Z życia awanturnika/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Z życia awanturnika
Podtytuł obrazki współczesne
Wydawca Tygodnik Wielkopolski
Data wydania 1872
Druk Drukiem J. I. Kraszewskiego (Dr. W. Łebiński)
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Z  życia
AWANTURNIKA

OBRAZKI WSPÓŁCZESNE
PRZEZ
J. I. Kraszewskiego.

Poznań.
Nakładem Tygodnika Wielkopolskiego.
1872.


Drukiem J. I. Kraszewskiego. (Dr. W. Łebiński) w Poznaniu.






Najcudniejszy był wiosenny poranek, tak cudny, że nawet w mieście pomiędzy murami czuć było wiosnę i młodą dnia godzinę. Drzewa, wygnańce, stojące za wysokiemi murami ogrodów i tęskniące za powietrzem i słońcem, tego dnia wyglądały zielono, deszcz wczorajszy z kurzu je obmył, rosa zwilżyła, słońce nakarmiło... resztki bzów kwitły i pachniały. W miasteczku cicho było jeszcze i spokojnie. W niektórych kościołach łagodnie ciche odzywały się dzwonki, ulicami przesuwali się ludzie, których rano budzi wiek lub troska. Większa część okiennic była pozamykanych i sztorów pospuszczanych. Wrota gdzieniegdzie się otworzyły tylko. Na kamieniach bruku rosa nie miała jeszcze czasu oschnąć, choć długie rannego słońca promienie wciskały się gdzieniegdzie, przerzynając półmrok poranka.... Była to godzina, w któréj się żyć chciało.
W kamienicy bardzo porządnéj i czysto utrzymanéj, o czterech okienkach w ulicę, otworzyły się zwolna zaryglowane drzwi i wyszedł z niéj staruszek.
Jego starość dobrze harmonizowała z tą młodością poranka; był świeży, rzeźwy, ruchawy i choć białego włosa, choć pomarszczonéj twarzy, wyglądał wesoło, raźnie — prawie nadto młodo. W oczach jego szarych błyskało życie i myśl niestrudzona, usta oblekał wyraz wesela, poruszał się szybko i swobodnie.
Znać w domu, z którego wychodził, wszyscy jeszcze spali, bo drzwi za sobą na klucz spuścił i do kieszeni go schował.
Staruszek był mały, dobrze zbudowany ale nie otyły, trzymał się prosto i ruszył dobrym krokiem ulicą, nie potrzebując lekkiego kijka, który miał pod pachą. Ubrany był w surducik szaraczkowy, szerokoskrzydły kapelusz zasłaniał mu nieco twarz a przez ramię na taśmie zawieszone zielone, lakierowane, owalne pudełko zdradzało naturalistę, wybierającego się na wycieczkę dla zielnika lub entomologicznego zbioru. Znać pilno mu było co prędzej wynijść z miasteczka, bo nie oglądając się wcale, przesunął się jego ulicami aż do przedmieścia i wolniéj dopiéro iść zaczął, gdy między ogrody się dostał.
Do ogrodów przytykał piękny lasek nad brzegiem rzeki. Była to prywatna własność jakiegoś zazdrosnego sąsiada, który o nią z miastem był w ciągłych sporach. Zabraniano tam przechadzek tłumnych i wycieczek i zarośle miało dosyć dziki pozór. Żadnéj kawiarence, ani piwiarni i kręglarni nie dozwolono się tam umieścić. — Stare bardzo olchy, osiki, topole, dęby, brzozy, podszyte leszczyną i różnemi rodzajami łoziny rosły tu sobie swobodnie a sąsiedztwo rzeki podsycało je wilgocią, od któréj bujnie się wzmagały.
Doszedłszy do skraju lasu — profesor (tak zwano czcigodnego staruszka) zaczął iść zupełnie wolno, oczy mu jeszcze żywiéj pojaśniały, usta jeszcze weseléj poczęły się uśmiechać — był tu dopiéro jak w domu. W istocie dla herborysty lasek mógł dostarczyć wiele zajmujących obrazów. Roślinność była bujna i bardzo urozmaicona.
Profesor począł się rozpatrywać i niektóre znane sobie egzemplarze roślin witał z lekka, ujmując je ręką i puszczając ostrożnie, aby ich nie uszkodzić. Robił ogólny przegląd téj flory dzikiéj, wśród której rzadkiego i osobliwego nic nie było. Ale profesor znać szukał jakichś szczególnych zjawisk chorób czy anomalji roślinnych, bo i najpospolitsze kwiaty bacznie oglądał — niektórym przