowi? odezwał się protekcyonalnie.
— Nie skarżę się. Wiesz że w biurze ministerstwa... mam miejsce. Na początku to mi starczy — awansu prędkiego się nie spodziewam, z czasem i to przyjdzie. Głodu nie cierpię, do oszczędności nawykłem...
— Co? i zawsze piszesz ten dykcyonarz swój, rozśmiał się ruszając ramionami Maks. Jak Boga kocham... dykcyonarz!... cha! cha!
— Z ogromnym zapałem! zawołał Emil, i nie uwierzysz jak mnie to robi szczęśliwym.
— Jak Boga kocham! dykcyonarz robi go szczęśliwym! a to... I począł się śmiać. Emil patrząc nań śmiał się także.
Maks jednak po śniadaniu miał głos silniejszy, głębszy, i górował nad biuralistą, patrząc nań z góry...
— Panie Maksie — odezwał się gdy wesołość się nieco uśmierzyła — miałbym mój drogi prośbę do ciebie.
— A no!! aby nie o pieniądze — odezwał się Maks ręce kładąc do kieszeni, bom goły jak święty turecki.... a dziś niedziela i nikogo w domu, żeby pożyczyć...
— Wszakże pamiętasz ze szkół, odparł z wymówką Emil, że nigdy u nikogo nic nie pożyczałem.
— A to prawda — rzekł Maks — znowu wracając do śmiechu.
— Oto, wiesz co? Bywasz podobno na pensyi u Filipowiczowej.
Maks spoważniał i jakby uląkł się nieco...
— Albo co? albo co? spytał.
— Ale nic, nie bój się — to do mnie nie należy czy ty tam tańcujesz, czy panny bałamucisz... Jest to dla mnie rzecz zupełnie obojętna. Jabym chciał się poznać z państwem Filipowiczami. Jak na dziś, nie mam w tem żadnej myśli — ale na przyszłość, któż wie, możebym u nich lekcye mógł znaleść. Mam dużo wolnego czasu.
Spuścił oczy Emil i laseczką coś począł kreślić po kamieniach, Maks stał w protektorskiej postawie.
— Jużci to pewna że bywam u Filipowiczów bo mnie tam ciocia Baronowa wprowadziła — począł powoli — i jestem u nich dobrze położony... ale to tam wcisnąć się trudno! widzisz.. Naprzód by trzeba Filipowicza parę razy prosić i nakarmić a podpoić, a potem znowu... wkręcić się do pani... To baba, powiadam ci, jak fasa pełna fumów...
Ruszył ramionami i splunął.
— Gdyby nie ciocia Baronowa — powiadam ci, dodał, i jabym się tam nigdy na tę pensyą nie dostał. Ale z kądże ci ta myśl przyszła?
— Mieszkanie naprzeciwko, okna w okna... tylko że oni na pierwszem, a ja na trzeciem piętrze. Dogodnem by mi było, tylko przez ulicę lekcyę dostać, i dawałbym nie drogo.
— Ja cię zapoznam z Filipowiczem — odparł Baron — czemu nie — koledzy jesteśmy... radbym usłużyć, nie każdy jest w takiej jak ja pozycyi że się bez pracy obejść może.
— Tak jest! potwierdził trochę ironicznie Emil — tak jest.
Jeden Maks protekcyonalnie się puszył, gdy niespodziana zaszła zmiana dekoracyi. W ulicy ukazała się amerykanka, pięknemi parą koni zaprzężona, którą powoził sam właściciel, z przepysznemi angielskiemi bakenbardami, za nim z powagą angielską, z rękami na piersiach złożonemi, w kapeluszu z kokardą, zajmował z tyłu miejsce groom — egzemplarz przepyszny!...
Pan i sługa wycięci się zdawali z angielskiej ryciny. Powożący z takim szykiem rozparty był, tak trzymał lejce, tak miał zatknięty bicz, włożony kapelusz, postawione nogi, wściubioną chusteczkę do kieszonki na piersiach, że aż miło nań patrzeć było. Groom znowu gdyby drewniany był, sztywniejszym i głupszym wydaćby się nie mógł.
W chwili gdy ekwipaż ten nadjeżdżał, z wyżyny amerykanki spojrzał na Maksa jej właściciel i uśmiechnął się mu, zupełnie z tą samą dozą protekcyi, z jaką Maks patrzał na Emila. Rabsztyński stracił wnet swą pychę i stał się maluczkim, a nawet nie pożegnawszy towarzysza, poskoczył do amerykanki, w której mu miejsce ofiarowano. Z twarzy jego widać było jak go to uszczęśliwiało. Już na wsiadaniu Emilowi głową tylko skinął... skoczył na stopień, konie się osadziły trochę, groom drgnął i amerykanka wolnym truchtem posunęła się dalej ulicą.
Emil pozostał sam, popatrzał z pewnym rodzajem politowania i zwolna pociągnął dalej.
Kilka słów należy od nas panu Emilowi Drażakowi.
Był on jedynym synem dzierżawcy, z sąsiedztwa Rabsztyńskich. Złe czasy i wypadki, okoliczności od woli ludzkiej niezależne, rodziców Drażaka przywiodły do zupełnego ubóstwa. Zmarł zagryzłszy się ojciec, pozostała matka żyła dla syna aby go wychować. Macierzyństwo spotęgowało jej siły, dało jej instynkt, moc, rozum, nawet środki wyprowadzenia Emila na świat zbrojnym i gotowym do wszelkiej walki z życiem. Pracowała ona dla dziecka i nauczyła go miłości pracy. Chłopak był roztropny, bieda nauczyła go cierpliwości i wytrwania, tak, że gdy matkę utracił, a sam pozostał, nie poszedł żadną drogą krzywą. Znalazł skromne zatrudnienie, zastosował życie do położenia milcząc, cicho wytrwale, wybijał się powoli ku górze.
Miał już parę tysięcy złotych pensyi i parę lekcyi jakichś, które mu w pomoc przychodziły. Żył nadzwyczaj oszczędnie, stołował się miesięcznie u Rzepczaka, odzienia oszczędzał, zabaw unikał — a, najszczęśliwszym był, gdy mógł zająć się swoim dykcyonarzem.
Tak było w istocie — szczęście pana Emila stanowił idealny dykcyonarz geograficzny i historyczny kraju. Do niego zbierając materyały, spisując je na karteczkach, porządkując, poprawiając... doznawał rozkoszy jakie praca tego rodzaju dać może, gdy kto ją weźmie za cel życia. Śmiano się z tego, Drażak i sam nawet śmiać się był gotów, i nic go to od dalszego ciągnięcia roboty nie zrażało. Wkręcał się do biblijotek, wertował dzieła, częstokroć nadaremnie przerzucał stosy tomów, nim znalazł co dla swego dykcyonarza, ale gdy mu się trafiło na śmietnisku odkryć perłę, miał takie szczęścia chwile, iżby mu ich nie jeden pozazdrościł.
Nie darmo wszakże ma się lat dwadzieścia kilka! Młodości niepodobna utopić nawet w głębinach takiego słownika jak Marerego i Bayla!! Emil musiał czasem odpoczywać i oknem wyglądać. Naprzeciw była pensya pani z Villamarinich wdowy Montant, secundo voto Filipowiczowej. Wprawdzie okna jej sztorami były pozasłaniane, a gdy się otwierały, pannom dorastającym surowo zakazanem było wyglądać w ulicę; ale — z jednego okna pokazywała się twarzyczka świeża, okolona włosami jasnemi, ładna, zamyślona, smutnawa. Oczy tej twarzyczki czasem, z roztargnienia zapewne, zwracały się ku oknu trzeciego piętra... a wejrzenie Emila ciekawie śledziło owo oblicze w złotych ramach włosów.
Zrazu gdy się wejrzenia spotykały, natychmiast właściciel i właścicielka ich, pierzchali... Panna pilnie czytała... Emil chodził z grubemi książkami po swoim pokoju, i tylko w pewnych danych chwilach ukazywał się w oknie. Zwolna jednak oswoiły się niebieskie oczy z ciemnemi, a ciemne z niebieskiemi, tak że się już siebie bać przestały, owszem spotykały się spokojnie, jak dobrzy starzy znajomi... ledwie bym nie powiedział że się witały.
Dalsza historya oczów pierwszego piętra i wejrzeń trzeciego nie jest nam bliżej znaną — i nikomu też w świecie nie była wiadomą. Tylko przyjaciółka panny Tekli poczciwa Maryanna Rzepczakówna zobaczywszy raz przypadkiem w oknie pana Emila, z wielkim zapałem napaplała o nim ogromnie wiele swej Tekluni. Córka restauratora, u którego Drażak się stołował, choć się w nim może nie kochała, miała dlań sympatyę, szacunek, uwielbienie nadzwyczajne... Był to jej ideał.. Jego chłód, jego powaga, dobrotliwy uśmiech, grzeczność przyzwoita, czyniły na dziecięciu takie wrażenie, jak bóstwo na Bajaderze w słynnej poezyi Goethego.
Opowiadała o panu Emilu, podowiadywawszy się nie wiem jak tyle pięknych rzeczy, że potem... oczy z piętra na piętro strzelały coraz ciekawiej — i stało się — że pan Emil poprosił aby go w jakikolwiek sposób zapoznał z Filipowiczami... a Rabsztyński raczył mu to przyobiecać... nie domyślając się wcale, co mu groziło.
Po owej pamiętnej niedzieli i śniadaniu, które pani z Villamarinich odchorowała — bo, jak to Filipowicz zawczasu przewidywał — zawsze jej wino szampańskie szkodziło — a miała słabość do niewdzięcznika!! po tej tedy niedzieli — oczekiwano jakiegoś skutku w poniedziałek i słówka od mecenasa Borusławskiego. Tymczasem Mecenas cały ten dzień przesiedział w kancelaryi, wieczorem poszedł spokojnie na swoją partyę szachów — i wcale o sobie znać nie dał na pensyę.
Nie nalegano, napewno już spodziewając się że wtorek coś przyniesie. Rano tego dnia przygotował nawet administrator śledzia i przekąskę, na wypadek przybycia Mecenasa, ale Mecenas się nie zjawił, i wieczorem na herbatę także.
Filipowicz utrzymywał, że niezmiernie był zajęty, że zresztą widzenie się z osobami, wysoko w hierarchji społecznej położonemi, nie było tak łatwem, wymagało może pewnych ostrożności, i że zapewne zjawi się we środę... Tego dnia, już pani z Villamarinich zaczynała prychać, i mówiła że nieprzyzwoitem było ludzi trzymać le bec dans eau, niecierpliwiła się, gniewała. Mąż czynił jej uwagi, całował po rączkach, a to nie pomagało. Owszem im ją więcej uspakajano, tem się stawała niespokojniejszą.
Gdy we środę po ósmej godzinie wieczorem, znikła wszelka nadzieja przybycia pana Borusławskiego, Filipowicz ofiarował się nazajutrz pójść do Mecenasa i zręcznie go wybadać. Rozgniewana pani zakazała mu ten krok bez jej zezwolenia uczynić pod karą najwyższej swej indygnacyi, znajdując że nie powinni byli okazywać niecierpliwości. Filipowicz był posłuszny, a czwartek zszedł zupełnie tak jak dnie poprzedzające. Przybyła na herbatę ciocia Baronowa, która tego dnia miała upartą czkawkę, i ciągle się ratowała miętowemi cukierkami, których woni znowu nie mogła znieść pani z Villamarinich zaczynała się już lękać — Maks chodził pogrążony w myślach — w całej pensyi odbijał się zły humor jej naczelników. Nie umiano sobie wytłómaczyć milczenia.
Jedna panna Tekla była jakoś spokojną, a nawet, dosyć wesołą.
W piątek, widząc że już dłuższa cierpliwość do niczego nie doprowadzi, administrator postanowił ukradkiem udać się do Mecenasa.
Nie była to rzecz łatwa, gdyż pani utrzymująca kassę, ścisłą także kontrolę miała nad godzinami małżonka i oddalić mu się nie dozwalała, bez ważnych powodów. Musiał więc skłamać i wykazać niezbędną potrzebę porozumienia się z rzeźnikiem, dostarczającym mięsa do kuchni. Od niejakiego czasu stosunek jego do kości, fatalniej coraz się zmniejszał... Kości brały górę, a płaciło się za nie jak gdyby zawierały najpożywniejsze części. Gotowano z nich wprawdzie buljony, lecz za drogo one kosztowały. Filipowicz uchwycił tę administracyjną potrzebę, aby pod jej pozorem dobiedz do Mecenasa.
Skłonił go do tego i pan Maks, który był bardzo zgryziony. Filipowicz więc puścił się szybkim krokiem wprost do kancelaryi. Lecz, nie wiodło się nieborakowi — minuty miał wyliczone, a w pokoju przed kancelaryą dwóch klijentów czekało, mających prawo poprzedzić go na posłuchanie. Ale — cóż miał czynić — siadł cierpliwie. Próba skaptowania dwuzłotówką wytartą starego sługi, zupełnie się nie powiodła.
Biło pół do dwunastej, gdy nareszcie wpuszczono go do pokoju z meblami czarnym włosieniem okrytemi. Borusławski w okularach siedział nad papierem, zobaczywszy go, wstał, przywitał, na zegar spojrzał, ale — co już było złym znakiem — zdawał się nie domyślać nawet, po co przyszedł profesor.
Filipowicz, zawsze porywczy, nie siadając nawet chwycił go za rękę.
— No cóż, co? Mecenasie, dobrodzieju, jak się zowie? Czekamy! palimy się — rozciekawieni jesteśmy... jaka też rezolucya?
Borusławski obie ręce zwolna począł podnosić, spodnia warga mu się wydęła, zrobił minę dziwną, czmychnął, i nie powiedział.
— Więc — jakże — tego — jak się zowie? Widzieli go w kościele? hę? zapytał profesor.
— Myślę że widzieli — rzekł Mecenas.
— I jakże się podobał, bo, jużcić, nie można powiedzieć... jak się zowie — tego...
Profesor wymownym ruchem dopełnił niedokończonego frazesu — a Mecenas powtórzył pierwszą swoją mimikę niezrozumiałą.
— Więc cóż?
— A — nic — nic — tak — niemam żadnej odpowiedzi — rzekł cicho Borusławski, jakoś widocznie zmieszany.
Filipowicz przyskoczył i gwałtownie pochwycił go za ręce obie.
— Na miłość Bożą! Mecenasie dobrodzieju — co to ma oznaczać?
— Ja — niewiem co to ma znaczyć! rzeki spokojnie Borusławski.
— Ale, przecież — znając osoby — czyli osobę — jak się zowie — zawołał profesor — pan musi domyślać się, wnioskować... dorozumiewać, apretendować?
— Nie wiem, istotnie nic — nie wiem — rzekł chłodno Mecenas.
— Przecież, panie Mecenasie, żywo bardzo począł profesor — czynię go samego sędzią... kazano się młodzieńcowi, gdyby na musztrę stawić na okaz do kościoła, poszedł, stał... — jak się zowie... tydzień niemal upływa... głucho...

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie.
Co to będzie, co to będzie?

Ze swej cytaty Filipowicz uszczęśliwiony tak się zaczął śmiać głośno, że w kancelaryi widać uważało się za nadużycie — iż Borusławski aż na drzwi spojrzał niespokojny — to profesora od dalszego wybuchu wstrzymało i głos nawet zniżył, pytając:
— Cóż tedy?
Borusławski ramionami ruszył, ale przyparty pytaniami, rzekł wreszcie:
— Pozwól sobie powiedzieć kochany profesorze, że — jeśli wam panna Tekla nie przykrzy się, cóż macie znowu za interes spieszyć się z pozbyciem jej? hę?
Profesor aż podskoczył.
— Nam! panna Tekla, przykrzyćby się miała! Ale — któż — co za powód mógł myśl taką poddać — my ją kochamy, wielbiemy, my byśmy się z nią nigdy rozstawać nie chcieli! Nam, żeby ona ciężyła! Mój Boże! jak się zowie — darujesz pan! co za idea! Lecz jej szczęście, jej los, jej przyszłość, jej dolę mamy jedynie na względzie, na uwadze, w konsyderacyi.
Profesor gdy bardzo chciał być wymownym, używał zwykle do przesytu tej krasomówczej figury.
Borusławski znudzony widocznie oddarłszy od papieru kawałek, zwijał go w palcach i rozwijał niecierpliwie...
— Być bardzo może — odezwał się, jakby chcąc pozbyć się natręta, że — chcą się rozpytać, dowiedzieć, stan majątkowy... to wszystko wymaga czasu...
— A a a! rzekł Filipowicz — to rozumiem... Między nami mówiąc (tu się obejrzał) majątek piękny, a co się tyczy długów, jak się zowie... może jakie i są — to zrażać nie powinno. Płaci się pannie dług młodości!
Tu rozśmiał się Filipowicz, a Mecenas już się do jakichś zabierał papierów. Pan mi daruje.
Zbywał go widocznie.
— Więc mamy czekać cierpliwie? pytał żywo Filipowicz.
— Ja myślę — ja myślę! zakończył Borusławski i postąpił ku drzwiom — co zniewoliło i gościa do wynoszenia się z pokoju. Zaczął szastać mocno nogami, kłaniać się, ściskać, i z zafrasowaną bardzo twarzą, wyleciał z kamienicy.
Jakim sposobem i zkąd mógł dowiedzieć się pan Maks Rabsztyński o bytności swojego przyjaciela u Mecenasa — trudno dobadać, dosyć że znalazł się tuż na trotuarze i zdumionego powitał, rozbrajającem słowem na ucho...
— Śledzia i porteru!
Rozśmiał się administrator, ściskając go.
— Poczciwe, szlachetne serce... słowo honoru... Przy Miodowej, jak wiadomo, naprzeciw Sprawiedliwości, jest taka przyjemna dziurka, gdzie się zawsze znajdzie śniadanko skromne, napój orzeźwiający i arkusz czystej biły, do otarcia palców, a choćby i łez po przegraniu sprawy. Tu weszli.
Przed śledziem napili się wódki... wódka nigdy dla polskiego żołądka zbyteczną nie jest.
— No cóż? spytał Maks.
— Dyabli go wiedzą! zawołał profesor. To sfinks... ja mówię — to sfinks... to zamknięta — z pozwoleniem — bestya — ten Mecenas... (Tu głos zniżył). Zdaje się że chcą wprzódy nim coś powiedzą, o majątku dokładniej... jak się zowie... tego...
Podano śledzia, i profesor resztę zjadł z nim, ale Maks zrozumiał połowiczne wyrażenie, i przybrał postawę niemal draśniętego człowieka.
— A! niech sobie śledzą! rzekł, czego oni mogą wymagać — panie dobrodzieju? czego? (Poruszenie zaczynało czynić go wymownym). Majątek jak wół! odłużony! To właśnie czego potrzeba! Płacę długi, bodaj i posagi siostrom, intabuluję się z posagiem panny Tekli — i są spokojni! Prawda? Czego mogą lepszego wymagać? hę?
Rozumowanie było tak przekonywające, jasne i dobitne, że Filipowicz, pierwszą szklankę porteru wypiwszy, uścisnął go i zawołał:
— Jasne jak słońce! słowo daję! jasne jak... co się zowię... i tego...
— Hm! mruknął z głębokiem przekonaniem Filipowicz.
Byłby może co powiedział profesor, ale w tejże chwili zbliżył się skromny młodzian, pan Emil, i szepnął na ucho Maksowi.
— Bądź łaskaw mnie zaprezentować panu profesorowi Filipowiczowi.
Odmówić nie mógł Rabsztyński.
— Mojego szkolnego kolegę — i przyjaciela, pana Emila Drażaka — mam honor.
— Bardzo mi przyjemnie! rzekł profesor.
— Od dawna życzyłem sobie mieć szczęście zbliżenia się do pana profesora — odezwał się Emil, chwytam tę zręczność.
— A bardzo! jak się zowie! odparł rozczulony Filipowicz — bardzo — tego.
— Ale — prawdę rzekłszy — nie rozumiał dobrze, na coby temu panu zdała się jego znajomość i myślał może o tem, kiedy Emil podchwycił.
— Gdy już jestem tak szczęśliwy — to pozwolą panowie — pan profesor — wypić jeszcze buteleczkę porteru ze mną.
— Jakiś bardzo zacny człek — pomyślał profesor — przyzwoity w obejściu się.
Podano porter. Rozmowa się ożywiła, pan Emil przyznał się, że rad był ze światłych uwag profesora korzystać, pracując nad dykcyonarzem. Filipowicz z którego światła nigdy nikt nie miał ochoty czynić użytku, nawet pensyonarki, które go nie słuchały, uczuł się pochlebnie połechtanym.
Skończyło się na tem, że gdy po śledziu porterze wyszli, a Maks kwaśny pospieszył do Ciotki, pan Emil ofiarował się przeprowadzić profesora... i w ciągu podróży na Nowy Świat, ujął go niezmiernie... Zgadało się nawet i o tem, że gdyby kiedy lekcye jakie ciężkiemi były dla strudzonego administratora — pan Emil przez gwałtownie dlań powzięty szacunek — gotów by je był za niego — dawać darmo!!
Po porterze częstokroć serce się otwiera — i nie dziw, że rozstając się Filipowicz z Emilem byli w najlepszym świecie stosunku. Profesor mówił sobie po cichu że — skarb znalazł, bolał tylko nad tem, że żona jego i panna Eufrozyna, tak były względem młodzieży niedowierzające.
Gdy wrócił i zmuszony został prawie natychmiast stawić się przed żoną, śledczego oka nie uszły porterowe kolory i pewien rodzaj ekscytacyi nerwowej jakiej uległ profesor.
— A już...
— Ale nie...
— Kiedy ja mówię!
Profesor westchnął tym despotyzmem przygnębiony.
— Jak można tyle czasu strawić u rzeźnika?
Filipowicza twarz przybrała wyraz dyplomatyczny.
— Byłem u Mecenasa! rzekł śmiało zatarłszy włosy.
I stanął wyzywająco, ręce włożywszy pod poły.
Pani z Villamarinich stała chwilę niema. Cóż on mówi? co mówi?
— Hm! ba! żeby on gadał — odezwał się Filipowicz. To Metternich! to Macchiavel! Nie mówi nic — a ostatecznie, wiesz duszko, co mi powiedział? Ipsima verba.
— Co co? cóż to znaczy! przerwała pani brwi ściągając.
— Po łacinie — jego właściuteńkie słowa. Czy państwu pilno pozbyć się panny Tekli?
Pani zmilczała długo.
— A no, tak! ma słuszność — między nami mówiąc — dodał profesor cicho. Bierze się jakie tysiąc złotych więcej od niej niż od innych... a prezenta... Maks wielkiej rzeczy nie da, a Baronowa też.. więc po cóż się dla nich sakryfikować?
Gospodyni milczała długo... nie raczyła odpowiadać.
— A zdaje się — dokończył profesor, że oni przeciągają odpowiedź, chcąc stan majątku pana Rabsztyńskiego na czysto mieć... Ma długi... e! ma długi! dodał zbliżając się do żony — ale tłómaczył mi bardzo jasno, że nie może być nic szczęśliwszego nad to... Spłacają długi i wchodzą z posagiem na majątek. Ot co!
Wejście Baronowej, która na chwileczkę chciała, pozdrowić przyjaciołkę, przerwało rozmowę. Filipowicz się wymknął, idąc gorliwie administrować. Po wódce i porterze był nieubłaganym — zaglądał do rądlów, egzaminował tłustość zbieraną w garnki dla zastępowania masła... domyślał się kontraband kucharki, hałasował. I tą razą dostało się służbie straszliwie... lecz, po za plecami śmieli się z biedaka i figi mu pokazywali. Nikt go tak bardzo nie brał na seryo.
Przyjaciołki, niemające dla siebie tajemnic, siadły na kanapce i długo rozmawiały po cichu... Obie były zafrasowane. Baronowa szczególniej ubolewała nad losem Teklusi.
A gdy się to działo w salonie i kuchni, na trzeciem piętrze na przeciwko w otwartem oknie, stał z rękami na piersiach założonemi zamyślony autor przyszłego dykcyonarza, i patrzał na owe okno pierwszego w którem mu się czasem ukazywała w promieniu główka i oczy lazurowe... i smutny uśmieszek.
Stał tak, gdy okno pierwszego piętra zapuszczone i zamknięte otworzyło się powoli... ostrożnie pokazała się w niem twarzyczka jasna... potem siadła panna Tekla i zaczęła patrzeć ku górze, a Emil ku dołowi — i tak się okrutnie zatopili w tej niemej rozmowie... że panienka nie posłyszała ani otwierających się drzwi, ani wchodzącej na palcach Marysi Rzepczakównej.
Ciekawe dziewcze zdala stanęło po cichutku za Teklą i za jej wejrzeniem pobiegło oczyma ku górze... zobaczyło Emila... twarz Marysi śmiertelną się bladością okryła, potem ognistym rumieńcem, potem potarła dłońmi po twarzy, wróciła do drzwi, i — postarała się hałaśliwie niby wejść, aby przyjaciołce nie uczynić przykrości i wstydu.
Marysia miała dobre serce i delikatność wrodzoną, której nauczyło ją może właśnie to grubijaństwo co ją otaczało w dzieciństwie. Nie dała po sobie poznać wcale, że odkryła tajemnicę: czule drżąco, prawie ze łzami uściskała przyjaciołkę, siląc się na wesołość, gdy w istocie serce się jej ściskało.
— Musiałam trochę otworzyć okno — odezwała się zmieszana nieco Tekla, bo tak dziś gorąco.
— Gorąco — gorąco! machinalnie wachlując się odezwała Marysia. Cóż u ciebie słychać?
— Nic a nic...
— Mecenas nie dał znać? spytała Rzepczakówna, która zarówno jak Tekla o wszystkiem wiedziała, bo się panie wypaplały.
Tekla się uśmiechnęła spokojnie.
— Ten poczciwy Borusławski, rzekła, myślę, że się bardzo spieszyć nie będzie. Ja mu powiedziałam całą prawdę. Uważałam z niego jednak, że uważają to za konieczność — ale, może przecie nie zmuszą!
— Przynajmniej nie za pana Maksa! żywo poczęła Marysia — to lalka... a w dodatku wiem bo słyszałam od osób co dobrze wiedzą — ten Maks nie ma nic... wszystko stracił.
— A to chwała Bogu! w ręce uderzając zawołała Tekla... tem lepiej — tem lepiej!
Marysia długo popatrzyła jej w oczy... i uściskała ją jakoś rzewnie.
— Kochasz innego? szepnęła jej na ucho.
— Ja? zmiłuj się! poczęła czerwieniąc się sierota — ja...
— Ale przedemną, przed całym światem, tajemnica — nieprawdaż?...
Przed światem, to dobrze — a przedemną, nie, bo ja cię kocham — no — i jabym się może na co przydała.
Niezmiernie poruszona Tekla zerwała się z siedzenia.
— Zkądże to wszystko? zaczęła niespokojna... proszęż cię...
— Mój palec... choć go małym paluszkiem nazwać nie mogę, śmiejąc się i pokazując duże ręce swoje — rzekła Marysia — mój palec mi to powiedział.
Tekla stała jeszcze zmieszana i milcząca gdy z nowym uściskiem przypadła do niej Marysia — miała w oczach łzy.
— A! tak! ja wiem... wy się z Emilem kochacie... ja wiem, nie zapieraj się to byłoby napróżno! Tak powinno było być — musiało. Dwie takie śliczne dusze przeczuć się i pokochać musiały.
Tekla zakryła sobie oczy i jak złamana rzuciła się na krzesło... nie mówiąc nic, serce jej biło mocno, tchu brakło...
— Zkądże moja Marysiu... niech Bóg uchowa — ja nic nie wiem... Ja go nie znam — tylko przez ciebie.
— I przez okienko... szepnęła Rzepczakówna.
Na to, oprócz rumieńca nie było odpowiedzi a Marysia jak w gorączce, mówiła żywiej coraz...
— Emil, ty wiesz, codzień do mojego ojca przychodzi do stołu, bo u nas się stołuje... widuję go spotykam... Mogę mu powiedzieć co każesz, odnieść ci co on mi poleci.
— A niech Bóg broni! odezwała się Tekla chwytając ją za ręce. Zlituj się... ja nie chcę...
— A zbliżyć się przecie potrzeba, kiedy już... znacie się dawno i szukać sposobów...
— Przynajmniej nie ja pierwsza — oburzyła się Tekla.
— To prawda... masz słuszność, ale że też ten człowiek nie miał odwagi nigdy mnie o to zaczepić?
— Ależ miłość powinna być tajemniczą, między Bogiem a temi co się kochają — przerwała ośmielając się Tekla, czyż ty nie czujesz tego że...
— Czuję, rozumiem! zrywając się i biegając po pokoju zaczęła Marysia — wszystko to prawda... Nie ma sensu w tem co mówię — a — takbym was chciała widzieć szczęśliwych!!
Złożyła ręce i oczy podniosła ku niebu.
Teraz Tekla pobiegła ją uścisnąć i popłakały się w swych objęciach. Marysia nie powiedziała już słowa... siadły obok siebie i dumały. Po chwili dopiero Rzepczakówna cicho poczęła znowu pochwały Emila.
— Takiego drugiego nie ma — mówiła — ojciec mój, wszyscy co się z nim spotykają, szanują go i kochają. A dobry jest... a miłosierny, a rozumny i dowcipny. Parę razy z drugiego pokoju słyszałam, gdy się rozgadał z artystami, którzy do nas też przychodzą gdy im pieniędzy zabraknie... Umie wiele... ja myślę, że wszystko umie.
— Ale ty bo się sama w nim kochasz! nagle zawołała Tekla.
Marysi krew uderzyła do twarzy.
— Ja? krzyknęła — ja? albom ja to pomywaczka godna takiego człowieka? ja? A! moja Tekluniu... moje serce za młodu uwiędło... ty nie wiesz jaką była przeszłość moja, póki mi nieszczęścia, łzy nie otworzyły oczów. Ja? ale ja nigdy kochać nie będę w życiu — bo — ja tego nie umiem. Nadto wcześnie widziałam wszystko...
Zapłakała Marysia, i wnet oczy otarła żywo.
— Taką jak mnie widzisz, dodała — jestem dumną gdyby szatan... dla tego kochać nie będę. Ale ty, aniele mój czysty, ani zrozumieć tego nie potrafisz, ani trzeba abyś to pojmowała... ty marz — śnij i kochaj.
— Moja droga Marychno — przerwała Tekla smutnie. Tobie się zdaje, że ty jesteś nieszczęśliwszą ode mnie. Ale ty masz ojca — dom — ty nie chodzisz jak ja w ciemnościach, ty wiesz kim jesteś — a ja? a ja?
I popłakały się dziewczęta i ściskały się jeszcze i szeptały znowu.
Tym co te dni młodości przeżyli, co zapomnieli jak naówczas przyjaciel drogi, jak zwierzanie się potrzebne, jak wymiana uczuć i myśli konieczna — wyda się może dziwnem to zbliżenie dwóch istot... i nienasycone pragnienie wypowiadania sobie co po duszy się błąka... Dla Tekli i Marysi były to przecież najszczęśliwsze życia chwile — i tęskniły po tem za sobą, a czekały ich powrotu licząc godziny...
Stanęło na tem przecież, że się Tekla do wszystkiego przyznała. To wszystko właściwie było niczem — patrzyli ku sobie i uśmiechali, on czasem kładł rękę na sercu, ona na czole... Trzymała raz kwiatek w ustach... i pan Emil o mroku podsunął się na trotuar, a kwiatek jakoś spadł mu na ręce i on go ucałował. Widziała to i uciekła. Marysia słuchała chciwie, musiała poprzysiądz tajemnicę, i zaręczyć, że nawet sama o tem zapomni. Potem zakazem jej było zbliżać się do Emila, zaczepiać go... mówić z nim, wywoływać... jakieś stosunki, wszystko to Marysia przyrzekła, ale co myślała — niepodobna było odgadnąć. Czasem miewała śmiech ironiczny jakiś...
W kilka dni potem Marysia wiedziała pierwsza i pobiegła o tem dać znać przyjaciółce, że pan Emil poznajomił się z profesorem, że Filipowicz pod niebiosa go wynosił, i że było niejakie podobieństwo do — przypuszczenia pana Emila do dawanie geografji w niższych klasach... Tekla rozumiała równie dobrze jak Rzepczakówna, do czego to zmierzało. Rumieniła się mocno i mówiła, że się nadzwyczaj lęka.
— Czego bo ty się masz bać! odparła Marysia — gdybym ja była na twojem miejscu! o! o! ręczę ci inaczej by i żwawiej rzeczy poszły... Zmusiłabym go do oświadczenia się, potem napisała do Mecenasa — i uparła przy swojem... i postawiła na tem... Borusławski poczciwy wziąłby cię w protekcyą.
— Cicho! cicho! co pleciesz! co pleciesz! zamykała jej usta rumieniąc się panna Tekla. Proszęż cię... już nie mówmy o tem...
Po czwartej czy piątej buteleczce porteru i szklance ponczu... na które Filipowicz narażał się nieoględnie — pan Emil został wprowadzony jako bezpłatny (dla wprawy własnej) nauczyciel geografji klas niższych — i — w wynagrodzeniu dostał zaproszenia na wieczorne herbaty. Pani z Villamarinich uznała go — skromnym i przyzwoitym młodzieńcem.
— Daleko większy filut, niżelim się spodziewała, mówiła Marysia do przyjaciółki — prawda że w takiej sprawie przebacza się przebiegłość — a jednak... filut chłopiec.
Tekla usta jej zamykała, rumieniąc się niespokojna.
Aż w kilka tygodni — wieczorem na herbacie, gdy wyszła do saloniku, (o mało nie upadła w progu) zobaczyła pana Emila we fraku, bawiącego pannę Eufrozynę, która go ciekawie zdawała się decyfrować.
Tego wieczora jednak wcale się nie zbliżyli do siebie i ledwie patrzeć śmieli, aby się straszna tajemnica nie wydała.
Nieśmiałość pana Emila — zjednały mu starszych pań wielką sympatyę i pochwały.
— Bardzo poczciwy i przyzwoity! mówiła panna Eufrozyna — a co wiadomości!
— O, nie głupi! powtarzała gospodyni — i to lubię że z taktem... Choć to żadnej wielkiej familji, ledwie szlachcic — a jednak coś ma wcale szlachetnego.
Filipowicz tryumfował i ręce trzymał pod połami, a mówił sobie w duchu. A co? ha? a kto go wam w ulicy złapał...? Bo ja mam oko? jak się zowie. Ale te baby — żeby kiedy człowiekowi sprawiedliwość oddały — jeszcze się to nie okazało!!
Maks i ciocia Baronowa, często przybywając na pensyę, dowiadywali się czy nie było co od Mecenasa, Borusławski milczał, Filipowicz nie śmiał się upominać — a młodzieniec zakochany poczynał się niecierpliwić!
Choć panna była śliczna nie tyle mu może szło o nią jak o to, że interesa były w bardzo złym stanie i że wszyscy mu radzili ożenienie.
— Przecież raz — niech się coś zdecyduje — mówiła Baronowa — jeżeli im dla takiej sieroty bez nazwiska Rabsztyńskiego mało! a! no!... jak sobie chcą! niech szukają czegoś lepszego, a nas uwolnią... Rabsztyński też sobie znajdzie, może i coś nad to piękniejszego!!
W istocie jednak panu Maksowi trudno coś znaleść było — nadto znano i jego — i księgi hypoteczne.
Restauracya pana Teodora Rzepczaka znajdowała się przy jednej z uliczek przecinających Nowy Świat, a była bardzo skromną. Na lewo znajdował się szynczek, dziś odseparowany, z którego wyrosła w prawo para pokoików, dla dostojniejszych gości, którzy zdrowym, gospodarskim stołem tanim zadowolnić się mogli. Szkodziło to po trosze reputacyi jadalni, że naprzeciw znajdował się ten szynk często wrzawliwy, a Rzepczak nie miał odwagi pozbyć się go zupełnie, choć córka o to prosiła, bo sprzedaż wódki, piwa i trunków różnych więcej często przynosiła, niżeli stołownicy, z któremi więcej daleko było zachodu i kłopotu.
Rzepczak był zresztą prostym bardzo, czynnym, gadatliwym, krzykliwym człekiem, którego niemal jedyną cnotą było, że serce miał dobre i dziecko swe kochał. Od młodu w pracy, nawykły do niej, w szynku i restauracyi, gdzie mu się gęba przez cały dzień nie zamykała, od świtu do nocy się kręcił, śmiał — na prędce to przeskakując, to popijając, to licząc, to stękając. Przebył on czasy różne, biedy, długi, komorników, wyrzucanie na bruk... zawsze wstając na nogi, nie tracąc odwagi nigdy... Mały, krępy, z włosem trochę pokręconym na głowie i znacznie przerzedzonym, poczciwy Rzepczak sumiennym był, litościwym, ale rozumu miał tyle tylko, ile na powszednią potrzebę nieuchronnem było. Wyrozumiały nader na słabości ludzkie, sam im ulegał, bo i napić się lubił, i owdowiawszy, nie zawsze pokusom płci pięknej opierać się umiał, i karty go niekiedy pociągały. W gruncie jednak czuł gdy zgrzeszył i szedł potem bić się w piersi u Ś. Krzyża a na klęczkach Boga prosić o przebaczenie. I ot tak ciągnęło się życie.
Ani powierzchowność restauracyi pana Teodora, ani wytworna kuchnia jej nie zalecały, ale gospodarz był uprzejmy, ceny nizkie i potrawy zdrowe a czyste. Z tego powodu kilku uboższych urzędników, biuralistów, trochę młodzieży uczącej się i artystów chodziło się tu w kątku przekarmiać. Ceremonji nie było żadnej. Dwoje dosyć zabrukanych dziewcząt chałaśliwie posługiwało, poufale z gośćmi rozmawiając, sam Rzepczak miał nadzór zwierzchni.
Ponieważ bielizna bardzo prędko plami się pstrzyła, stoliki przyjęto za zasadę okrywać ceratą. Serwetki goście mieli znaczone kółkami, fajans był niekoniecznie dobrany, szkło nie jednakie... a w pokoikach nie wytwornie wyglądało. Goście często nadużywali białych firanek, z czasem więc zawieszono czerwone, które to nadużycia cierpliwiej, nie dając znać po sobie — znosiły.
W ogóle, sciśle potrzebnych sprzętów nie brakło, zbytku żadnego niebyło — goście znali się wszyscy, każdy miał swoje miejsce, swój kołek do powieszenia rzeczy, a nadzwyczaj bardzo rzadko trafił się ktoś nieznajomy. Jeżeli gościa chciał uczcić Rzepczak, przychodził doń na rozmowę i zagadywał się chętnie. Humor miał wesoły. Do przymiotów należało i to że — kredytował chętnie i długo. Tracił na tem czasami, ale miał za zasadę ufać ludziom, dobierał twarze które mu się podobały, do tych się zbliżał, a inne omijał milczący, i tym, choć nie mówił, dawał do zrozumienia żeby byli regularnemi. Codziennie tu w jednych godzinach zgromadzając się między sobą się też znali i składali rodzaj bractwa, które poufale u pana Rzepczaka gospodarzyło.
Czasem ktoś odezwał się z żądaniem jakiejś potrawy, a rzadko gospodarz jej odmówił, jeżeli mu była przystępną. Szczególniej sławne tu były barszczyki zabielane, kapuśniaczki, bigosy, sztuka mięsa z kwiatkiem i baranina z nieuchronnym czosnkiem.
Wyziewy tych potraw, mogły głodnemu czasem sprawić przyjemność, ale w poobiednich godzinach złączone z dymem złych cygar i wonią naprzeciw będącego w szynczku, składały atmosferę nie zbyt przyjemną.
Za restauracyą miał izdebkę swą gospodarz, która służyła mu za sypialnię, biuro, skład i po części śpiżarnie kosztowniejszych zapasów. Za tą znajdowała się jeszcze mniejsza Marysi, w której ledwie obrócić się było można, ale też ona, oprócz wieczora mało w niej siedziała.
Jednego dnia wcześniej jakoś przyszedłszy z pensyi, zdawała się na coś czatować, kilka razy przeze drzwi wyglądając. Ojciec zląkłszy się czy się jej co nie stało, poszedł niespokojny zapytać.
— A co tobie Maryś, że dziś o tej porze przychodzisz? Czy co chowaj Boże na pensyi?
— Nie ma nic, ojczuniu — nie ma nic... Zapomniałam seksterna... lekcyi nie ma, tom przybiegła, zaraz powracam.
— A możebyś coś przetrąciła? spytał ojciec.
— Jeść mi się nie chce.
— E! Nie wierz gębie — Połóż na zębie, rzekł śmiejąc się ojciec — to stare poczciwe przysłowie.
— Do prawdy mi się nic a nic jeść nie chce — później, ojczuniu.
Rzepczak stał we drzwiach, zdało mu się, że córka była czegoś zafrasowaną. Przewracała papiery niespokojnie.
— A, nie kłamiesz ty — jakaś — rzekł nieodchodząc — bo, jakby co było z temi Filipowiczami, to lepiej mów odrazu. Opijają mnie... odzierają a jakby jeszcze ci źle było, niech ich kroćset...
— Daję ci ojcze słowo — nie ma nic.
Przybiegła to mówiąc, poklepała go po ramieniu i pocałowała. Rzepczakowi się twarz rozjaśniła. Tymczasem goście się na obiad zbierali i wesołe ich głosy słychać było z restauracyi. Drzwi się otwierały, dziewczęta śmiały się, talerze pobrzękiwały. Marysia nastawiała ucho bacznie. Rzepczak wyszedł przyjmować swoich klijentów.
Było już pięciu, gdy szósty wsunął się pan Emil Drażak i powitawszy się z poprzednikami, zajął miejsce swoje w kątku. Obok, przy tym samym stole siedział malutki, prawie karlego wzrostu, siwy staruszek, urzędnik także, który już się emerytury dobijał. Ciekawa to była postać... wyschła, wymęczona, z pargaminową twarzą, a mimo kilkudziesięcioletniej niewoli u biura, pełna życia, werwy, wesołości i dowcipu. Stary kawaler, Piotr August dwóch imion Hustakiewicz, miły był tu wszystkim, nawet dziewczętom, z któremi po młodemu żartował, przynosząc z sobą do restauracyi, niczem nie zamącony humor przedziwny.
Zwano go Radzcą — był nim w istocie, pensye też pobierał cale niezgorszą, ale zmuszonym był do stołowania się oszczędnego, bo naprzód skąpym był niezmiernie, a — powtóre chorował na kolekcyonowanie autografów. Dwie namiętności do grosza i do papierów walczyły w nim i często go czyniły uboższym niż był w istocie.
— Pana Drażaka — dobrodzieja! odezwał się Hustakiewicz, który już zajadał sztukamięsę — rekomenduję barszczyk, palce oblizywać... sztuka mięsa dosyć krucha. Co u pana słychać?
— U mnie, odparł Drażak, ale u mnie zwykle nie słychać nic? a u pana Radzcy?
— Źle. Wyrwał mi z przed nosa P. W... autograf Jana Karola Chodkiewicza... rzekł Radzca — w krótce się niczego dokupić nie będzie można za temi zapaleńcami.
List z obozu w Inflantach... cale ciekawy.
I westchnął.
— A jakże tam dykcyonarz? dodał, bo to także choróbsko jak moja. I mam tego za... co nie ma choroby podobnej, znak to złej głowy.
— Dobrze to nam — odezwał się Drażak, nie mającym żony ani dzieci, ale ci którym Bóg dał rodzinę nie potrzebują tych opiatów.
Rozśmiał się staruszek.
— Słowo daję — masz słuszność, to są opiaty... tak! tak! rodzi się z nich namiętność jak u Chińczyków do opium. To prawda.
Drzwi się pocichutku otworzyły, i zdala panna Rzepczakówna rzuciła okiem na Drażaka... ale zaledwie go zobaczywszy, wnet je zamknęła za sobą. Pan Emil jednak spostrzegł ją, ruszył się czegoś niespokojny, i jakby zmiarkowawszy usiadł, oka nie spuszczając z tych drzwi, w których mu się ukazała.
W tej chwili przyniesiono ów barszczyk i służąca zaleciła, aby jadł póki gorący.
Od drugiego stołu zalatywały nowiny, o pogrzebie generała R., który się właśnie odbył dnia tego, o wspaniałym karawanie, muzyce i liczbie osób, które mu towarzyszyły.
— Widzieliśmy te wspaniałości przez okno, odezwał się Radzca. Gdyby generał co był człowiekiem gospodarnym i oszczędnym, wstał a zobaczył co mu to za pogrzeb sprawiono — umarłby iterum iterumque z rozpaczy. Do czego się to zdało?
— Świadczy o poszanowaniu dla zmarłego — przerwał profesor Dygalski od drugiego stołu z powagą.
Radzca szydersko nań spojrzał.
Pan Emil ciągle oczy miał ku owym drzwiom skierowane, a jadł — nadzwyczaj powoli, mimo zalecenia sługi, a barszczyk mu zastygał. Można go było nawet posądzić o to iż zwlekał umyślnie by się dać innym wyprzedzić. Sługa przyniosłszy mu przedwcześnie sztukamięsę, przez życzliwość dla młodzieńca, nakryła mu ją talerzem.
— Gdyby tak mnie panno Basiu — odezwał się Radzca, ręczę że nie miała byś tej konsyderacyi, aby mi ciepło zachować stawinogę — a dla młodego...
— A cóż?? śmiejąc się odparła otyła Basia — a pewno? Pan Radzca sobie radzi i je prędko, a młody ma o czem myśleć, to mu stygnie — toć litość trzeba nad nim mieć!
Przyklaśnięto Basi, która starego zwyciężyła.
— Młodość ma swe prawa — odparł Hustakiewicz — i przywileje — immunitates, tak... tak...
Emil jadł powoli zamyślony. Profesor Dygalski już wstał po pieczystem, zęby wykałał i ozwał się do gospodarza, który w tej chwili wszedł.
— Szanowny panie Teodorze — pieczyste było dyable, dyable twarde!!
— Ooo!! rzekł Rzepczak — twarde! a piekło się długo... Proszę!
— Musiał kogut być stary kawaler jak ja... oderwał się Radzca, myśmy wszyscy twardzi do zgryzienia.
— Nie — panie to była stara kwoczka — odezwał się Rzepczak.
— Jeszcze gorzej! przerwał Hustakiewicz, stary kogut może był do skruchy powołanym, ale stara kwoka...
Spojrzał na Emila.
— Waćpan panie Regestratorze, jako młodzieniec faworyzowany, przez niewiasty, winien byś stanąć w ich obronie? rzekł pochylając się do niego... hę?
— Same się one bronią — odezwał się Emil... a ze mnie zły adwokat.
Profesor Dygalski zapalił cygaro, wziął kapelusz, skłonił się towarzystwu i majestatycznie wyciągnął z restauracyi. Radzca, który się spieszył zawsze, w krótce też obiadu dokończył... dwóch panów milczących walczyło z twardym owym kogutem, Emil dopiero powoli odkrywał sztukamięsę. Służąca co mu chciała usłużyć dobrze... już była przyniosła trzecie danie.
— Czy panu się jeść nie chce? spytała.
Emil nie wiedząc zapewne czem się tłomaczyć, mruknął że go zęby bolą. Wnet, jak Stańczykowskich czasów posypały się rady.
Basia radziła gorczycę na twarz, Rzepczak pijawki, jeden z gości laudanum, inny jakiś specyfik apteczny, który tylko u jednego na Pradze farmaceuty znaleźć było można... Emil myślał już pewnie o czem innem. Drzwi w głębi otworzyły się po raz drugi i zamknęły.
Radzca wyszedł. W pół godziny potem gość jeden zniknął, Emil udawał że je pieczyste. U drugiego stołu drzemał z cygarem w ustach nieznośny Malusiński, podstarzały emeryt, który nie wiedząc co robić ze zbywającym czasem, za długo zwykle przesiadywał w restauracyi, mało co mówił i ziewał. Emil na niego spoglądał, jakby go nagląc do wyjścia, ale to nic nie pomagało. Spazmatycznem swem ziewaniem nabawiał wszystkich rozdrażnienia — i nieustępował.
Emil wreszcie porzucił pieczyste, poprosił o kawę, która u Rzepczaka wcale była nieosobliwą — zapalił cygaro, dobył książkę i z ukosa patrząc na drzwi czytał.
Malusiński usnął; lecz sen ten właśnie poobiedni którego doktór mu się obawiać kazał jako bardzo niezdrowego, spędził go wreszcie i zmusił wyjść z restauracyi.
— A pan nie idzie? spytał w progu Emila.
— Nie — ja — kawę piję — odparł Drażak i począł się przechadzać po obu pokojach pustych. Drzwi uchyliły się znowu, wyjrzano.
Nie było nikogo.
Marysia wyśliznęła się z pokoju szybko, obejrzała trwożliwie, papier jakiś podała panu Emilowi, dała mu znak tajemniczy — i znikła właśnie w chwili gdy ojciec wchodził drugiemi drzwiami. Drażak zaledwie miał czas włożyć do kieszeni, przybrać najniewinniejszą w świecie postawę.
Stary pan Teodor wszakże, bywały człek, z okiem bardzo wprawnem, już był coś najrzał i przewąchał, domyślał się znać czegoś, ale nie dając po sobie poznać, poszedł co rychlej porządkując coś w szafie. Spojrzał tylko na Emila i pomyślał:
— E! tędy to ichmość chodzicie! Wiem już dla czego Maryś z pensyi się wyrwała. Nie głupim.
Jeszcze się ten monolog nie skończył, gdy Emil, który dotąd bardzo się zwolna obracał, jakby go co ukłuło, wyniósł się niezmiernie pospiesznym krokiem. Stary Rzepczak natychmiast wpadł do pokoju córki.
— Słuchaj ty, Maryś — odezwał się — czy to tobie się widzi że ojca starego okpisz? hę?
— Albo co? odparła spokojnie córka.
— A toć ja oczy mam. W jakichś jej mościanka konszachtach z panem Emilem, hę? Ja się w to nie mieszam... to twoja sprawa, a no przestrzegam, on się nie ożeni, a romanse się płaczem kończą... Czy ty tego nie wiesz?!..
— Wiem, odezwała się Marysia — ale romansu nie ma — niech ojczunio będzie spokojny. Mnie to nie w głowie.
— Pocóż kłamiesz? krzyknął Rzepczak zakładając ręce na piersiach — już ci słowa nie rzekę. To twoja rzecz, dzieckiem nie jesteś... po co.
Marysia z pół wesołą, pół smutną twarzą przyszła do ojca.
— Ojczuniu, rzekła — co prawda to prawda, przyniosłam mu i oddałam liścik... ale nie odemnie.
— A! do kroćset, to jeszcze gorzej! zawołał Rzepczak — żebyś już choć szczęśliwą była — ale za cudzy miód pokutować... co tobie takiego?
Marysia śmiejąc się ściskała go.
— Już ty mi się nie łaś — rzekł — to licha warta sprawa.
— Oni się pożenią — szepnęła dziewczyna wzdychając — nie ma w tem nic złego. Gdybym nie była o tem przekonaną, nie podałabym im ręki.
Ojciec, nawykły córce ulegać, popatrzał i zamilkł.
— Mnie to tam nic do tego — odezwał się — ty wiesz, ja tobie ufam, bo rozum masz — a jak się zaplączesz i z pensyi cię wygnają...
Zadumała się Marysia, łzy jej w oczach stanęły, nie odpowiedziała nic, schwyciła książki, raz jeszcze pocałowała ojca i wybiegła.
Dnia tego na pensyi była narada walna. Baronowa z Maksem przyszła nalegać o jaką determinacyę i znalazła w pani z Villamarinich nie dawną swą przyjaciółkę od serca, ale — dyplomatkę. Filipowicz stał przy żonie, jako korpus rezerwowy.
— Ale ostatecznie — mówiła siedząca na kanapie Baronowa — proszę cię, najlepsza przyjaciółko moja — wyróbcie decyzyę jakąś. Co mówi mecenas?
Nie dając odpowiedzi, okiem zmierzyła wystrojonego młodzieńca naczelniczka pensyi, skinęła na przyjaciółkę i zabrała ją z sobą do gabinetu.
O ile salon odznaczał się pewną elegancyą — gabinet był z nim w rażącej sprzeczności. Stosy książek powiązanych sznurkami, cukier w głowach, butelki na ziemi, na kanapie dwie sztuki jakiejś materyi, w drugim kącie miednica nie wylana... pantofle tylko co rzucone, suknia czarna z białą podszewką na kołku — wszystko to chaotyczny obraz przedstawiało.
— Przepraszam baronowę — a, co to tu za nieporządek! ale tyle, tyle rzeczy na głowie... Człowiek waryuje... Chciałam pomówić na osobności...
Zbliżyła się do ucha.
— Tu wszystko, jak się zdaje, zależy od Teklusi? a ta...
Zrobiła ruch wyrazisty...
— Nie może być ażeby się jej Maks nie podobał? proszęż cię? Maks? spytała Baronowa.
— Ja się też wydziwić temu nie mogę — to rzecz niepojęta. Charakter tej dziewczyny taki, zimna nadzwyczaj zimna. Ja nie wiem! My z naszej strony, baronowo dobrodziejko, nawet z narażeniem się osobistem, staraliśmy się — przyznasz to — czyniliśmy co mogli.
— Ale czyż podobna, ażeby Maks na niej nie uczynił żadnego wrażenia! z urazą powtarzała Baronowa...
Pani z Villamarinich milczała — potem jakby z innej beczki poczęła żywo.
— O ile się dało nagliliśmy na Mecenasa, aż do natręctwa... i — prawdę rzekłszy, przeciw własnemu interesowi, co on nam dał uczuć — bo nam za pannę Teklę bardzo dobrze płacą.
— Ale toby się dało wynagrodzić, moja droga — odezwała się szybko Baronowa — my byliśmy do tego zawsze przygotowani.
Pani z Villamarinich cofnęła się nieco urażona.
— Kochana Baronowo — nie mówmy o tem.
— Przepraszam cię — ja chcę zaręczyć cię...
— Owszem, pomóżcie nam tylko... my... my...
Tu zaczęło się ściskanie i długie szepty i narady.
Gdy w gabinecie tak się umawiano czy roztrząsano, panna Eufrozyna z polecenia wyższej zwierzchności wprowadziła pannę Teklę do salonu, w którym Maks znajdował się z Filipowiczem.
Profesor zaledwie ujrzał ją we drzwiach, porwał się jakby go co kolnęło i zawołał do panny Eufrozyny:
— Pani raczy ze mną wyjść na chwileczkę.
Dali sobie znak jakiś oczyma i wyszli, Maks został sam na sam z panną Teklą, która bynajmniej nie zdawała się tem zmieszaną.
Daleko większy niepokój okazywał elegant, który zbliżał się do niej, starając się ukazać w jak najkorzystniejszem świetle.
Był też tego dnia ubrany smakownie jak nigdy czarny tużurek leżał na nim jak ulany, kamizelka wykrojona odsłaniała śnieżnej białości szmizetkę, haftowaną nadzwyczaj misternie, krawat był ponsowy, rękawiczki bismarkowskiej barwy, a buciki lakierowane szyte białym jedwabiem, mogły iść choćby na wystawę. Woń, która tego dnia atmosferą nadzwyczaj silną otaczała pana Rabsztyńskiego, była mieszaniną ambry i patchuli.
Panna Tekla popatrzała na niego obojętnie i — usiadła.
— Tak dawno nie miałem szczęścia widzieć pani?
— Dawno? spytała panna z niedowierzaniem.
— Przynajmniej, mnie się ten czas wydał — wielkim.
— Pan się nudzi w Warszawie!
— A! nie pani, ale gdy jej nie widzę...
Panna Tekla popatrzała i rozśmiała się — ruszyła zlekka ramionami. Maks — pozbawiony odpowiedzi, zakłopotał się o ciąg dalszy rozmowy. Czas był krótki, lada chwila mógł wrócić Filipowicz, albo z gabinetu Ciocia Baronowa z panią z Villamarinich, a dzień ten był przeznaczonym na „wynurzenie uczuć.“
Musiał więc, choćby nie bardzo zręcznie — wynurzać.
— Oddawna — odezwał się, spuszczając oczy skromnie — od dawna mogła pani uważać z jaką czcią dla niej i uwielbieniem jestem. To się wyrazić nie daje... Nie mogę dłużej się powstrzymać — pani pozwoli... abym dziś — niech pani wierzy...
Tu się splątał trochę. Panna słuchała z uwagą, ale Maks dostrzegł że nawet się nie zarumieniła, co w takich wypadkach jest prawie nieuniknionem.
— Mojem nieodmiennem postanowieniem, dodał — jest — jest — jeżeli pani dozwoli — starać się o jej rękę...
Chwilę pana Tekla namyślała się milcząca.
— Jestem panu bardzo wdzięczną — rzekła — ale pan wiesz że rodziców moich nie znam, o pochodzeniu mem, nie mam wiadomości. Byłoby ze strony pana zbyt wielką ofiarą...
— Pani, przerwał Maks — żadna ofiara dla niej, nie wyda mi się zbyt wielką.
— Jeszcze raz mu dziękuję — odezwała się Tekla. Ja nie chcę iść za mąż.
— Więc pani mnie... odrzuca! zapytał Maks zarumieniony.
— Będę szczerą i otwartą — chłodno odezwała się sierota. Ja jestem stworzoną i do innego świata i do życia innego niż te do którego pan przywykłeś.
— Ja się zastosuję.
To mówiąc kapelusz podniósł Rabsztyński, oczy do góry zwrócił.
— Pani — zawołał — nic nie żądam tylko słowa jej, czy miałem szczęście w jej oczach... reszta... niech pani wierzy. Jeżeli jej serce pozyskać potrafię.
— Nie — panie — stanowczo i prędko — wstając odezwała się Tekla — nie, panie — zwodzić pana nie chcę, ani mu czynić nadziei. Świetniejszy los pana czeka... tego mu życzę.
Żywo zakręciła się i wybiegła! Maksowi w gardle zaschło — stał sam jeden porzucony w salonie z rozpaczą w duszy i gniewem...
W tem wszedł — Filipowicz i zbliżył się do niego na palcach...
— A cóż, oświadczyłeś się?
Rabsztyński milczał.
— Jakże?
Z miny już mógł odgadnąć że źle poszło.
— Czy może być? co? jak się zowie — od kosza dała.
— A tak!! zawołał wybuchając Maks i gwałtownie prostując się począł chodzić po salonie — a tak!
Ruch ten i głos Filipowicza (wszystko było ukartowane) wywołał dwie panie z gabinetu. Zobaczywszy ciocię, Maks się zbliżył do niej.
— My tu już nie mamy co robić — dostałem odprawę, zawołał.
Osłupieli wszyscy. Pani z Villamarinich ręce załamała.
— Czyż może być??
— Tak jest, z bólem i ironiją rzekł piękny Rabsztyński — no — tak — nie wiem przyczyny — nie rozumiem, ale odprawę mi dano.
Wśród milczenia powszechnego, Filipowicz przybrał heroiczną postawę, wystąpił na środku salonu, i rzekł z powagą, palcem na pierś własną wskazując.
— Kiedy tak — nie mam już co taić i nie mam co! jak się zowie! Winowajcą jestem — ja!
Zdumienie powszechne.
— Nikt inny — ja — ciągnął Filipowicz dalej. Tak! Jasnem mi jest teraz wszystko. Panna Tekla kocha się, a ja sam, oślepiony, zbyt ufny, prostoduszny, wprowadziłem do domu tego człowieka... który, odgrzany na mem łonie, dziś ciosem je takiem rani!!!
Nie wierzyłem oczom, acz je mam bystre... nie przypuszczałem takiej niewdzięczności.
— Ale któż? co? jak? zawołała sama pani. Pleciesz...
— Nie plotę... nie! jam winien... widziałem wejrzenia — spotykania, konszachty, posądzałem tę pomywaczkę, którąśmy z miłosierdzia przyjęli o pośrednictwo. Bystre miałem oko. Tak jest. Romans formalny egzystuje między panną Teklą, a Emilem Drażakiem.
Stał się rumot w salonie, jak gdy naprzykład żyrandol ze świecami spadnie z sufitu na ziemię. Pani z Villamarinich rzuciła się na kanapę, Baronowa na fotel, Maks zapłonął gniewem.
— To ja sam winienem! przerwał — ja, bom był tak głupi żem panu tego złoczyńcę, tego zdrajcę zaprezentował.
Filipowicz przyjął to wyznanie mimiką godną pierwszego artysty Burgu — głowę pochylił, ręce pochylił, oczy spuścił w ziemię, zdawał się mówić.
— Któż ci winien, żeś...
— Ale to się tak nie skończy — wyzwę i zabiję...
— Zlituj się... życie narażać! krzyknęła Baronowa... Maksiu! błagam cię...
Pani domu mdlała prawie.
— Panu Emilowi, dziś, natychmiast dam odprawę — dodał Filipowicz.
Zamilkli wszyscy pod tym ciosem, jedna gospodyni miała przytomności dosyć, by zapytać męża.
— Ale zkądże! jakże ty o tem wiesz, a jeśli wiedziałeś, dla czego nie mówiłeś wcześniej?
— Obser-wo-wa-łem! rzekł Filipowicz.
— Ale to ci się śni! zaprzeczyła pani, ja cię znam. To bałamuctwo — to przypuszczenie.
Filipowicz obrażony, nie odpowiedział, poszedł do zwierciadła, i boleśnie uśmiechnął się sam do siebie.
Panie zaczęły szeptać... potem żegnać się — Maks zamilkł, profesor już ust nie otworzył i Baronowa sparta na ręku siostrzeńca opuściła ten dom, w którym tak długo pokładała nadzieję.
Gdy małżeństwo sam na sam pozostało, pani z Villamarinich, nie przedłużając rozmowy o drażliwym przedmiocie, przypomniała tylko mężowi jego obowiązki administracyjne i odprawiła go hetmańskiem ręki skinieniem.
Ofiara nieszczęśliwa, Filipowicz wyszedł z kluczami i rezygnacyą.
Pani domu przeszła się razy parę po salonie, spojrzała w zwierciadło na wyraz swej twarzy, i przyobleczona spokojem wielkim, wyszła, wprost do pokoiku panny Tekli. Panna Sierocińska siedziała zadumana w otwartem oknie.
Postrzegłszy panią, wstała i podała jej krzesło... Pani z Villamarinich siadła, przybierając najdobrotliwszą fizyognomię.
— Moja Tekluniu droga, odezwała się słodko — ty wiesz, że ja cię kocham jak własne dziecię, że ci życzę w świecie najlepiej. Pragnęłam twojego szczęścia, losu, ułatwiając zbliżenie się z młodzieńcem takiej familji jak Rabsztyński... Więc ty go nie chcesz?
— Panu Maksowi wdzięczną jestem — ale ja nie mam dla niego...
— Moja panno Teklo... bądź więc ze mną otwartą jak z matką... ktoś inny zyskał to serce...
Zarumieniła się bardzo mocno panienka, zdawała wahać czy ma skłamać czy otwarcie się przyznać, i bez wielkiego namysłu, odparła.
— Być może.
Był to szept bardzo cichy.
Pani z Villamarinich zamilkła.
— Ale jakimże sposobem... gdzie — kiedy, u nas nikt nie bywa...
Tekla zmilczała, tłomaczyć się już więcej nie chciała. Napróżne było naleganie czułe.
Trochę obrażona a bardzo niekontenta, opuściła wreszcie pokój naczelniczka.
W całej pensyi panował jakiś dziwny stan rozciekawienia, bieganiny, szepty, podglądania. Ciekawe oczy panienek, uszy ich delikatnym obdarzone słuchem, chwyciły coś, domyślano się reszty. Czuły towarzyszki Tekli, że jakaś katastrofa się gotowała. Filipowicz w istocie chciał natychmiast dać odprawę Marysi, ale po namyśle wstrzymał się ze względów administracyjnych. Marysia zaraz po wyjściu naczelniczki wsunęła się do pokoju Tekli.
Zaczęły żywo szeptać z sobą.
Rzepczakówna z sali słuchała całej sceny w salonie, wiedziała o obwinieniu Emila i siebie za pośrednictwo. Przybiegła przerażona, zapłakana... spowiadając wszystko przed przyjaciółką.
Ta ani na chwilę nie straciła przytomności. Wysłuchała opowiadania, uściskała Marysię.
— Ja dłużej tu pozostać nie mogę, rzekła — zatrzymaj się — piszę list do opiekuna. Ciebie, coś się dla mnie poświęciła nie opuszczę.
Emil sam zaniesie pismo do Borusławskiego — niech się dzieje co chce — ja tu nie mogę pozostać...
Energiczne dziewczę siadło przy stoliku i w pół godziny dwa listy były gotowe. Marysia założyła je za gors i wyśliznęła się z pokoju.
W korytarzu spotkał ją Filipowicz, stanął, zdawał się chcieć coś powiedzieć i wstrzymał się — zawsze ze względów administracyjnych.






Przez całą drogę od pensyi do mieszkania Baronowej, ciotka starała się uśmierzyć niezmierny gniew siostrzeńca i przekonać go, iż podłym człowiekiem należało pogardzić — ale nie godziło się w walce z nim narażać życia tak drogiego dla rodziny. Maks niesłychanie się opierał, potrzeba było z serca czerpanych argumentów, aby zburzony ten umysł ukoić i rezygnacyą mu nakazać. Baronowa dostała chrypki i czkawki, do której miała skłonność, nachwytała wiatru, uczuła ból głowy, rozchorowała się, a Maks, poszedł na obiad umówiony do Stępkowskiego. Nie był to właściwie powiedziawszy obiad, ale w dobrem towarzystwie przekąska z przypitką, trwającą do późnego wieczora. Chociaż na sercu miał rekuzę i zemstę, utaił to w sobie umiejętnie — uderzało tylko przyjaciół że z ironią gorzką wyrażał się o życiu, świecie, interesach i przyjaźni ludzkiej. Zapito usposobienie to szampanem i nazajutrz, skutkiem tej rozumowanej kuracyi uczuł się Maks znacznie swobodniejszym na umyśle.
Jednakże powtarzał ciągle:
— Niechże mi się na oczy nie nawija.
Z tą zwrotką przechodził ulicę Wierzbową, około południa, gdy na trotuarze oko w oko ujrzał naprzeciw sobie zmierzającego Emila Drażaka.
Pobladł, wstrząsł się cały — ale — niepodobna go było uniknąć. Stał.
— Jak się masz? odezwał się Emil zbliżając.
— Pan śmiesz się jeszcze witać ze mną? gorzko odparł Maks — pan?
— Coż to się stało?
Ze wzgardą ominąć go chciał Rabsztyński, gdy Drażak mu zaparł drogę.
— Za pozwoleniem, odezwał się — to wymaga tłomaczenia — proszę o nie — bardzo proszę.
— To ja się mam przed nim tłómaczyć? ja? zawołał Maks — pan mnie podszedłeś zdradą.
— W jaki sposób?
— Kazałeś mi się zapoznać z Filipowiczem.
— Nie przeczę.
— Użyłeś tego środka, aby zawiązać intrygę z panną z którą ja miałem się żenić...
— Ażebyś pan się z kim miał żenić, daję słowo honoru że nie wiedziałem.
— Cała Warszawa wie o tem.
— Tylko nie ja...
Rabsztyński znowu chciał odejść.
— Panie Maksymilianie — odezwał się Emil — jeśli się czujesz obrażonym — nie odmawiam satysfakcyi. Owszem, proszę o nią sam — jestem obwiniony o podejście. Weź pan świadków... naznacz czas... Ja mu służę.
Rabsztyński podniósł oczy... był widocznie przejęty... Zawahał się chwilę. Dał cioci słowo że drogiego życia narażać nie będzie.
— Pan nie wiedziałeś? powtórzył zniżając głos, zatem nie mamy nic do siebie.
I tak z wielkiej burzy skończyło się na ukłonach i rozstaniu.
Emil stał patrząc za nim i uśmiechał się.
Powracał właśnie od Mecenasa.
Dnia poprzedzającego odniósł mu list panny Tekli, ale widzieć się z nim nie mógł. Poszedł więc rano powtórnie.
Borusławski siedział w pokoju audyencyonalnym. Nie znając go, nie wiedząc po co przychodził, przywitał go w progu.
— Jestem Emil Drażak, rzekł prezentując się młody urzędnik — odniosłem tu wczoraj list panny Tekli Sierocińskiej i — chciałbym z panem pomówić.
Mecenas wskazał krzesło, wpatrując się bystro i z uwagą w siedzącego przed sobą.
— Co pan mi masz do powiedzenia?
— Jestem upoważniony przez pannę Teklę, do przedstawienia się panu, jako jej opiekunowi.
— Zkąd pan znajomość zabrałeś z moją pupilą?
— Pozwól mi pan o tem zamilczeć, rzekł Drażak, kocham szczerze pannę Teklę, mam nadzieję iż mi będzie przyjazną. Racz pan nas oboje wziąść w opiekę.
Borusławski poprawił okulary i perukę.
— Mówże mi pan o sobie?
Drażak dobył papiery.
— One za mnie powiedzą, kto jestem. Nie mam nic oprócz mej pracy... ale gotów jestem czekać aż nią się dorobię lepszej pozycyi.
— Pan służył?
Emil wskazał świadectwa.
— A — gdyby panna Tekla — która ludziom się wydaje bogatą — nie miała nic lub tak jak nic? rzekł Borusławski.
— To wcaleby nie zmieniło położenia — odezwał się Drażak. Mam nadzieję że zastosowałaby się do mojej możności i stanu... Dla mnie byłoby to milszem, bo by nas zrównało.
Mecenas zakłopotany widocznie począł przerzucać papiery.
— Panna Tekla nie chce zostać na pensyi, gdzie ją pono swatano. Może ma słuszność — ale co począć? Pan ani domu nie masz, ani się możesz żenić teraz, zresztą nie wiemy co powiedzą ci, od których los panny zależy.
Ja dziś wieczorem przyjdę na pensyę dla pomówienia z pupilą; ułożymy coś... Co do pana — prawdziwie nie wiem... dam mu znać... a proszę abyś miał cierpliwość i panny nie kompromitując, trzymał się zdaleka.
Rozmowa w coraz poufalszym tonie, rodzaj badania, które przybrało pozór pogadanki, trwała z godzinę. W ciągu jej Borusławski kilka razy wychodził... posyłał... i nie puszczał Emila... prosząc go aby się zatrzymał. Potem zaprowadził go do swego saloniku i sam wyszedł na chwilę. Wróciwszy jakby mu ciężar jaki spadł z serca, z trochę weselszą twarzą zbliżył się do Drażaka.
— Złożyło się tak, rzekł — iż mogłem się na prędce skomunikować z kimś, kogo los panny Tekli najbliżej obchodzi. Niech to pana nie dziwi i nie zraża. Jesteś proszony abyś się w niedzielę na sumie znajdował u księży Dominikanów.
Emil stał w istocie dosyć zdziwiony.
— W niedzielę, na sumie u Dominikanów, dodał Borusławski. Bądź łaskaw zajść przed sumą do mnie, pójdziemy razem.
Drażak się skłonił i nic nie mówiąc odszedł.
Wieczorem tegoż dnia gdy go się wcale nie spodziewano, zjawił się Mecenas na Nowym Świecie. Było już po herbacie, bo gości pani z Villamarinich nie miała — w salonie paliła się jedna świeca i to ta nasza znajoma łojowa z grzechu pierworodnego dotąd nie obmyta — ale Mecenas prosił aby go wprost do pokoju panny Tekli wprowadzono.
Z promieniejącą twarzyczką podbiegła ku niemu. Filipowicz towarzyszył, chwilę więc rozmowa ogólna trwała, ale profesor uznał właściwem zostawić sam na sam opiekuna i pupilę, choć nader mu te wieczorne odwiedziny wydały się podejrzanemi, obiecywał sobie zlekka podsłuchiwać pode drzwiami, co się mu nie powiodło, bo Borusławski, siadł ode drzwi daleko bardzo, a mówiono po cichu.
Tekla zaczęła zrumieniona od pocałowania w ramię opiekuna, tłómacząc mu że dłużej tu pozostać nie może.
— Tak, kochana panno Teklo, ale cóż ja z nią zrobię? Sama nie możesz mieszkać, tem bardziej, że masz starającego się, któryby ci się naprzykrzał. Odepchnąć go nie miałabyś może siły, a przyjmować... na teraz nie masz prawa. Co się tyczy zamążpójścia...
Tekla mu w oczy spojrzała.
— Czy ono niemożliwe? odezwała się. W takim razie, kochany opiekunie, ja za nikogo innego nie pójdę. Będziemy czekali.
— Pan Emil ma parę tysięcy złotych pensyi, a gdyby — bo wszystko być może... panna Tekla nie wiele miała.
— W takim razie — oboje obchodzilibyśmy się małem — szepnęła pupila.
— Ale czybyś potrafiła.
— Tak mi się zdaje...
— Zresztą — zobaczemy! rzekł Mecenas — kilka dni musi się przewlec, nie łatwo jest obmyśleć pomieszczenie... a to odemnie nie zależy.
— Ale mi pan Mecenas obiecuje — przemówić za mną? nie prawdaż? Jabym tu zostać nie chciała, i jeszcze prośbę mam jedną. Dobra, uboga dziewczynka, przyjaciołka moja zagrożoną jest z mej przyczyny. Czem mam z nią się podzielę, aby nauki dokończyć mogła.
— To zrobimy — rzekł Mecenas — tak się spodziewam, a w ogóle postaramy się zrobić co tylko podobna, aby panna Tekla była swobodną i szczęśliwą.
— A, na to potrzebaby — odezwała się Tekla z uczuciem, aby mi wolno było poznać rodziców moich.
Borusławski zamilkł smutnie, zapatrzył się na podłogę i westchnął.
Na to bardzo często powtarzające się życzenie sieroty, unikał zwykle odpowiedzi.
— Bądź pani spokojną — dodał po chwili pomilczawszy — wszystko się zrobi, co się da i może uczynić, powtarzam to i zaręczam. Trochę cierpliwości.
Nie potrzebowała Tekla mówić o tem, jak się jej zdawało, że zawcześnie oznajmywać państwu Filipowiczom o wyniesieniu się z pensyi, nie było potrzeby. Nie przewidział też Mecenas na co będzie narażonym wkrótce, i po rozmowie z pupilą, pożegnawszy ją, wyszedł, chcąc wrócić do domu, gdy Filipowicz z natarczywością właściwą sobie, zaczął go naglić i prosić o wstąpienie na „chwilątko“ do salonu, w którym już opłakaną świecę zastąpiła lampa w wieniec kwiatów przyodziana. Na kanapie, w całym majestacie siedziała pani z Villamarinich.
Gdy, nie mogąc się oprzeć naleganiu, Mecenas wszedł, podała mu obie ręce, witając go z wyrazem czułości i razem smutku. Zdawała się przybitą i strapioną.
Posadzono pana Borusławskiego, na najparadniejszem fotelu, a gospodyni tkliwym głosem poczęła.
— Nie ma nad nas nieszczęśliwszych ludzi... proszę pana Mecenasa. Całe staranie, serce, troskliwość oddajemy temu instytutowi, potrzeba takiego składu okoliczności, aby się wszystko przeciwko niemu spiknęło. Mogłoż być co dla nas boleśniejszego nad wiadomość naprzód o przywiązaniu powziętem w miejscu tak niewłaściwem przez Rabsztyńskiego a potem przez jakiegoś tam przybłędę. Co acan dobrodziej pomyślisz o naszym instytucie?
Załamała ręce.
— Ale to panie dobrodzieju, jak się zowie, przerwał Filipowicz — to się wszędzie trafia... nawet jeszcze daleko gorzej! Młodzieży nie sposób jest upilnować, ustrzedz, uchronić — jak się zowie. Okna nie można pozwolić otworzyć, na spacer nie można dać wyjść. Nauczycieli dobieraliśmy łysych, siwych — panie dobrodzieju — jeden kulawy. No cóż? trafił się raz zastępca, młodszy i przystojniejszy — wszystko przepadło.
Mecenas nie umiał nic na to odpowiedzieć — ruszał ramionami i poprawiał perukę naprzemian, to okulary.
— Spodziewamy się, że Mecenas zechcesz przed dostojnemi opiekunami nas wytłomaczyć. To się jeszcze nigdy, nigdy u nas nie trafiło... Coś podobnego!! ach!
— Ale proszę też, Mecenasa, przerwał Filipowicz delikatnie go biorąc za rękę, bo mówiąc miał nałóg w magnetyczne wchodzić zetknięcie z osobą do której się odezwał — cóż tedy z tego ma być? co ma być? Pan wie o wszystkiem.
— Tak, wiem o wszystkiem... odezwał się Mecenas, ale co z tego wyniknie, powiedzieć nie umiem...
— Ten chłystek, z pozwoleniem, odezwał się Filipowicz — bo to chłystek, gryziopiórek... gdzież mu się mierzyć z Rabsztyńskim! Tu i imię i wychowania i salonowa figura — i stosunki, i majątek ziemski, jakkolwiek odłużony... wszystkie warunki. Z drugiej strony — nic. Kawaler wcale nie pokaźny, pensyi dwa tysiące... nazwisko mieszczańskie... acz może szlachcic...
Ruszył ramionami.
— No — dodał — ale miał pono szczęście się podobać pannie.
Pani przerwała.
— Żebyś też Mecenas uczynił jej refleksyę... gubi się... dobrowolnie... Miała śliczną przyszłość przed sobą, z taką familią jak Rabsztyński.
— Trudno sercu nakazywać — odezwał się Borusławski, a ja — nie mam prawa żadnego przemawiać. O ile zaś wiem — osoby które los panny Tekli obchodzi, życzą sobie tylko aby była szczęśliwą w ten sposób jak sama zechce, narzucać się jej nie myślę. Między nami mówiąc, ciszej rzekł Mecenas, pan Rabsztyński wcale majątku nie ma prawie, wszystko długami okryte.
— A! zawołał Filipowicz żywo, to właśnie najszczęśliwsza okoliczność dla panny, posagiem jej spłacić długi i intabulować się na majątku... i być w nim panią.
Mecenas począł się okrutnie śmiać — to nieco Filipowicza zmieszało. Spoważniał i zaczął miarkować, że powtarzając ten argument, musiał niedorzeczność powiedzieć. Pociągnął kołnierzyki do góry, ręce pod poły założył, nogi rozstawił szeroko — i zapatrzył się na buty własne.
— Więc — kochany Mecenasie — prawdopodobnie utracimy pannę Tekle wkrótce... zapytała pani z Villamarinich.
Borusławski który kłamać nie lubił, odezwał się tylko.
— Byćby to mogło — ale ja nie decyduję — ja tu nic nie stanowię.
— Prawdziwie powiadam — dodała pani z Villamarinich, przyjdzie mi się z nią rozstać z boleścią. Tak jest — z boleścią! Nawykliśmy do niej przywiązaliśmy się, służyliśmy jej za rodziców — sądziliśmy wreszcie, że z tej pensyi wyjdzie za mąż... i że ja...
Tu chustkę do oczów przyłożyła gospodyni, a Filipowicz okręciwszy się na pięcie (mimo że mu to było najsurowiej zakazanem) zawołał:
— Takie jest przeznaczenie człowieka! taka zapłata za poświęcenie!
Pomiarkował się po czasie, że ten wykrzyknik nie bardzo dobrze był przystosowany — ale — słowo się rzekło — nie odwołał go.
Mecenas chciał wstać, proszono go na kieliszek wina, a Profesor zaręczał, że było bardzo czyste, lekkie, wytrawne i zdrowe — Borusławski przepraszał ręcząc, że pod wieczór żadnego nie pije. Częstowano go tortem i tylko na limonadę dał się namówić.
Rozmowa nie szła, stękano tylko, Borusławski zbywał półsłowami. Po ciężkim przebytym kwadransie pozwolono mu wyjść nareszcie — w korytarzu jeszcze wybiegła go pożegnać panna Tekla i zmęczony stary wydobył się pot ocierając ze skroni w ulicę...
Emil zmiarkowawszy, że na pensyę już przychodzić nie ma po co, niechcąc się narażać Filipowiczowi, pożegnał go grzecznym listem, i już się nie pokazał. Marysi, na którą patrzano kuso, dozwolono pozostać „ze względów administracyjnych“ ale i panna Eufrozyna i jej pomocnica, obchodziły się z nią z surowością, która dawała do zrozumienia, że przeciw niej miano coś, z czem się tylko objawić nie chciano.
Nawykła do wszystkiego dziewczyna, którą sadzano na ostatniem miejscu, egzaminowano najsurowiej, pędzano nielitościwie, zniosła to z cierpliwością i pokorą pozorną. Pannę Eufrozynę gniewało to najmocniej, że jej do niecierpliwości doprowadzić nie mogła. Pozwalała sobie wiele a bez skutku.
Marysia sama nie chcąc pożegnać pensyi, póki na niej była Tekla, była na wszystko przygotowana. Nauki się kończyły, mogła egzamin zdać gdziekolwiek. Przyjaciołka zaręczyła jej, że jej nie opuści.
Do niedzieli nie zaszło tu nic nowego. Emil przez karteczkę którą odebrał za pośrednictwem Marysi, wiedział o wszystkiem i panna Tekla była uwiadomioną, iż mu kazano być na sumie u Dominikanów.
Chociaż kościół był bardzo oddalony od pensyi, państwo Filipowiczowie od początku pobytu Tekli u nich, zobowiązali się też co dwa tygodnie, posyłać ją na nabożeństwo do tego kościoła. Tylko nieoznaczono żadnej godziny.
W niedzielę właśnie przypadała bytność sieroty u Dominikanów. Borusławski składał fundusz odpowiedni do najęcia dorożki, i zwykle korzystała z tego panna Eufrozyna, lub nawet sama pani, aby się przejechać. W sobotę umawiano się kto miał sierocie towarzyszyć, ale tego dnia, jakby zapomniano o tem, nie było wcale mowy.
Panna Tekla, której szło o bytność właśnie w tę niedzielę, sama się udała do pani z Villamarinich, zapytując ją z kim pojedzie.
Jakkolwiek słodka i dobrotliwa, pani — zaczynała być dla — niewdzięcznej coraz chłodniejszą.
— Ale czyż to jutro wypada ta niedziela? zapytała.
— Tak jest — i mój opiekun, Mecenas, przypominał mi to... odezwała się Tekla.
Nic nie było do odpowiedzenia, musiała się tylko namyślić naczelniczka i postanowiła — pojechać sama.
Tekla dowiedziawszy się o tem, natychmiast pożegnała ją i wyszła.
Nazajutrz dzień był pogodny, chociaż chmury biegały po niebie.
Nim zadzwoniono na sumę, pan Emil zjawił się u Mecenasa, i czekał dopóki się on nie wybierze.
— Mam panu powinszować? rzekł na wstępie.
Drażak się zaczerwienił.
— A! panie! czyby już dla mnie co pomyślnego zaszło?
— A! pan myślisz w sprawie serca? odparł Mecenas — ale nie! Nie. Pan przecież wiedzieć musisz, że go awansowano.
— Mnie? krzyknął Emil — mnie? Ale to nie może być? Ja nie miałem najmniejszej nadziei.
Mecenas podał mu Dziennik Urzędowy i Emil, ze zdumieniem wyczytał, że został mianowany o stopień wyżej, i że to pensyę jego też o przeszło tysiąc złotych podnosiło. Zdziwienie było tem większe, iż nie miał wcale protekcyi, znajomości mu brakło, a obok stała młodzież silne plecy mająca za sobą. Stał więc zdumiony tak i milczący!... przed uśmiechającym się Mecenasem i mogło mu mimowolnie przyjść na myśl to co i drugim; że panna Tekla bardzo świetnych, w górze się gdzieś ukrywających protektorów mieć musiała. Czemu innemu bowiem jak tym stosunkom, swojego awansu przypisać nie mógł.
— Proszę pana — odezwał się Mecenas — dziwny skład okoliczności — gdzieby się to stało nieco później, ludzie w domysły płodni, zaraz by to przypisali wpływowi jakiejś wysokiej koligacyi mojej pupili... a...
— Ale ja także, gotów byłbym to pomyśleć — rzekł Emil — bo nie mogę pojąć zkąd to przyszło!
— Zkąd? odezwał się Mecenas — oto ztąd, że pan jesteś pracowity, zacny, cichy i niechciwy gwałtownego awansu — co panu wszyscy przyznają. Zasługa zawsze jest w końcu ocenioną.
Co się zaś tyczy owych wysokich stosunków mojej pupili, panny Tekli — ja panu mówię, że onych nie trzeba roić... ani rachować na nie.
— Nigdy też one u mnie nie wchodziły w żadną rachubę — rzekł Emil.
— Teraz, idźmy do kościoła — odezwał się Mecenas grube nakładając rękawiczki i biorąc parasol bez którego w najpiękniejszy dzień nie zwykł się był ruszać o dwa kroki z domu. Utrzymywał bowiem, że najlepszem zabezpieczeniem pogody, jest noszenie parasola, i że deszcz się go tak boi, iż zobaczywszy nie pada nigdy.
— Ostrzegam, dodał zbliżając się ku schodkom Mecenas, że ubogich przed kościołem dosyć. Ja mam zwyczaj wcześnie kilka groszaków przygotować, bo jużciż biedactwu dać potrzeba.
— Ja także w moim skromnym budżecie — odpowiedział Emil — mam zapisaną jałmużnę, choć niewielką, a że dziś otrzymuję wiadomość o awansie chcę być szczodrym, aby i ubodzy się ucieszyli.
— Szczodrym, ale nie nad miarę — dorzucił Mecenas — dać trzeba — a no — wedle stawu grobla, skromnie.
Emil dobywał już z kieszeni... trzy dziesiątki i kilka trojaków, gdy wchodzili na wschodki. Tu, jak zwykle wrzawa była i ścisk wielki. Szli powoli, a ubodzy im krzyczeli nad uszami:
— Grosik ubogiemu — paneczku! Za duszyczki zmarłe! Do Świętego Antoniego! Do Matki Boskiej Bolesnej... Ubogi... kaleka...
Z wesołą twarzą Emil rozdawał swoje dziesiątki i trzygroszniaki dokoła. Dostało się i owemu strasznemu na czółenkach beznogiemu i babce, która jeszcze głośniej niż on krzyczała.
— Do opatrzności Boskiej... Do świętego Dominika!
Tymczasem z Mecenasem w progu witali się mieszczanie... a że tłum był wielki, obawiając się zapewne zgubić pana Emila, Borusławski wziął go pod rękę i trzymał. Zagadali się zaś tak zapamiętale z właścicielem kamienicy z ulicy Freta, że już oddawna mogliby się byli dostać do kościoła, gdyby nie to. Emil mu dopiero przypomniał, że czas na sumę. Borusławski się opamiętał... pożegnał mieszczanina i weszli.
Ale — dziwna znowu rzecz — Mecenas stanął ze swym towarzyszem w takim ciemnym kącie, że ich tam nikt prawie zobaczyć nie mógł. Zdala Emil dostrzegł do pierwszych ławek dobijającą się środkiem głównej nawy, panią z Villamarinich i Teklę.
Instynktem jakimś wiedziona, panna zwróciła głowę, spojrzała, dostrzegła Emila i uśmiechnęła się zarumieniona jemu i opiekunowi.
Nabożeństwo przeszło trybem zwyczajnym, Emil chociaż mniej więcej domyślać się mógł, iż go tu na pokaz przywiedziono, stał spokojny. Myślał tylko o tem dziwnem zaprawdę szczęściu jakie go spotkało dnia tego... o tym niepojętym zaprawdę awansie.
Choć niewiele on dawał, zawsze jednak zbliżał cokolwiek tę chwilę, gdy choć skromny byt będzie mógł ofiarować Tekli. Z wdzięcznością modliła się dusza jego Opatrzności, która sprawia cuda... czuł się rozrzewnionym, szczęśliwym prawie. Ufał przyszłości.
Po odśpiewaniu Święty Boże — zaczęto wychodzić z kościoła, i Mecenas tak się urządził, wraz z Drażakiem, aby się u wyjścia spotkali z panną Teklą, którą życzył sobie pozdrowić. Stało się też tak właśnie, i Borusławski poszedł ku pani z Villamarinich, a Emil z tyłu za nią idący, mógł przywitać zarumienioną panienkę. W progu kościoła podali sobie ręce... a w oczach obojgu jaśniało jakby przeczucie lepszej szczęśliwszej przyszłości.
Mecenas zabawiał, jakby naumyślnie swą panią, że Emil mógł swobodnie zamienić kilka słów z sierotą, a że do koła krzyczeli ubodzy i wyciągali ku nim ręce, i on — i Tekla dobyli co mieli, aby sami szczęśliwi w tej chwili — i drugim przynieść pociechę.
Drażak już drugą dziesiątkę dawał temu okropnemu dziadowi na czołenkach, gdy ten zawrócił oczy na niego i Teklę z dziwnym uśmiechem, począł wołać:
— Niech państwa oboje... Pan Bóg błogosławi niech Pan Bóg błogosławi, żeście litościwi nad ubogim kaleką!
Byłato jakby przepowiednia, którą Tekla posłyszawszy tak się zarumieniła, iż woalik na twarz musiała zarzucić — a żebrak wołał ciągle.
— Niech wam Bóg obojgu błogosławi na majątku, na dziatkach... i na wszystkiem.
Jawna była rzecz, że dziad ich, idących tak obok siebie, wziął za młode małżeństwo. Borusławski, który idąc posłyszał to z uśmiechem się obrócił do dziada, a potem ku pannie Tekli. Ale ona nie widziała nic, bo się strasznie zmieszała i zawstydziła.
Przeprowadziwszy panią z Villamarinich do dorożki, Mecenas pożegnał też Emila, który jak upojony powoli ulicą pociągnął ku domowi... Był to najszczęśliwszy dzień jego życia.
W restauracyi pana Rzepczaka, we dnie świąteczne i niedzielne, dawnym obyczajem, stół był zawsze trochę wykwintniejszy, i dawano jakąś przystawkę, przysmaczek... smażone rydzyki, śledzia pocztowego (extra), trochę sardynek, lub rodzaj deseru... choć deser w naszym kraju nie nabył jeszcze praw obywatelstwa. Oprócz tego bielizna w niedzielę bywała świeża i czuć ją jeszcze było tem mydłem od praczki... które poświadcza wymownie, iż przeszła operacyę oczyszczającą. Trafiało się serwetom gości, że je szkaradnie plamiono i że około czwartku podobne były do map, jakich krajów fantastycznych. Rzepczak stał przy zasadzie, żeby nie zmieniano bielizny aż rano w niedzielę. Czasami umywano w ten dzień okna, co u nas też przypada rzadko i nie liczy się do konieczności.
I tego dnia było dziwnie świeżo, a Basia nawet na starym stoliku, w starej musztardniczce postawiła bukiet skromny.
Wchodzący profesor Dygalski przyjemnie był tem zdziwiony, a mały Hustakiewicz nieomieszkał tego przypisać względom dla młodzieży panny Barbary, czego się ona zresztą nie zapierała.
Basia też tego dnia w świeżej sukience, z kwiatkiem we włosach, rumiana, wesoła, śpiewająca — ochoczo się uwijała, rozkładając żelazne grabki i otłuczone talerze. Zapowiadała wszystkim wchodzącym, że była — zupa rakowa.
Pan Rzepczak, który świeżo wrócił z kościoła od Ś-go Krzyża, kręcił się zacierając ręce, i zaglądając to do szyneczku, w którym był hałas wielki, to do restauracyi o której piękną fizyognomię mu chodziło.
Pierwsi przybyli mieli zabrać swe miejsca, gdy — co się nadzwyczaj rzadko przytrafiało — ukazała się przechodząca przez pokój, właśnie wracająca z kościoła też, panna Maryanna.
Hustakiewicz i Dygalski wstali witając ją. Panienka, acz nie uderzająca pięknością wcale, szykowna była i zręczna, wiele życia miała w twarzyczce i zajmowała starych kawalerów, szczególniej wyrazem mówiących bardzo oczek, iskrzących co żywo.
Chciała się tylko przysunąć, popatrzywszy po gościach, jakby kogo oczyma szukała, gdy Hustakiewicz ją zaczepił.
— Panna Maryanna — zawołał — nie raczy nam nawet okazać swojego oblicza... a nam by nieraz jej wejrzenie samo głód zaspokoiło. Jak Boga mego kocham.
Maryś się rozśmiała.
— E, stary bałamut z pana Radzcy — rzekła, tak to się mówi! a moje biedne oczy nawet się na deser nie zdały... Tyle one w życiu się napłakały!
— I dla tego obmyte temi drogiemi łzami, świecą, jak dyamenty! zawołał Radzca śmiejąc się.
— A! śliczny komplement! szepnął Rzepczak stojący za panną — choć dygnij na niego.
Marysia z przesadzoną powagą, ująwszy w ręce z obu stron sukienkę — dygnęła... co Basię, rozkładającą widelce, pobudziło do suchego śmiechu, iż sobie usta tłustą ręką zatkać musiała.
— Marysia państwu dodała dobrego humoru, zawołał Rzepczak, a ja mam honor oznajmić, że dziś, niedzielę święcim zupą rakową i kurczętami — faszerowanemi!
Pocałował się w stulone palce.
— A to w samą porę — bo dziś solenizujemy tu jednego z naszych towarzyszów.
— Kogo? pana Emila Drażaka — rzekł Radzca, poczciwego chłopca.
Maryś, która miała odchodzić — zatrzymała się.
— Cóż to? imieniny jego? zapytała.
— Lepiej niż to — dodał Hustakiewicz... Awansowano go niespodzianie, i półtora tysiąca złotych pensyi — mówiono mi — będzie miał więcej. Chłopak ma szczęście.
Maryś się zczerwieniła, oczy jej błysnęły.
— A! to dobra nowina! zawołała uśmiechając się.
— Musi nam butelczynę postawić — rzekł Dygalski.
— Osobliwsza rzecz — wtrącił Radzca — nikt tego nie rozumie, jak się to stać mogło. Chłopiec ubogi, bez protekcyi, a miał współzawodników do awansu bardzo pilnie popieranych. Ręczę, że się ani spodziewał... ale — że zasłużył na to... to zasłużył.
Maryś uciekła do swego pokoiku. Zdawało się jej, że ona rozumiała ten awans... widziała w tem tajemniczy wpływ tych co się losem Tekli zajmowali.
— Panie Rzepczak — dodał Dygalski, obmyśl nam zawczasu co dobrego... abyśmy wypili za zdrowie Drażaka.
— A cóż? — odezwał się gospodarz — ja w te sam-pańskie nie wierzę, to francuzkie pomyje, z pozwoleniem, tylko sobie ludzie imaginują, że to się z wina robi, — ono wina nie widziało — sam-pańskiego nie dam — ale węgrzynka butelczynę — ut, szyk.
Znowu tedy swym obyczajem — pocałował się w palce.
Przed oknami właśnie ukazał się spiesznie dążący do restauracyi Drażak. Goście powstali z za stołów i z serwetami w ręku, na środek wyszedłszy, gdy na progu zobaczyli, zawołali:
— Vivat! winszujemy!
Emil czerwony był i wzruszony... rzucił się dziękować. Winszowali mu wszyscy i Rzepczak i Basia... a nawet Maryś wyleciała ze swego pokoiku, przybiegła, podała rękę i uciekła.
Ojciec ją śledził oczyma — a był znawca niepośledni niewieściego serca i pomyślał:
— Niech ona sobie gada co chce... on się tam w inszej kocha... to może być — ale ona w nim rozkochana... bestya — to przysięgnę!
Gniewało go to i poszedł coś robić w szafie... bo mu się twarz schmurzyła — nie chciał jej pokazywać.
Tymczasem Emil dziękował jeszcze.
— Gdyby nie przypadek żem dziś zaszedł do mecenasa Borusławskiego, odezwał się — daję panom słowo honoru że niewiedziałbym o moim awansie, tak się go mało spodziewałem.
— E! rzekł Radzca — dzieją się cuda, że zasługa czasem nagrodzoną bywa — a no — w tem wszystkiem jest przecie jakaś zagadka.
— Tak! tak! i dla mnie to jest zagadką — dodał Emil. Jednej się rzeczy lękam jeszcze, aby to nie była omyłka druku.
Dygasiński się rozśmiał.
— Omyłka nie jest — za to ja ręczę — rzekł Hustakiewicz — w ulicy spotkałem pańskiego naczelnika... potwierdził mi to.
— I cóż mówił? spytał Emil.
— Minę miał tak tajemniczo zamkniętą, a dającą się domyślać nie wiem czego, żem go nie dopytywał aby mu nie odjąć satysfakcyi noszenia się z sekretem.
Był to dzień rzeczywiście szczęśliwy, zupa rakowa udała się przedziwnie, choć suma raków użytych do stworzenia jej była stosunkowo oszczędną. Kurczęta tylko trochą były spalone, a węgrzyn okazał się doskonały. Śmierdział myszą jak należy. W restauracyi panował humor najlepszy i obiad przeciągnął się dłużej niż zwykle.
Wysączono jeszcze jedną butelczynę, do której i pan Rzepczak był proszony, temu jednak brwi się marszczyły, wzdychał — stało mu na myśli że ta Maryś tak się w nim kochała.
Już pod wieczór po kawie rozeszli się wszyscy.
Na pensyi też u państwa Filipowiczów, przyniesiona wiadomość, przez profesora o awansie młodzieńca, uczyniła ogromne wrażenie.
Tu, gdy Rabsztyńskiego odprawiono, zaczynało się wyrabiać przekonanie, że też nie koniecznie tam „tak wielkie rzeczy... stoją za panną Teklą.“
— Bo to tak się zdaje zaraz. Imaginacyą sobie uczyniono! księżniczka! nie wiedzieć co! a może się okazać, kto wie jakie pochodzenie, dodawszy do tego, że gdyby rodzice byli... ślubni — to by się taić nie potrzebowali.
Panna Eufrozyna zawsze gdy o tem była mowa dodawała erudycyjną wiadomość, że jeśli rodzice królewskiej były krwi... a mniej ślubni (wyrażała się tak skromnie) dzieci mogły mieć tytuł książęcy nawet. Dowodziła to Ludwikiem XIV.
Po książętach szli hrabiowie, dalej baronowie i... aż do prostych szlachciców, których potomstwo w takim razie, szło w świat bez żadnej kwalifikacyi.
Na co Filipowicz odpowiadał, że tak bywało niegdyś, ale że dziś prawa istniały cale inne.
Zachwiane więc było pochodzenie książęce panny Tekli, gdy Filipowicz z włosami rozrzuconemi wpadł powracając z miasta.
— Wiecie, państwo, rzekł (panny Tekli nie było). Wiecie państwo?? Obracał się dokoła, powtarzając ciągle — wiecie państwo?
— Nudny bo jesteś! zawołała żona — sroka czy co? Wiecie państwo? Cóż mamy wiedzieć?
— A jest co wiedzieć! w ulicy spotykam — jak się zowie — tego... Dyrektora wydziału z komisyi sprawiedliwości. Ekstra miły człowiek, do rany przyłożyć. Ile razy spotyka się ze mną, kłania się, wita za rękę ściska. Ekstra miły człowiek. Piękny jeszcze mężczyzna, łysy trochę... jak się zowie...
Otóż, spotykamy się naprzeciw Krupeckiego... Uściskał mnie, wiesz asindziej, od wczora — rzekł — chodzę obałamucony, małą rzeczą w istocie, ale dającą do myślenia. Mamy w komisyi młodego urzędnika bardzo, bardzo zacnego, porządnego chłopaka pracowitego... ale, przed nim też są inni... też chłopcy... no! i z plecami!... Nagle wczoraj omijając innych jego zaawansowano. W głowę zachodzę...
— Otóż, wiecie państwo kto jest ten awansowany? pan Emil Drażak! Paan-Ee-mil-Draa-żaak! powtórzył Filipowicz, i ukłonił się.
Wszyscy po sobie spojrzeli.
— A wiecie państwo co to znaczy? dodał — hę? jak się zowie — co myślicie... Tajemniczy!... z góry...
I palcem wskazał w stronę pokoju panny Tekli.
— Ale czyż to pewno? spytała pani z Villamarinich.
Filipowicz który się był już uzbroił, dobył z kieszeni papier drukowany i położył go przed żoną.
Panna Eufrozyna pobiegła zajrzeć. Dało to wszystkim do myślenia.
— A po cóżeś go tak odprawił ni w pięć ni w dziewięć — odezwała się żona.
— Ja! ani w pięć ani w dziewięć go nie odprawiałem, zawołał profesor — byłem oburzony, ale ja — nim co uczynię, wprzódy się mityguję, reflektuję, ważę i rachuję... zwlokłem więc — a on mi sam przysłał dymisyę.
— To lepiej — rzekła gospodyni — nie można wiedzieć jak daleko zajdzie... nie trzeba sobie robić nieprzyjaciół.
Dawano właśnie do stołu i na tem się skończyła.
Parę dni upłynęło. Emil powracał z biura do domu, gdy mu stróż w bramie oddał list. Na szarym papierze od ręki ostrzyżonym more antiquo... stało.

Wielmożny Panie Dobrodzieju.

Jeżeli mu godzina ta jest dogodną, prosiłbym go na rozmowę, dla zakomunikowania mu wiadomości w interesie mi powierzonym, jutro, dnia... mca... we czwartek o godzinie dwunastej w południe.
Miło mi zostawać z prawdziwym szacunkiem.
W. Pana dobrodzieja
sługą najniższym
N. Borusławski.

Z niecierpliwością oczekiwał godziny dwunastej, nazajutrz pan Emil, i nim wybiła, był już w przedpokoju Mecenasa. Regularny jak zegar, stary prawnik otworzył drzwi i poprosił go.
Usiedli na kanapie.
— Polecono mi oznajmić panu iż powzięte o nim informacye — odezwał się Mecenas — jak najpochlebniej świadczą. Przeciwko wydaniu za pana panny Tekli Sierocińskiej nie mamy nic do zarzucenia. Jesteś pan przyjęty przez nią i możesz się uważać za narzeczonego.
Tu odetchnął Mecenas i potarł czoło.
— Wiem o tem — ciągnął dalej, broniąc się dziękującemu Emilowi — wiem o tem, że przesadzone nader chodzą wieści o prawdopodobnym majątku przyszłym panny Tekli. Ludzie czynią wnioski z tajemnicy, którą jej pochodzenie jest okryte — i przypuszczają coś nadzwyczajnego. Majątek panny Tekli dla której wychowania nie żałowano nic — będzie bardzo niewielki. Pan masz teraz około trzech tysięcy pensyi.
— Przeszło trzy — poprawił Emil.
— Panna Tekla rocznie trzy tysiące mieć będzie. Jest li to dostatecznem?
— Mnie się zdaje — zawołał Drażak. Zresztą, żadnej pracy nie odrzucam, będę jej szukał. Nie nawykłem do zbytków.
— Panna trochę — rozpieszczona — szepnął Borusławski — nie boisz się pan tego?
— Nie — odparł Emil — bo ja sam się nie pieszczę, zatem mogę ją otoczyć czem tylko zapragnie nawet nie czyniąc z siebie ofiary... Kocham ją, szanuję, wielbię...
— Dobrze — ślicznie — uderzając po kolanie ozwał się Mecenas. Mówmy teraz o ślubie — o przygotowaniach.
— W tem wszystkiem ja się zdaję na pannę Teklę i na pana. Dzisiejsze moje mieszkanie jest nędznem kawalerskiem schronieniem. Około rogatek Jerozolimskich napatrzyłem domek do najęcia o który się natychmiast umówię i postaram go umeblować.
— Czekaj pan... odezwał się Borusławski — na umeblowanie panu będzie ciężko — czekaj. Weźmiesz meble na kredyt — drogo i liche. Ja ich dostarczę, mam polecenie, skromne ale nie brzydkie i trwałe. Fortepian panna ma... Długów na Boga nie rób...
— Nie mam ich — ale gdyby...
— Żadnych — gdyby — bo nie trzeba.
Z nadzwyczajną troskliwością, najmniejszego nie zapominając szczegółu, Mecenas rozmówił się stanowczo z Drażakiem.
— Przygotowania wymagają trochę czasu — dodał w końcu — na pensyi nie chce pozostać panna Tekla. Przyjedzie tu pewna staruszka... która jej będzie dodaną do towarzystwa. Weźmie zapewne i jedną przyjaciółkę swą z pensyi — ale — ja — proszę pana... z przyciskiem rzekł Borusławski, abyś zbyt często u narzeczonej nie bywał — szanować ją powinieneś.
Emil się zczerwienił.
— Panie Mecenasie — rzekł. — Ta przestroga była prawie zbyteczną — kocham ją bardzo, kocham pierwszą miłością młodzieńczą — ale dla tego że ją kocham... bądź pan pewny, nie dopuszczę nawet pozoru, któryby ją mógł kompromitować...
Na tem skończono rozmowę.
Mecenas prosił Emila aby do niego przyszedł jutro.
Wieczorem wybrał się na pensyę. Kieszeń boczną miał papierów pełną. Chociaż się go tu nie spodziewano — w salonie była lampa jedna i herbata miała się ku końcowi. Ostatnie filiżanki ledwie zafarbowanej wody ciepłej, własnoręcznie rozdawał administrator, gdy ujrzał Mecenasa w progu. Uderzyło go zaraz — oko miał bystre — wyładowanie kieszeni papierami... Usłyszawszy głos — wybiegła ze swojego pokoiku pupila.
Napróżno zapraszał do salonu Filipowicz. Pozwolisz — rzekł Borusławski, naprzód się rozmówić z panną Teklą, potem i my z sobą będziemy też mieli do pogadania — jeśli pozwolisz.
— A herbatki? za rękę chwytając dodał administrator — świeżutkiej zrobię.
Mecenas się skłonił i wszedł z pupilą do jej pokoju. Z oczów mu starała się wyczytać co przynosił ale w oczach poczciwego starego, gdy on nie chciał nikt na świecie nicby był nie przeczytał, oprócz zmęczenia nad papierami.
Usiadł przy stoliku, Tekla stała przed nim drżąca.
— Kochany opiekunie! wołała — serce mi bije.
— Niech się uspokoi — przynoszę mu dobrą nowinę, odezwał się Borusławski. Nie mamy nic przeciwko panu Emilowi.
Panna Tekla przyklękła, chcąc go pocałować, ale ja szybko usunął.
— Kiedy się chcesz wynieść z pensyi? spytał.
— A, drogi panie! dziś! jutro... w tej chwili...
— Powoli! na Boga miłego, powoli rozśmiał się stary — no — jutro — ściśle biorąc — pod wieczór będzie mieszkanie gotowe... Bardzo uprzejma staruszka pani Żywaczyńska, uproszona przeze mnie, będzie jej towarzyszyła, co nie przeszkadza byś panna z sobą wzięła swą towarzyszkę.
— Jak tylko się zbierzemy na skromną wyprawę — nic nie przeszkadza do ślubu. Mówiłem z panem Emilem. On też przygotuje wszystko.
— Ale — kochana panno Teklo — posłuchaj mnie — jam stary przyjaciel. Na wychowanie twe nie żałowano, nic to jednak nie dowodzi. Jeżeli ci się zdaje że będziesz bogatą, mylisz się! Mam polecenie zapewnić ci trzy tysiące rocznie, pan Emil ma trochę więcej — życie musi być bardzo skromne.
Spojrzał jej w oczy... oczy się te śmiały.
— Nigdym ja nie marzyła o niczem nadzwyczajnem — odezwała się — wszakże mówiliście mi zawsze że mam się sposobić do stanu nauczycielki. Marzono może koło mnie — jam się takim nadziejom broniła.
Płonęła jej twarz z radości.
— Jutro więc rzekła.
Ale wnet twarz jej okryła chmurą... oczy zaszły łzami.
— A będęż na ostatek, choć w tej godzinie co ma o życiu mojem i o szczęściu stanowić — wiedziała kto jestem... zobaczęż, dowiem się...? odezwała się cicho.
— Nie domagaj się tego, moja panno Teklo — odezwał się Mecenas — dla twojego własnego szczęścia to nie może być jeszcze teraz — nie może... Zostaw to przyszłości, wierz że w chwili gdy ci, co cię kochają, będą mogli cię o tem przekonać — to się stanie.
Tekla westchnęła.
— Wieczne ciemności — zawsze ta straszna tajemnica!
— Dla twojego szczęścia — panno Teklo kochana — rzekł Mecenas. Pragnąłbym twemu słusznemu życzeniu zadość uczynić — ale — Bóg widzi — jestem związany słowem — nie mogę.
I wnet zwracając rozmowę — Mecenas dobył papiery, potem z kieszeni podarki dla domowych i pieniądze. Tego wieczora wszystko być miało skończone.
Zdawało się z tego co przynosił z sobą, że wszyscy powinni byli być zaspokojeni.
— Chodźmy, rzekł — zdawszy część do rąk pupili — ja muszę kończyć rachunki i wracać do domu — i dać znać pani Żywaczyńskiej.
— A! panie — ale któż jest ta pani?
— Dobra, miła staruszka, która ma tylko poleconem, panience pomagać i do czasu drzwi przed panem Emilem zamykać.
Tekla się zarumieniła, Borusławski szedł z nią do salonu.
Tu już ich oczekiwano, herbata stała gotowa przykryta miseczką, którą sam administrator podniósł i podał filiżankę.
Sterczące papiery z kieszeni były przepowiednią jakiejść decyzyi stanowczej. Jakoż oświadczył Mecenas iż panna Tekla z żalem, jutro dom ich musi opuścić.
Stał się lament. Ściskano się w około serdecznie... ale, gdy Mecenas począł papierów dobywać, z jednej strony panna Tekla, z drugiej panna Eufrozyna pierzchnęły — bo rachunki nie znoszą dystrakcyi.
Jak przewidywać było można, Mecenas okazał się w chwili — sądu ostatecznego — bardzo przyzwoitym człowiekiem. Opłacał kwartał jeden tytułem gratyfikacyi — a oprócz tego różne drobne naddatki ofiarował. Pan Filipowicz, do którego, jak wiadomo, kasa nie należała, stał zdala, sama pani zagarnęła asygnaty i pokwitowała „z Villamarinich.“ W podpisie niknęła prawie Filipowicza. Przypomnienie tego tak powszedniego nazwiska, było jej nadzwyczaj przykre — ale administratora potrzebowała. To trudno — są w życiu konieczności smutne.
Po odebraniu pieniędzy wszyscy chórem zanucili pochwały charakteru, zdolności, cnót, przymiotów panny Tekli.
Pani z Villamarinich upewniała że nie będzie mogła przejść około pokoju, zajmowanego niegdyś przez jej wychowankę, nie uroniwszy łzy — Filipowicz unosił się nad jej muzykalnością, panna Eufrozyna nad kaligrafią... słowem... cudowna to była istota!
Pochwały te miały tem większe znaczenie, że panna Tekla jeszcze nie miała czasu rozdać pamiątek, które jej przyniósł Borusławski, pierścionka dla pani, wspaniałego portfelu z cyfrą dla profesora, zegareczek dla panny Eufrozyny i t. p.
Po oddaleniu się dopiero Mecenasa... gdy zaczęto ją odwiedzać z ubolewaniami — obdarzyła wszystkich i wprawiła w zachwycenie. Łzy, prawdziwe łzy popłynęły, ani się godzi wątpić, że je wycisnął żal po istocie dobrej, spokojnej, potulnej i przyjaznej. Sama panna Tekla, której było tak pilno wylecieć z pensyi, teraz, gdy się obejrzała po tym pokoiku, w którym tyle lat spokojnych przeżyła i przemarzyła — opuścić dom ten, gdzie jej ludzie sprzyjali i kochali ją — zapłakała i zatęskniła. Trwoga ogarnęła ją na chwilę — przyszłość, choć zdawała się jasną — któż wie co kryła w sobie. Tu tyle wspomnień dziecinnych mieszkało.






Nad wieczór dnia następnego dorożka wiozła pannę Teklę z Mecenasem i Marysią na Długą ulicę. Tu na pierwszem piętrze, czekało wesołe mieszkanko, a w progu jego małego wzrostu, z pomarszczoną twarzą wesołą, staruszka trzymająca pęk kluczów w ręku.
Pani Żywaczyńska, stara dobra znajoma Mecenasa, była ubogą wdową po prawniku, której Borusławski jak mógł dopomagał, bo mąż jej nic nie zostawił. Dzieci nie miała staruszka — obchodziła się małem, mieszkała zwykle na trzeciem piętrze w kamienicy, którą zajmował Borusławski, cerowała mu skarpetki przez wdzięczność i trzymała kanarki. Rzadki przymiot ją odznaczał, w największej biedzie była ze wszystkiego rada, wszystko umiała jak najlepiej tłomaczyć — całe życie była wesołą. Ze szczególnym talentem dopatrywała stron dobrych każdej rzeczy.
A usłużną była i miłą nad wyraz. Oprócz kanarków i skarpetek bawiły ją niezmiernie książki, „pasyami, jak mówiła, lubiła czytać“ nie będąc trudną w wyborze, na czem często kanarki i skarpetki cierpiały.
Gdy się jej książka niepodobała, staruszka, nie rzucając jej, bo musiała doczytać każdą sumiennie, po ostatniej kartce — ruszając ramionami — powtarzała tylko. Co też to ci ludzie nie piszą. Panie Jezu Chryste! Co też to tam w tych głowach!
W pokoikach przygotowanych na przyjęcie panny Tekli, wyświeżono było, wykadzono, a Żywaczyńska z uśmiechem czekała w progu — i — jakby od lat wielu znała sierotę, z czułością wielką, wchodzącą uściskała.
Kochała bo tak bardzo łatwo wszystkich w ogóle, że nie miała w tem nawet zasługi.
Mecenas, stara gosposia, dwie panienki, poszły zaraz oglądać mieszkanie całe, w którem nawet o kwiatkach nie zapomniano i o bukiecie na stole. Herbata była gotową. Brakło tylko jednego jeszcze gościa, który nie tylko miał pozwolenie przybycia, ale był nawet proszony.
Tym był — jak domyśleć się łatwo — pan Emil Drażak, przynoszący z wesołą i rozpromienioną twarzą jeszcze jeden bukiet. Przywitano go milcząco ale serdecznie, po twarzach wszystkich przytomnych poznać było można uczucia, jakich doznawali. Do radości mieszała się nieopisana jakaś obawa, znajdowali się w położeniu tak dla siebie nowem, tak niemal uroczystem, bo zwiastującem nową życia epokę, iż nawet Mecenas, chłodny zwykle, teraz widocznie był poruszony. Panna Tekla drżąca, miała na oczach łzy — Marysia chodziła pomieszana — jedna staruszka czuła się tembardziej w obowiązku rozweselenia swych gości i dodawania im otuchy. Ale jej szczebiotanie serdeczne, żadnego nie uczyniło wrażenia.
Pokazywała coś ciągle nowego o czem Mecenas pomyślał, co mogło pannie Tekli uczynić przyjemność a przydać się na nowe gospodarstwo.
Dla panny Marysi też był przysposobiony pokoik oddzielny, bo miała opuszczając dawną pensyę i zostając z przyjaciółką, zdać egzamina w innym instytucie, gdzie jej Mecenas przyrzekł być pomocą do uzyskania patentu.
Całe życie spędziwszy z obcemi i w gościnie, po raz pierwszy sierota znajdowała się jakby w domu własnym, u siebie i doznawała dziwnego uczucia. Czegoś jej w nim brakło — kogoś niedostawało! macierzyńskiego uścisku.... rodzicielskiej miłości. Mimowolnie przed oczyma jej stawali ci tajemniczy rodzice — ten jakiś nieznany ich dom — te niedoścignione skarby życia w kółku rodzinnem, którego nie znała. Oczy miała łez pełne. Drażak, który przy niej usiadł na kanapie, patrzał, odgadywał może co się w jej duszy działo, i starał rozerwać i pocieszyć.
Borusławski dał się na herbatę zaprosić, Żywaczyńska ku niemu głównie zwróciła całą swą pieczołowitość. Staruszka i przed nim chwaliła się swem dziełem... pięknym obrazkiem mieszkania, wdzięczną powierzchownością, jaką pokoikom nadała, błyszczącemi filiżankami i atłasową bielizną. Za wszystko to kazała Mecenasowi dziękować, który się coraz bardziej mieszał, ale w końcu w śmiech to musiał obrócić.
Gosposię posadzono na pierwszem miejscu, a obok niej Drażaka i Mecenasa, przy którym Żywaczyńska kazała usiąść Marysi. Po cichu wszystkim w uszy kładła staruszka aby starali się być weseli, bo łzy w oczach nie uszły jej wejrzenia. Mecenas posłuszny żartami usiłował ją rozruszać, ale z trudnością udawało mu się uśmiech wywołać, na strwożoną twarzyczkę sieroty i spoważniałe lice narzeczonego. Marysia też była zadumana.
Panna Tekla wstała wkrótce, prosząc staruszki aby się jej dała wyręczyć, zajmując herbatą i poprobować czy sobie radę dać potrafi. Zgodziła się na to Żywaczyńska, przeczuwszy że to najlepiej biedną gosposię rozerwać potrafi; Emil też wziął się do posługiwania i wyręczania służącej, a ten ruch jakoś lepiej poskutkował niż wszystko i trwoga, która ogarnęła ich w progu tego domu, zwolna się rozeszła.
Rzepczakówna niewielką była pomocą, bo i ona czuła się przejętą tem usposobieniem dziwnem, nie wytłomaczonem, którem ją Tekla zaraziła. Przytomnie szła jednak i więcej doświadczona, panna Marysia przezwyciężyła się łatwiej zmuszając do wesołości i wprost przypuściła szturm do Mecenasa.
— Niech się pan nie dziwuje Tekluni, odezwała się do niego, że tak jakoś z bojaźnią i na pół smutna przestąpiła próg tego domu. Myśmy obie wprost z pensyi, więc naturalnie trwożliwe i pierzchliwe.
— A pani także? odparł Mecenas. Marysia w oczy mu spojrzała ze śmiechem.
— No — ja — panie Mecenasie — ja znowu tak bardzo lada czem się nie trwożę — bom do wielu rzeczy nawykła... tylko ta Tekluni trwoga i pomieszanie — były zaraźliwe, ale — to przejdzie... Jam się wychowała w ubóstwie, a ono wiele uczy i oducza.
Borusławski patrzał na sąsiadkę z wielkiem zajęciem — co Żywaczyńska pochwyciwszy zdaleka pokiwała zaraz głową znacząco.
— Pani jesteś Warszawianką? odezwał się Mecenas mocno zdając się zainteresowany panną Marysią.
— Spodziewam się że nią jestem!! rozśmiało się dziewczę. Pierwsze moje lata spędziłam bawiąc się w rynsztoku na dziedzińcu. Nie taję się z tem, żem i dużo talerzy natłukła, nim mi się udało rozpocząć drzeć książki. Ojciec mój ubogi — długo latałam boso... dziś patrząc na przyzwoitą panienkę, sama sobie się wydziwić nie mogę, tak mi w teraźniejszości trudno poznać przeszłość moją.
— Tem chlubniej jeśli to pani winnaś sama sobie — odparł Mecenas.
Żywaczyńska stała za krzesłami, przysłuchując się rozmowie ciekawie.
— Sobie — to prawda, winnam trochę, ale daleko więcej poczciwemu ojcu, który mi pozwolił się uczyć — gdy mu daleko byłam potrzebniejszą do usługi, niż...
— A ojciec pani żyje? pytał Borusławski.
— Dzięki Bogu, żyw i zdrów, mówiło dziewczę.
Otwartością swą, swobodą i śmiałością, Marysia mocno zajęła starego Mecenasa — on też choć brzydki i niemłody, bardzo jej się podobał, miał w sobie coś sympatycznego. Siedzieli przy sobie i bawili się wyśmienicie wieczór cały, a Żywaczyńska ciche na tem czyniła komentarze.
Nie przeciągnęła się jednak długo herbata, bo Mecenas czuł potrzebę uwolnienia od siebie i gościa i młodej gospodyni — pożegnał ją a Emil uznał też przyzwoitem nie bawiąc dłużej, wyjść z nim razem.
Dwie przyjaciołki zostawszy same, rzuciły się sobie w objęcia, a Tekla, wracając do pierwszego usposobienia, rozpłakała się.
— Nigdym temu nie wierzyła, ażeby można płakać z radości — odezwała się Marysia — dziś dopiero przekonywam się że to możliwe i że wielkie szczęście ma też łzy swoje.
A po chwili — dodała:
— Czegoż ci braknie Tekluniu? masz wszystko czego tylko mogłaś zapragnąć — spełnia się to o czem marzyłaś — jesteś w progu szczęścia twojego z wybranym przez ciebie... czegóż płaczesz?
— Płaczę — a! płaczę — zawołała sierota, może sama nie wiem czego może pragnąć za nadto? Ale nigdy, nigdy jak dziś nie uczułam się sierotą, opuszczoną bez rodziny. Gdyby Bóg nie dał mi jej całkiem, nie wiem — możebym to łatwiej przecierpiała — ale czuć się tak odrzuconą, zapartą — dzieckiem bez imienia, do którego przyznać się nie chcą — nie śmieją — wstydzą — nad którem tylko czuwa miłosierdzie zdaleka... a miłość się zbliżyć nie śmie — a! Marysia — to okropne! to upokarzające...
Lękam się aby myśl ta kiedyś nie obudziła Emila — aby nie poczuł żem ja go nie była godną.
Tekla się rozpłakała, a przyjaciołka oburzyła.
— A! nie plećże niedorzeczności — zawołała — miałabym Emila za... nie powiem kogo — gdyby ciebie nie kochał, dla tego że mu się z herbów wywieść nie możesz!!
Rozmowa o tem i o wielu innych rzeczach przeciągnęła się do późna. Żywaczyńska także nie spała długo. Do słabostek staruszki należało swatanie: od pierwszej chwili, gdy zobaczyła Mecenasa żywo zajętego Marysią, przyszło jej na myśl ożenić go. Z tem marzeniem poszła do poduszki.
Nazajutrz, pamiętając na łzy Teklusi i zastanowiwszy się nad położeniem sieroty, którą znowu znalazła smutną, poczciwa staruszka na lekarstwa wynalazła mnóstwo roboty.
Okazało się do wyprawy przyszłej mnóstwo pokupowanych rzeczy, której jeszcze kobiecej ręki i pracy potrzebowały. Dwie panny zarzuciła gałgankami, a Marysię poczęła najzabawniej draźnić Mecenasem... Co pobudzało do serdecznego śmiechu.
Najulubieńszym przedmiotem rozmowy dla niej był zawsze Mecenas ten, dla którego miała rodzaj czci poszanowania, wyrażającego się największym entuzyazmem. Zdawało się jej że tę część cały świat winien mu był oddawać.
— Panna Tekla go zna dawno, mówiła, ale tak go jednak znać nie może jak ja, co od dawnych lat dzień w dzień na niego patrzę. Co to za serce, a co to za głowa! I że to — proszę panien — (tu spojrzała na Marysię znacząco) żadna kobieta nie była tak szczęśliwą ażeby mu się podobała.
Marysia poczęła się śmiać przypominając sobie rudą peruczkę i zwiędłą twarz.
Czego się panna Maryanna śmieje? przerwała Żywaczyńska — jaki mi Bóg miły — kobieta którą by on wziął za żonę, byłaby najszczęśliwszy w świecie.
— Ależ stary... i nie myśli się żenić! zawołała Tekla.
— Jaki stary! jaki stary! może i pięćdziesięciu lat nie ma — a co pięćdziesiąt lat dla mężczyzny. Wcale przyjemny... a na perukę tę tam nie ma co zważać. Zresztą co znaczy wiek, gdzie takie serce złote... a złote! O nim nikt nie wie w świecie co on dobrego czyni. Jego nawet żebracy wszyscy tu znają i lgną do niego — a on im wszystkim dopomaga.
Może panny widziały przed Dominikanami tego okropnego dziada na czółenkach, bez nóg... No — ktoby to drugi, pozwalał takiemu dziadowi do siebie chodzić i czasem całemi godzinami z sobą gadać a kawęczyć. Już ci tam taki dziad interesów mieć nie może, a Mecenas go bawi przez miłość bliźniego. Razem go się aż spytała, co pan Mecenas może mieć do czynienia z tym dziadem... a on mi na to (to są jego własne słowa). Daję mu jałmużnę kilku serdecznych wyrazów, o to trudniej jak o groszaka moja jejmość.
Takiemi opowiadaniami zabawiała panienki pani Żywaczyńska.
Umówionem było że pan Emil, zamiast nadal się stołować u Rzepczaka, miał na obiady do narzeczonej przychodzić, były to jego godziny wyznaczone. Wieczorami wolno mu tylko było z Mecenasem razem przychodzić, na herbatę, tak postanowił Borusławski.
Wprost z biura nazajutrz przybiegł Drażak na Długą ulicę. Staraniem Żywaczyńskiej, która się na kuchni nieźle znała, obiad był o lepsze walczyć mogący z Filipowiczowskim i restauracyjnym.
Pierwszy też raz panna Tekla, widząc krzątającą się po domu starą kobiecinę — postrzegła, że wielu rzeczy na pensyi się wyuczywszy, około domu wcale by sobie nie umiała dać rady.
Wyznała to otwarcie przed Żywaczyńską.
— A to się trzeba uczyć — odparła rękami poklaskując staruszka — bo jak się, moja dobrodziejko, na kucharki i sługi zechcesz spuszczać, to źle będzie i w woreczku i w domeczku.
Obie tedy dziewczęta od igiełki wzięły się do nauki gospodarstwa. Emil przyszedłszy któregoś dnia, zastał je z przypasanemi fartuszkami i w wybornym humorze. Tekla podała mu rękę, ukazując że ją zabrukała w kuchni, co pocałunkowi nie przeszkodziło, Marysia pobiegła się umyć.
Przy stole mowa była o gospodarstwie, a Żywaczyńska utrzymała ją na tym wielce prozaicznym przedmiocie.
Tego dnia, dopiero po kawie, narzeczeni na chwilę zostali w saloniku sami z sobą, podczas gdy Marysię staruszka w drugim pokoju, karmiła pochwałami Mecenasa.
Miłość tych dwojga młodych ludzi, nieco była dziwną. Bardzo mało dotąd bliżej się z sobą widywali. Patrzeli na siebie w początku, pisywali potem — spotykali rzadko, krótko — trwożnie, znali się więc i nie znali — a teraz, gdy mu wolno było i swobodnie myśli zamieniać, znajdowali w sobie nowe niemal istoty — z ideałów zmienione w rzeczywiste.
Oboje z ciekawością dziecięcą i obawą — badali siebie, lękając czegoś niespodzianego, coby obraz stworzony przez wyobraźnię, w sercu wypieszczony, zaćmiło.
Są jednak przeczucia wieszcze — a twarze mówią wiele. Ani Emil, ani Tekla nie znaleźli dotąd w sobie tej nuty dysharmonijnej, której się lękali. Owszem, Emil w niej widział, odkrywał co chwila niż mógł marzyć, ona też cudownie się z nim godziła w pojęciach o życiu.
Ubóstwo ich nie trwożyło, Drażak wielką miał ufność w pracy, Tekla ją podzielała z zapałem. Ze swej strony, gotową była do niej — nie wzdragała się żadnej.
Dnia tego serca się ich wylały.
— Wiesz pan — odezwała się Tekla, jak dziwne jest położenie moje. Mam opiekuna... mam kogoś co czuwa nade mną, a nie znam rodziców moich. Tajemnica czarna otaczała mnie od kolebki. Ludzie po za nią domyślali się czegoś nadzwyczaj świetnego, dla mnie ona była upokorzeniem i boleścią — wolałabym najpospolitszą prawdę niż więcej obiecującą niepewność i mroki.
Emil także nie miał rodziny, oprócz dalekich zobojętniałych krewnych — był więc równie prawie sierotą, a wszystkie czarne myśli swej narzeczonej, która do nich zbyt często powracała, starał się rozpędzić, dowodząc że we dwoje starczą sobie za świat i rodzinę.
Po obiedzie gdy Emil się do biura oddalił — nadszedł troskliwy Borusławski, niosąc jeszcze regestr rzeczy, które do wyprawy przybyć miały. W istocie może chciał zobaczyć co tu się działo, i czy pierwsze owe smutki i chmury się rozeszły.
Marysia powitała go w progu, jak starego, dobrego znajomego. Żywaczyńska nadbiegła z twarzą dosyć wesołą... Otoczono Borusławskiego staraniami, pieszczotami niemal, szczebiotaniem i śmiechem, zarzucono go pytaniami, a stary Mecenas ożywił się bardzo. Trudno mu nawet było zwrócić się do poważniejszych spraw, o których pomówić pragnął.
Przynosił wiadomości, że z ukończeniem kwartału, do ślubu wszystko będzie gotowem, i — wesele odbyć się może... Papiery, na które, jak mówił, dotąd oczekiwano — niezawodnie już przybyć miały. Cały plan nawet skromnego wesela był ułożony zawczasu.
— Ponieważ to parafia Dominikanów, wtrącił Mecenas, ślub się odbędzie w ich kościele...
Uderzyło Teklę, że ten kościół zawsze w jej życiu, tak ważną odgrywał rolę — nic jednak nie odpowiedziała — z kościoła prosto, mieli państwo młodzi udać się do nowego pomieszkania, które Drażak już najął zawczasu.
Za świadków postanowiono prosić państwa Filipowiczów, a Emil ze swej strony, nie mając nikogo bliższego, miał wezwać Radzcę Hustakiewicza i profesora Dygalskiego. Drużką jedną miała być naturalnie Marysia, drugą z pensyi także przyjaciołka...
Gdy sami zostali, Borusławski dodał po namyśle:
— Niech się panna Tekla nie dziwi gdy jej objawię trochę dziwaczne życzenie osoby — która ma prawo wymagać od niej pewnej powolności... za to wszystko co czyniła i czyni.
— Zrobię, co mi tylko każecie... szybko odparła Tekla.
— Choćby to było i trochę niemiłem do spełnienia? spytał Borusławski.
— Ale mów pan, proszę — spełnię rozkaz z obowiązku jakikolwiek on będzie.
— Oto, życzę sobie — odezwał się Mecenas — abyś panna Tekla do ślubu szła pieszo. Nie jest to daleko do kościoła, a, kazano mi ją prosić, abyś, po drodze, wedle starego polskiego obyczaju, prosiła wszystkie osoby jakie tylko spotkasz, o błogosławieństwo... nie wyjmując nikogo...
Nikogo, powtórzył Mecenas z przyciskiem.
— Ale, w ulicy, panie Mecenasie — odezwała się Tekla — czyż to będzie możliwem, czy się nie stanie śmiesznem? Niepodobna zatrzymywać.
— Za pozwoleniem — rzekł Mecenas zwolna — od pani się więcej nie wymaga nad to co możliwe. Nie zatrzymamy po drodze dorożki, ani ekwipaża, ale przechodnie, ci co się nastręczą, a tych pani bez wyjątku wszystkich będziesz prosić o błogosławieństwo.
I znowu powtórzył dobitnie.
— Wszystkich, bez wyjątku.
— Spełnię co mi każecie — odezwała się Tekla — lecz, naturalnie — pan Emil o tem musi wiedzieć.
— A dla czegóż nie? zapewne — odezwał się Mecenas.
Tłomaczyć sobie życzenie objawione pannie Tekli można było i starym zwyczajem i ważnością jaką zwykle przywiązują do błogosławieństwa — niemniej jednak wykonanie zdawało się drażliwem i trudnem.
Nazajutrz dowiedział się o tem pan Emil — ale, nie miał nic przeciw staremu obyczajowi! Marysia, przed którą też przyjaciołka nie czyniła tajemnic — zadumała się długo.
Mów ty sobie co chcesz, odezwała się przebiegła dziewczyna — a ja w tem widzę coś więcej, niż zachowanie starego zwyczaju... Oto — ja nie wiem — rodzice, ojciec czy matka — bo nie wiem kogo masz — nie mogąc pobłogosławić jawnie zapewne użyli tego środka, aby ci dać błogosławieństwo, nie zdradzając się. Ten twój „ktoś“ stanie na drodze, a ty przed nim głowę uchylić będziesz musiała.
Myśl ta, bardzo trafna, uderzyła Teklę, wydała się jej cudowną.
Odtąd dzień wesela, stał się dla niej pożądańszym jeszcze. Obiecywała sobie zwracać uwagę najpilniejszą na osoby spotkane, a serce dziecięce — wskazać jej miało rodziców ojca — i matkę.
W kilka dni po tem z tą myślą Marysi, panna Tekla odkryła się Mecenasowi, który bystro spojrzał zdziwiony na Rzepczakównę, głową potrząsł i rzekł jakoś zakłopotany.
— Nie wiem. Może być. Ja nie wiem nic.
Spojrzenie rzucone na Marysię, było jakby wymówką, że się z tem wypaplała. Ale Maryś, starego Mecenasa, z którym się zupełnie oswoiła, wcale się już nie lękała.
— Widzi pan Mecenas, rzekła mu pocichu, że ja nie jestem tak głupią dzieweczką, jak się panu zdawało.
— Ale mnie się to nigdy nie zdawało — odparł Borusławski — przeciwnie, byłem zawsze przekonanym żeś pani aż nadto rozumną, i, gdybyś nie miała dobrego serca, tobym się panny Rzepczakównej obawiał.
— A zkądże pan Mecenas wie, że ja mam dobre serce? zapytała nieulękniona Marysia.
— To jej z oczów widać — rzekł Mecenas — a jam stary — i — znam się na tem.
— Jeżeli pan tak wszystko zgadujesz, zawołała dziewczyna, toś powinien wiedzieć, że ja też o pańskiem sercu trzymam wysoko — i — okrutnie pana szanuję, nawet — kocham.
Mecenas aż się porwał aby ją za to w ręce pocałować, ale Marysia uciekła. Siadł poprawiając perukę.
— Gdyby człowiek nie był tak stary — rzekł — to, ot taka dzierlatka, szczebiotaniem by mu gotowa głowę zawrócić.
Żywaczyńska, przytomna temu epizodowi, była najszczęśliwszą. Nadzwyczaj jej to było na rękę do jej tajemnych planów, ożenienie Mecenasa.
Była najpewniejszą, że ubogiej Marysi i osamotnionemu prawnikowi zarówno szczęście przyniesie.
Błyskawicą schodził czas do wesela; zbliżały się dni jesienne. Emil wyświeżał swoje mieszkanie, Żywaczyńska ze szwaczkami i Marysią, kończyła skromną ale bardzo obfitą wyprawę. Mecenas przychodził się dowiadywać, nawet częściej niż było potrzeba.
Kilka razy maleńki prezencik przynosząc Tekli podobnym obdarzał Marysię. Osobliwszy stosunek zawiązał się między nim, a tą, jak nazywał, dzierlatką. Dziewczyna go zupełnie zawojowała i podbiła.
Ciągle się sam z siebie śmiejąc, bukieciki przynosił, czasem ręce całował, choć były duże i różowe. Żywaczyńska zaś z obu stron, jak mogła, ognia podkładała.
Jednego dnia, żartując z Marysią, odezwała się do niej.
— A panna byś poszła za niego?
Rzepczakówna z wesołej stała się nagle smutną, zamyśliła się, łzy jej wytrysły z powiek.
— Moja pani, rzekła, jak to się można pytać o takie rzeczy? Ja się kocham w kimś... za tego wyjść nie mogę... biedna sierota, wolałabym pójść za tego kogo szanuję, niż zostać starem panniskiem... Czemuż nie? Ale gdzież to mówić o tem!
Żywaczyńska nie miała nic pilniejszego, jak tego dnia w przedpokoju na ucho powtórzyć to, nieco upiększywszy Mecenasowi, który — aż odskoczył.
— A nie kuś że mnie, niegodziwa starucho — zawołał — a odczep że się ty ode mnie z Marysiami swojemi. Chcesz mnie wystawić na pośmiewisko czy co?
Dziewczyna młoda, jak ogień, a ja stare próchno. Czyś oszalała!
I czapkę nałożywszy wybiegł z pokoju.
Nazajutrz jednak zjawił się zamyślony bardzo. W czasie całych odwiedzin mówił mało, ale ciągle się z boku Marysi przypatrywał. Skinął potem na Żywaczyńską przy wychodnem i spytał ją po cichu, wywiodłszy do przedpokoju.
— Powtórz no mi asińdzka — co to tam ten trzpiot mówił żartem, bo to nie do wiary i sensu nie ma. Mnie to gniewa.
Stara mu powtórzyła dobitniej jeszcze.
— Tfu! nie wódź nas na pokuszenie — zawołał i prędko się wyniósł za drzwi.
Drugiego dnia chociaż przyrzekał być, nie przyszedł. Na trzeci dzień po bardzo poważnej rozmowie, znalazł się sam na sam u okna z Marysią.
— Na co to panna Maryanna niedorzeczności takie prawi — które po tem ta stara — ten oto pytel, wiatrak co wiecznie miele — lekkomyślnie powtarza.
— A cóżem ja takiego powiedziała? — spytała Maryś.
— Bałamuctwo — odparł Mecenas — Żywaczyńska powtarza — plecie, (a zresztą może i kłamie), że panna Maryanna oświadczyłaś jakoby, że za starego grzyba jak ja byś poszła... no — żartem naturalnie ale po co takie żarty.
— Żartem? nie — zupełnie seryo to mówiłam — odpowiedziała Marysia trochę zapłoniwszy się — ale waćpan byś popełnił niedorzeczność żeniąc się z dziewczyną ubogą, bez wychowania, córką restauratora, trzpiotem — który, choć może mieć niezłe serce — jak pan powiadasz — głowę ma przewróconą. Pięknie byś pan wyszedł! co do mnie, to by była nader świetna partya! fiu! fiu!!
Mecenas stał, poprawiając perukę, powoli ją zdjął całkiem, i z łysiuteńką głową, pokazawszy się, ukłonił i rozśmiał.
— Słowo panu daję, zawołała Marysia, że bez peruki daleko, daleko panu ładniej.
— Być to może, ale w peruce — rzekł Mecenas wkładając ją na powrót, daleko, daleko — cieplej. A kto w niej chodzić musi, ma prawie pół wieku za sobą — ten — moja panno Maryanno, nie zaleca się i nie żeni.
Ale to mówiąc, ujął Marysię za rękę — łzy miał w oczach.
— Bóg zapłać ci panno Maryanno, rzekł, za twą przyjaźń dla starego, będę ci za to do śmierci wdzięczen. Wierz mi...
Tu zamilkł i oczy spuścił.
— Jużcić — dodał cicho — pokusa wielka, nie przeczę — ożeniłbym się z waćpanną chętnie, ale sumienie trzeba mieć.
Chciał odejść, gdy Marysia go za rękę chwyciła.
— Chodźno pan, rzekła — chcę przed panem odbyć spowiedź powszechną. Ani peruki, ani łysiny się nie lękam — byleś się pan mnie nie przestraszył. Któż wie?
To mówiąc wzięła podaną rękę i poszła do gabinetu. Po drodze Marysia śmiejąc się odezwała do Tekli, iż ma naradę prawną z Mecenasem.
Dziwna rzecz, konferencya ta trwała przeszło godzinę, Marysia wyszła zapłakana a niezmiernie wesoła, Mecenas wzruszony, blady i — jakby zawstydzony, prowadził ją pod rękę.
Zbliżył się do panny Tekli i szepnął:
— Nie śmiejcie się ze mnie, proszę — wskazał na Marysię, której białe ząbki widać było — nie śmiejcie się przez litość! Moja narzeczona... panna Maryanna Rzepczakówna...
I — drapnął.
Żywaczyńska, która, odmawiając zdrowaśki na intencyę swego swatowstwa, stała pono za drzwiami — wbiegła, plaskając w ręce, i wprost rzuciła się na Marysię, która — niewiadomo czy z radości, czy ze wzruszenia — mocno płakać zaczęła.
Wypadek ten — zupełnie niespodziany, wszystkim szyki pomieszał. Rzepczakówna, niby szczęśliwa, chodziła ciągle dziwnie poruszona — nie swoja, naprzemiany się trzpiocząc i pogrążając w myślach... Mecenas niby odmłodniał — zapominał się, przysiadał przy narzeczonej, nosił prezenta kosztowniejsze coraz, a strasznie niesmaczne, bo gustu nie miał, przed Żywaczyńską zaś desperował i wymawiał jej, że go do tego kroku doprowadziła.
Słowem, nie mógł się jeszcze jakoś tak ze swojem nowem szczęściem oswoić, iż prosił naprzód aby pozostało tajemnicą dla wszystkich, a potem odłożył ślub na sześć miesięcy. Potrzebował, jak mówił, interesa uporządkować, w domu się urządzić i uwolniwszy od najpilniejszych spraw, z młodą żoną po zaślubinach zaraz wyjechać zagranicę. Zdawało mu się, że w ten sposób ludziom znikając z oczów, da się im wygadać, wyśmiać, a za powrotem mniej na szyderstwa będzie narażony.
Mecenas czuł to dobrze, iż małżeństwa tego rodzaju jak jego musiały żartownisiom dostarczać materyi do plotek i dowcipów — a jednak, ten jesienny uśmiech słońca — silniejszym był nad wszelkie rozumowania. Wiedział, że śmiesznym stanie, że może nawet zawodem przypłacić marzenie którego uległ urokowi — a jednak, oprzeć się nie mógł pokusie.
Łajał siebie pocichu, gniewał się, ale już nie cofał. Żeby zaś nie módz nawet cofnąć, nazajutrz zaraz poszedł do Rzepczaka i oświadczył mu się o rękę córki.
Jakkolwiek partya była świetna, ale ojciec dosyć kwaśno przyjął to wielkie szczęście, i zimno podziękował przyszłemu zięciowi. Kochał dziecko po swojemu, nie miło mu było, że Maryś na swojem nie postawiła — a szła za „rudą perukę.“
— Wolałbym — szeptał sam do siebie, żeby się to wielkie szczęście rozchwiało... Dziewczyna sobie kamień wiąże do szyi...!






Pięknego jesiennego wieczora, już o zmierzchu mieszkańcy Długiej ulicy, których jakoś w tej chwili nie wielu się przechadzało — zaciekawieni zostali niezmiernie dziwnym orszakiem, który się z bramy jednego domu wytoczył. Było to dosyć liczne towarzystwo, postrojonych jak do wesela osób, z bukietami u sukien i fraków, wiodących w pośrodku piękną, młodziuchną, w wianku i zasłonie białej dzieweczkę.

Szła ze spuszczonemi w dół oczyma, zbladła trochę, przelękła chwiejąc się i postępując krok za krokiem, stawała spotykając przechodniów prosząc ich o błogosławieństwo.
Pierwszym, którego niedaleko od bramy spotkała był staruszek o kiju z głową siwą, ubogi znać mieszczanin w kapocie. Ten zdjął czapkę, niezrozumiał zrazu o co chodziło, a potem, mocno poruszony, bo mu to stracone przypomniało dziecię, drżąc i płacząc — błogosławił.
Orszak już dalej wyruszył, a mieszczanin, ocierając łzy stał długo, nie mogąc się uspokoić. Los zdawał się czynić igraszkę z biednej panny młodej, nastręczając jej osoby wszelkich stanów. Zaraz po staruszku, niosąca wodę kucharka, dosyć brudna musiała też błogosławić. Dalej nadchodząca wytwornie ubrana pani, już uciekała z trotuaru, gdy ją zmuszono do szybkiego i niezrozumiałego przestrachem niemal rzuconego życzenia szczęścia.
Od mieszkania do kościoła nie było tak bardzo daleko, ale orszak, co chwila się zatrzymujący, postępował powoli, a tymczasem zjawiały się figury coraz nowe, z których jednak wiele pierzchało. Bliżej już Dominikanów, średniego wieku pani idącej z kamerdynerem, zastąpiono też... w początku nie mogła zrozumieć o co chodziło, potem cicho jakoś, i ze wzruszeniem wielkiem dała pannie Tekli swe błogosławieństwo i uścisk w dodatku. Oczy Marysi ze szczególną bacznością zwróciły się na piękną, arystokratyczną postać nieznajomej, która z widocznem uczuciem odeszła od Tekli.
U samych prawie wrót kościoła znalazł się dziwacznie ubrany jegomość w popielatym staroświeckim fraku i jasnym kapeluszu, który zamiast błogosławieństwa zaczął prawić komplementa.
Był to emeryt artysta teatralny, człek wesoły, który korzystając z okoliczności, przyłączył się do ślubnego orszaku.
Najsmutniejszy jednak obowiązek czekał pannę młodą we drzwiach kościelnych, w których mnóstwo siedziało żebraków zabrukanych i odrażających. Panna Tekla byłaby może zapomniała o danem słowie i pominęła ich nie licząc za ludzi, gdyby Mecenas idący obok nie przypomniał jej, że ci mieli prawo błogosławienia sierocie. Zarazem też w rękę jej wcisnął Borusławski kilkanaście przygotowanych złotówek, aby niemi tych błogosławiących obdarzyć mogła. W orszaku panny młodej osoby niektóre szczególniej pani z Villamarinich i sam Filipowicz, oponować chciały przeciwko temu kłanianiu się dziadom ale Mecenas wstrzymał zapędy... i panna Tekla poszła po kolei babkom i żebrakom uchylić czoło. Zapewne nie po raz pierwszy musiało się to trafiać biedakom (bo i do chrztu częstokroć u nas używano dziadów), babki też bardzo ochotnie i z łatwą wymową wywiązały się z benedykcyi... Dziadowie do których zwróciła się na ostatku, mruczeli coś niewyraźnie tylko, z wyjątkiem owego obrzydliwego na czółenkach, który, jak utrzymywała Żywaczyńska, znajomy był z Borusławskim. Ten podniósł wysoko ręce, oczy mu jakoś dziwnie słupem stanęły... ale słowa nie mogąc wymówić — rozpłakał się.
Przytomny Mecenas wytłomaczył to zaraz, po części chorobą a w części wspomnieniami kaleki, który niegdyś miał rodzinę.
Głos jego, gdy chciał kilka słów potem wymówić, tak był łkania i wzruszenia pełnym, że mimowolnie panna Tekla zadrżała, zabolała, resztę złotówek rzuciła mu w miseczkę i zwróciła się do kościoła...
Tu już słychać było brzmiące organy i ksiądz u wielkiego ołtarza oczekiwał na nowożeńców. Marysia szła nieco roztargniona razem z innemi, zajęta więcej może niż Tekla, odgadywaniem tego kogoś nieznajomego, dla którego panna Tekla musiała przebyć tak przykrą drogę od domu. Niestety — żadna z osób spotkanych wyjąwszy panią z kamerdynerem, rysów i postawy arystokratycznej, nie mogła posądzić. Mniemanie było tak powszechne, iż Teklunia pochodziła z jakiejś znakomitej rodziny, z tą myślą tak długo żyli wszyscy, że ona i teraz służyła Marysi nawet za kryteryum. Wielka ta pani była mocno poruszoną, ale był nim też i ów stary mieszczanin, spotkany w progu domu, który się aż rozpłakał.
Ciekawa Rzepczakówna, zważywszy wszystko, musiała sobie przyznać po cichu, że przypuszczenie jej było fałszywe. Jakoś i ta nieznajoma nie bardzo jej przypadała do smaku.
W kościele było ciekawością ściągnionych kilkanaście osób — między nimi więc oczyma szukała jeszcze Marysia tajemniczych istot opiekuńczych — a i tu ich wyszukać nie mogła. Choć sama uroczysta przysięga u ołtarza na życie całe, najzimniejszego przejąć musi człowieka, najobojętniejszą kobietę porusza i przeraża — Tekla przebywszy ten ciężki pochód — uczuła się jakby wyswobodzoną gdy stanęła z Emilem przed staruszkiem, który miał im błogosławić.
Łzy jej jeszcze płynęły po twarzy, drżała pod wrażeniem tej myśli, którą jej podrzuciła przyjaciółka.. czuła, że może się przesunął gdzieś przed nią cień tej istoty tajemniczej, która czuwała nad nią od kolebki... Lecz, nie probowała nawet odgadnąć, serce jej od wyjścia z domu, aż do zatrzymania się przy ołtarzu, biło ciągle równą trwogą i czuciem...
Mecenas, który się nieco cofnął i stanął jakby przypadkiem obok panny Maryanny, szepnął jej także nie bez oznaki pewnego wzruszenia.
— A nie strach pannie Maryannie, myśląc, że za kilka miesięcy przyjdzie jej tak stanąć z tą peruką u tego ołtarza?
Rzepczakówna schyliła się ku niemu.
— Choćby i dzisiaj — rzekła głosem drżącym.
Borusławski rękę jej ścisnął.
Ślub odbył się jakoś bardzo prędko, państwo młodzi pomodlili się i tym razem już na nich powozy czekały, mające zawieść wprost do domu pana młodego.
Uproszona dla przygotowania przyjęcia gości, stara Żywaczyńska musiała się nawet wyrzec bardzo zawsze dla niej ciekawego obrzędu... i krzątała się około nowego gospodarstwa, strojna w nowy czepeczek i suknię jedwabną.
U wyjścia jeszcze chór dziadów i babek nowemi życzeniami i błogosławieństwy obsypał państwa młodych... którzy go teraz prędzej pominąć mogli. Mecenas tylko ze swojemi znajomemi uśmiechem i dobrem słowem się witał — czemu się nikt nie dziwił. Zwrócił się szczególniej do swojego przyjaciela na czółenkach, który znać z wdzięczności, pochwycił go za połę od fraka i zaczął ją całować, tak że ledwie mu się mógł wyrwać.
Radzca Hustakiewicz w wice-mundurze z orderami, profesor Dygalski w białej kamizelce, pani z Villamarinich w przepysznej sukni cytrynowej, Filipowicz z ogromnym pierścieniem na palcu, który kładł tylko na wielkie uroczystości, wszystko się to potoczyło za Jerozolimską rogatkę. W pochodzie i powrocie naturalnie na widzach ulicznych nie zbywało, jest ich zawsze podostatkiem na każdem weselu i pogrzebie. Stosunkowo ludzie najmniej są może chrzcin ciekawi. Nowy obywatel przybywający na świat, aby drugich objadał, obudza bardzo niemiłe uczucie — jest to niepotrzebna nikomu konkurencya... nabawiająca strachem. Jedni rodzice się cieszą — i to, nie zawsze.
Emil nie myślał wcale występować wspaniale, zawczasu się umówili z Teklą, że nie będą się starali fałszywym blaskiem świecić w oczach ludzi obojętnych. Przyjęcie więc było dostatnie ale skromne, i pani z Villamarinich a nawet administrator, praktykujący oszczędność w domu, znajdowali — że można było w dzień wesela zebrać się na wspanialszą wieczerzę i cukry.
Marysia tego dnia rozstając się z przyjaciółką gdyż miała do ojca powrócić i zamieszkać u niego do wesela — była bardzo smutną, choć Borusławski nie opuszczał jej na chwilę.
Filipowicz jedną rękę tylko tego dnia trzymający pod frakiem, gdyż na drugiej błyszczał pierścień z którym czuł potrzebę się popisać — pocichu szepnął dostojnej małżonce, że w ulicy przed kościołem dostrzegł Ciocię Baronowę i jej siostrzeńca pana Rabsztyńskiego, przypatrujących się zdala złośliwemi oczyma, państwu młodym.
Nieszczęśliwemu Rabsztyńskiemu tak się nie wiodło, że już od chwili jak go odprawiła panna Tekla, dwie inne panny posażne, wyzuły się z nadziei opłacenia długów i utrzymania się przy ziemi przodków... przyszłość na bruku coraz dobitniej ukazywała się na horyzoncie.
Pięć lat upłynęło od opisanych wypadków, w mieszkaniu za rogatką Jerozolimską, śmiały się dwie rumiane tłuściuchne twarzyczki Edzia i Misi.
Emil miał już znaczniejszą daleko pensyę i wyższe stanowisko, Tekla była szczęśliwszą — a zawsze jednak owa tajemnica nie przebita osłaniała jej pochodzenie. Nie wspominała już o niej, aby chmurą nie powlekać czoła mężowskiego, bo i Emil, dla żony szczególniej, bolał nad tem. Starali się nieraz oboje wymódz na Mecenasie aby im odkrył sekret który on wiedział tylko jeden. Borusławski z wielką powagą, odpowiadał:
— Nie mogę związany jestem przysięgą.
Co kwartał przynosił regularnie naznaczoną dla Tekli sumę, wypłacał ją, brał pokwitowanie, przynosił dla dzieci podarki z tego samego płynące źródła, ale uparcie milczał.
Tak jak było umówiono, i w dniu naznaczonym, Marysia z panem Mecenasem stanęła przed ołtarzem. Ślub odbył się przy drzwiach zamkniętych, przy uproszonych tylko kilku świadkach, a niemal wprost z kościoła państwo młodzi wyjechali na parę miesięcy za granicę. Maryś powróciła z tej podróży wesoła zachwycona tem co widziała, uszczęśliwiona Borusławskim, na którego gderała i rozrządzała nim, jakby nie wiem wiele lat żyli z sobą, trochę na twarzy postarzała, lecz na umyśle odmłodzona. Mecenas zmienił się na najczulszy w świecie pantofel. Był nim dobrowolnie, a kochał się w żonie ze śmiesznym czasem entuzyazmem. Małżeństwo wesołe było, raźne i daleko lepiej dobrane niżby się zdawało komu. W niespełna dwa lata pani Mecenasowa cieszyła się córeczką, którą psuła i pieściła tak, że przyszłość jej okrutnie dawała do myślenia — co to z tego wyrośnie. Mecenas pomagał, a mała Teklunia, despotycznie rozporządzała domem całym. Pani Emilowa obawiała się nawet przykładu jej dla swych dzieci, które wychowywała z miłością wielką, ale nie rozpieszczając ich do zbytku.
Pani Żywaczyńska zajmowała u państwa Borusławskich teraz nader ważne stanowisko, vice-gospodyni, bo Maryś albo była zajęta Teklunią, albo mężem lub książką, i nie pracowała bardzo. Mówiła śmiejąc się przy mężu, głaszcząc go pod brodę, że chce sobie wynagrodzić te lata, kiedy brała szturchańce i tłukła talerze.
Ze starym Rzepczakiem, jakkolwiek nie złym człowiekiem, Mecenasowa biedy dosyć miała. Naprzód o włos że się nie ożenił z dziewczyną, która w szynku służyła, a wcale nie zasługiwała na wyniesienie jej do dostojności pani Restauratorowej. Potem jakoś z rozpaczy począł się napijać, a pijąc lubił kłócić, a kłócąc zaraz rwał do popierania słów argumentami pięściowemi, co często interwencyę policyi sprowadzało. Musiano go więc wyprawić na świeże powietrze, między spokojniejszych ludzi i Rzepczak trzymał restauracyę i hotel w Siedlcach. Tam stanąwszy odrazu na nieco wyższym stanowisku, zmuszony był się szanować. Marysia jednak nie jedną łzę z jego przyczyny wylać musiała.
Był to wieczór jesienny właśnie i Tekla zajęta swojemi dziećmi, w saloniku z nimi siedziała o szarej godzinie, gdy około okna w przechodzącej dorożce na którą spojrzała — poznała wychylonego Mecenasa. Bywał on u nich dosyć często — ale zwykle z żoną sam rzadziej. W dorożce nie dojrzawszy Marysi, Tekla wybiegła do przedpokoju niespokojna trochę, aby się o nią zapytać. Emila nie było w domu, pilna robota wstrzymywała go tego dnia w kancelaryi, tak że nawet na herbatę nie obiecywał powrócić.
Wchodzący Borusławski miał tak smutną twarz, że Tekla nań spojrzawszy, tem więcej się o przyjaciołkę zaniepokoiła.
— A Marysia? odezwała się od progu.
— Zdrowa, dziękuję pani — została w domu... Przybyłem za interesem. Jest pan Emil?
— Emila nie ma wróci chyba późno — mają jakąś rewizyę kas i rachunków...
— Czy interes do Emila? dołożyła po chwili zdziwiona nieco Tekla...
— Interes — a! zaraz powiem... (to mówiąc niespokojnie spojrzał Mecenas na zegarek), odpraw pani dzieci — mamy do pomówienia z sobą.
Borusławskiego postać i mowa mogły prawie przestraszyć, tak był poruszony. Wszedłszy do saloniku siadł na kanapie, ujął za rękę panią Emilową, spojrzał czule na nią... i odezwał się z pewnem wahaniem.
— Przybyłem do pani! Racz mnie posłuchać z uwagą, mam jej do opowiedzenia wiele, a czas jest bardzo krótki.
— Mów pan, proszę — cicho odezwała się Tekla.
— Miej pani męztwo — dodał Mecenas — a słuchaj mnie z uwagą.
Chwilę podparłszy się milczał, namyślając i rozpoczął powoli, jakby długo ważone i układane opowiadanie.
— Słyszałaś pani zapewne, że młodość moja nie zbiegła mi na pracy prawniczej, że żyłem długo na wsi, miałem znaczny majątek, straciłem go wesoło, i gdy mi tak jak nic nie zostawało, wróciłem na drogę lepszą, na którą żem wpadł dziękuję Opatrzności, co mnie na nią przez manowce zaprowadziła.
W tych to czasach, sąsiadem moim o miedzę był pan Cześnikowicz Zaleski, wielki mój przyjaciel, u którego niemal codziennie bywałem. Najznaczniejszy z ludzi płochym był jak ja. Polowaliśmy, grali, pili i hulali razem. Cześnikowicz miał przy sobie ubogiego szlachetkę, z którym razem chodzili do szkół, poczciwe chłopię, ale gorączkę i dziwaka. Ten uczyć się nigdy nie chciał, ale przy Zaleskim pełnił dziwną funkcyę kamerdynera, leśniczego, przyjaciela... faktotum... Kochaliśmy wszyscy tego Wojciecha, a choć nam na trzpiotowstwie nie zbywało, on nas wszystkich przechodził w szałach... Zuchwały był i niepomiarkowany... zapalczywy... a niepodobna się było nie przywiązać do niego. Pełen wad miał razem tyle przymiotów, i tak coś w sobie sympatycznego, że wcale oprzeć się mu nie było można. Robił z nami co chciał — ale kierował panem i przyjacielem jego po swojemu. Szaloną był pałką. Szliśmy wszyscy pędom do ruiny. Ja pierwszy straciłem majątek i musiałem myśleć o sobie, Zaleski się trzymał niedługo, a gdy godzina wybiła, zgryzł się tak że zachorował i umarł. Nie mógł przeżyć ruiny, którą dawno przewidywać był powinien. Wojciech do ostatniej godziny został przy nim, zaraził się gorączką, przeleżał bez nadziei wyzdrowienia długo, a gdy wstał z łoża... nie miał tylko to co na grzbiecie i żadnego do życia sposobu przy nawyknieniu do zbytku.
Wszystko to działo się na wsi, gdy ja wyrwawszy się ztamtąd, z wielkiego pana zmieniłem się na skromnego aplikanta. Nie wiedziałem prawie co się dzieje z przyjacielem, nierychło dowiedziałem się o jego śmierci. Wojciech ów znikł mi z oczów. W kilka lat, gdym już praktykę prawną rozpoczynał, jednego dnia odbieram kartkę od Wojciecha, zaklinającego mnie bym nieszczęśliwego, chorego odwiedził. Przyszły mi na myśl lepsze czasy, a raczej gorsze chyba, i pospieszyłem na wezwanie.
W lichej chacie na Pradze, w izbie brudnej i ciemnej, na barłogu, dopytałem ledwie biednego Wojciecha, a gdyby nie głos dawny, nie poznałbym go, tak straszliwie się zmienił. Co się z nim działo po śmierci pana i przyjaciela, powiedzieć mi się wzbraniał, odsłonił tylko kołdrę którą był przykryty i pokazał mi dwie swoje nogi po kolana ucięte.
— Patrzaj pan jak mnie Bóg ukarał — patrz...
Oniemiałem z wrażenia.
— A! panie, zawołał do mnie, wyciągając ręce — panie, to by niczem było.. cierpiałbym nie pisnąwszy. Bóg zesłał... ale ja mam dziecię... które matki nie ma, a na to dziecię zarobić — wychować go... nie mogę... a ja to dziecko kocham, i wszystką krew i życie dałbym za nie.
Zachodził się biedny z płaczu.
Chciałem natychmiast radzić obmyślając dziecięciu jakieś wychowanie, jemu schronienie w szpitalu, ale na samo wspomnienie rzucił się jak oszalały.
— Za nic w świecie do szpitala... po żebraninie, ale nie do tej niewoli. Za nic — za nic!
Zacząłem się go dopytywać o dziecię, i dowiedziałem się że je tymczasowo wzięła kobieta uboga a dobra, u której do czasu było bezpiecznem.
W tem miejscu opowiadania, Tekla słuchając zbladła i obu dłoniami oczy sobie zakryła.
Borusławski zamilkł.
— Mów pan — odezwała się energicznie po chwili — mów pan.
— Ten nieszczęśliwy żebrak od ust sobie odejmując, cierpiąc głód, chłód i nędzę dla dziecięcia — dokazał cudu. Jałmużny płynęły hojne, żył suchym chleba kawałkiem, składając je u mnie. W lat kilka do tego grosza wyżebranego, los dał mu spadek po bracie bezdzietnym. Wojciech go nie tknął — wszystko zostawił dla dziecięcia... Jam był jego opiekunem...
Tekla osunęła się zemdlona... lecz mdłość trwała chwilę, podniosła się wnet, chwyciła wodę, wypiła — i rzuciła się do Mecenasa ze złożonemi rękami.
— Panie, zaklinam cię, ani słowa przed mężem moim... Córka żebraka... a! któż wie!
I gorzko płakać zaczęła — Borusławski się obruszył.
— Wstydzić się ojca nie potrzebujesz — chlubić się nim możesz, zawołał, był to bohater poświęcenia. Kochał dziecię i wyrzekł się go, aby mu sobą życia nie zatruć, cierpiał nędzę, aby mu dać wychowanie i dostatek... Możeż być piękniejsze, większe, straszniejsze poświęcenie! A ofiara ta trwała nie krótką chwilę, ale lata długie. Czuł ukochane dziecię blizko, a nie śmiał mu się odkryć z sercem i sobą... dopiero dziś... Ojciec twój jest bez nadziei życia... powołuje cię ku sobie... dodał Mecenas — nie ma chwili do stracenia — należy mu łza córki przy zgonie...
Chodź, pani — jedźmy...
Tekla z załamanemi rękami pobiegła narzucić chustkę tylko, uspokoić dzieci — za chwilę siedzieli już w dorożce, która z rozkazu Borusławskiego jak szalona pędziła ku Staremu Miastu. Przez drogę Tekla milczała i płakała.
Przed jednym z najnędzniejszych domów starych zatrzymały się wreszcie zdyszane konie. Borusławski podał rękę drżącej Tekli, której sił i tchu brakło... Przed niemi były drzwi wązkie i korytarz ciemny wiodący w głąb kamienicy. Przeszli nim aż na maleńki dziedzińczyk, pełen brudów i śmiecia, który, mijając kałuże i stężałe błoto, przebywać musieli aż do wnijścia na tyły kamienicy, gdzie połamane drzwi znowu ich w ciemną sień wprowadziły. Trzeba i ją było przejść całą, szukając omackiem wchodu do małej ciemnej izdebki, w której mało co więcej było światła niż w korytarzach, zewsząd murami opasanego domostwa.
Ciężkie powietrze pełne stęchlizny i wilgoci, wyziewów cuchnących i woni jakichś leków obwiało wchodzących... których oczy nic zrazu dojrzeć nie mogły.
Mecenas uczuł się pochwyconym za rękę, i głos cichy szepnął mu do ucha:
— Śpi!
Stali więc nie poruszając się z miejsca, gdy zaszeleściło, i po chwilce błysnęło małe światełko... Zapalano małą świeczkę którą stara żebraczka łachmanami obwieszona, starała się drżącą ręką osłonić.
Teraz dopiero mogła Tekla, podniosłszy oczy przypatrzyć się temu schronieniu, w którem jej ojciec długie przebył lata. Izba była niemal na pół lochem, małe w grubym murze okienko, ledwie szarego światła trochę wpuszczało. Po nad nim zwieszało się nizkie sklepienie zczerniałe, zbrukane, miejscami do cegieł z tynku obnażone. Tak samo wyglądały, wilgotne, gdzieniegdzie pleśnią okryte ściany, dziwnemi plamy podrapane. Parę tarciczek na nich, na których stały garnki — w głębi obity piec nieforemny bez drzwiczek okopcony od dymu... podłoga z cegieł powybijanych, na niej garść słomy, ława złamana... łachmanów kupy... więcej dojrzeć nie mogła przestraszona kobieta.
W kącie na kupie przegniłego barłogu zarzuconej podartą siermięgą, można się raczej domyśleć było niż dojrzeć człowieka.
Dwa czy trzy podobne łoża puste, zmięte, brudne walały się przy ścianach.
O takiej nędzy biedna kobieta wyobrażenia mieć nie mogła — zdało się jej że życie ludzkie w niej było niepodobieństwem, że chyba umierać tu przyjść mógł człowiek.
Tu jednak kilkanaście czy kilkadziesiąt lat ten biedak przychodził dobrowolnie męczyć się otoczony nędzą straszniejszą jeszcze, bo pijaną i rozpustną, aby za grosz wymodlony w progu kościoła dziecięciu dał wychowanie i przyszłość. Tekla pomyślała to i łzy polały się po jej twarzy.
Okropnie wyglądająca stara baba, pomarszczona, czarna, trzymała świeczkę w ręku i stała oczyma ciekawemi wpatrując się w przybyłych. Mecenas ruszyć się nie śmiał.
— Był doktór? spytał cicho.
— A jakże.
— Był ksiądz?
— A był, spowiadał go i namaścił... potem zaraz zasnął...
Niespokojny Borusławski dał znak Tekli, aby została, a sam zbliżył się ku barłogowi, pochylił, aby się przekonać czy żebrak żył jeszcze. Słychać było oddech ciężki i w piersiach chrapanie.
Jak gdyby poczuł zbliżenie się czyje ku sobie, Wojciech westchnął i poruszył się... oczy otworzył... i potoczywszy niemi po izbie, jęknął boleśnie wyciągając ręce.
— To ja! odezwał się Borusławski... Tekla poruszona chwiejąc się podbiegła i uklękła u łóżka.
— Córka twoja! rzekła chwytając rękę zimną — dziecko twoje — ojcze mój...
Zbliżyła się i baba ze światłem... i rozeznać było można bladą, wychudłą twarz umierającego, którego oczy iskrzyły się jeszcze jakby podbudzonem życiem... wlepione w klęczącą nad niem córkę... Na zbladłych ustach... coś jakby uśmiech się błąkał...
Z całych sił rękę Tekli pociągnął do nich... jęknął — i dłoń zimniejąca opadła.
Żebrak nie żył już.
W milczeniu, nieporuszeni zostali nad nim — Mecenas i córka, którą płacz wezbrany w piersiach dusił. Babka trzymająca świecę w ręku, poczęła w tejże chwili półgłosem;
— Anioł Pański...
Na kolanach została przy zwłokach długo Tekla, patrząc na tego człowieka, którego sercu już zastygłemu winna była wszystko.
Łzy płynęły ciągle... zimna dłoń zmarłego spadła na pierś... Rękę przyłożyła do czoła, ostygłe już było... na wargach tylko stężały został ów uśmiech ostatni, z którym skonał biedny Wojciech.
Borusławski prawie gwałtem musiał ją odciągnąć od ciała — i wyprowadził z izby, w której oddychać nie można było dłużej.
Wyszedłszy na dziedziniec płakała jeszcze Tekla... z zapewnieniem że wszystko co potrzebnem będzie do pogrzebu, Mecenas obmyśli.
Nie mogąc ją opuścić samą, Borusławski siadł z nią do powozu. Widok ojca, śmierć jego, pojęcie ofiary jaką dla niej czynił — zmieniło usposobienie Tekli. Z odwagą zapatrywała się na tę tajemnicę którą wprzódy ukrywać chciała.
Borusławski prosił ją aby spoczęła u Marysi, odmówiła mu dziękując:
— Jedźmy do domu rzekła — Emil musiał już powrócić — nie mogę, nie powinnam tego taić przed nim. Mam ufność w jego charakterze, sekretów dla niego mieć nie chcę i nie mogę. Powinniśmy oboje, z dziećmi iść za jego trumną.
To mówiąc złożyła ręce.
— Mecenasie, opiekunie mój drogi, ty coś mu był jedyną w życiu pociechą... uczyń to dla mnie... niech pogrzeb nie będzie żebraczy, niech będzie bogaty, niech będzie wspaniały. On zasłużył na to...
Borusławski zgadzał się na wszystko.
Z niecierpliwością wyglądała Tekla przybycia do domu, gdzie spodziewała się zastać męża — pilno jej było powiedzieć mu wszystko.
W istocie Emil od półgodziny wrócił był z biura i zdziwiony tem że żony nie zastał, dowiedziawszy się że z Mecenasem pojechała, tłomaczył to sobie jakimś kaprysikiem Marysi.
Bawił się z dziećmi, gdy drzwi się otworzyły, i Tekla rozgorączkowana łzami i żalem, wbiegła rzucając mu się na szyję, z nowym płaczu wybuchem.
Emil osłupiały stał i patrzał, nie pojmując jeszcze co się stało, gdy Borusławski zlekka ująwszy za rękę Teklę, odprowadził ją ku kanapie i dzieci do niej posławszy skinieniem, sam z Emilem wyszedł do drugiego pokoju.
Rozmowa nie trwała kwadransa, i Drażak biegł niespokojny ściskać i uspakajać żonę.
Trzeciego dnia potem z nędznego domu na Starem Mieście, wynoszono wspaniałą trumnę na czterokonny karawan. Tłumy ciekawych napełniły ciasny rynek. Duchowieństwo liczne długim szeregiem stojąc, czekało na złożenie zwłok na wozie. Za nim pieszo w czerni szła zakwefiona kobieta, wiodąc małych dzieciaków dwoje, przy niej, podpierając ją, postępował młody mężczyzna. W jednym rzędzie z niemi Borusławski z żoną... a dalej tłum żebraków. W oknach pełno było widzów milczących, w ulicach stały ściśniętemi kolumnami tysiące ludzi, których zwabiała ciekawość. Szepcząc opowiadano sobie jakieś niebywałe dzieje, osobliwsze przygody... i wskazywano palcami na towarzyszących pogrzebowi żebraka.
Wojciech jak się okazało ze złożonych przez Mecenasa rachunków i spisanego przed śmiercią testamentu — chociaż córce płacił tylko rocznie trzy tysiące aby ją do zbytku nie wdrażać i od pracy nie odrywać, zostawił z żebraniny, ze spadku po bracie i oszczędności przeszło dwakroć sto tysięcy złotych.
Mogłoby się to wydawać niepodobnem do prawdy, gdyby nie było — prawdziwem.
Pani Emilowa i jej mąż nie czynili wcale tajemnicy z historyi biednego Wojciecha — rozeszła się ona z ust do ust po mieście i — jednego czasu — obiadowego, Filipowicz wpadł do domu tak poruszony, a do gabinetu pani z Villamarinich z takim trzaskiem nieprzyzwoitym, że słusznie oburzona niewiasta, powitała go piorunującem — A już!
— Otóż nie! nie! krzyknął Filipowicz — nie i nie — ale coś takiego dowiedziałem się — jak się zowie — że oszaleć!! no! oszaleć! sfiksować, zwaryować!
— Co ci jest! spokojnie odparła majestatyczna z Villamarinich.
— Wystaw sobie — no! panna Tekla, owa zaklęta księżniczka, cośmy to ją mieli za coś tak nadzwyczajnego... krwi wielkiej, pamiętasz, ty sama, admirowałaś zawsze jej arystokratyczne rączki i nóżki, dystynkcyę!!
Filipowicz uderzył się po biodrach.
— Wiesz, kto była panna Tekla? wiesz? wiesz?
— No — nie nudź że — mów...
— Córka żebraka Wojciecha, co bez nóg siedział pod Dominikanami.
Pani z Villamarinich zerwała się przerażona z fotelu... książka, którą czytała, spadła na ziemię.
Filipowicz ją zaraz podniósł.
Załamała białe dłonie.
— Nie może być!
— Tak jest — tak!... tak! się zowie. Powiedzieli mi to w cukierni.
— A! widzisz, byłeś w cukierni.
— Chcę mówić w aptece — gdzież w cukierni! nie bywam nigdy po cukierniach, chodziłem z receptą Malcza do apteki po lekarstwo dla panny Gertrudy. Słowo daję, jak się zowie.
Powiedzieli mi w aptece — nie uwierzyłem. Myślę sobie, toć nas przecie obchodzi, tyle lat u nas była... lecę do Borusławskiego, dobijam się... gwałtem... Nie puszczają... biegnę do samej. Prawda to? córka żebraka? A ta, bez ogródki powiada — A prawda! żebrak ten wart był książęcej mitry.
Et, zwyczajnie córka szynkarza! dodał Filipowicz.
Pani z Villamarinich stała zadumana.
— O to Rabsztyński miał nos! o to miał nos... odezwała się — a nużby się z nią był ożenił...
W tem zadzwoniono — wpadła jak kamień z procy ciśnięty Ciocia Baronowa zdyszana, spocona, osłabła, a mimo to z nieodstępną czkawką.
— Droga moja! krzyczała od progu — droga moja — słyszałaś... ty o tej Tekli...
— Właśnie Filipowicz mi to przynosi, ale on...
— Ale tak jest! tak jest! Wystaw sobie... szlachcic był autentyczny... i przeszło dwakroć sto tysięcy gotówką w listach jej zostawił... Przeszło dwakroć.
— A! tego to ja nie słyszałem — jak się zowie — odezwał się Filipowicz — jakimże sposobem? E!
— Autentyczna rzecz... Drażak dobra kupuje... targuje wieś... Słowo daję...
Wszyscy stali w niemem osłupieniu... pani z Villamarinich ozwała się z westchnieniem.
— O gdyby się pan Maks ożenił z nią... proszę pani, drżę na samą myśl...
— E! e! kiedy szlachcianka! odparła Baronowa — oczywista rzecz że ta żebranina to musiała być jakaś pokuta... Może mu spowiednik ją nakazał, kto to może wiedzieć? Żeby się Maksio był ożenił, słowo daję, nie pisnęłabym słowa, byłby Rabsztyński oczyścił, panna niczego... a tak!
Filipowiczowie spojrzeli po sobie.
— Historya z tysiąca nocy! odezwała się pani z Villamarinich — i proszę pani Baronowej, że to u mnie na pensyi musiało się stać! u mnie!
— Historya z tysiąca nocy! słowo daję — westchnęła Baronowa.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.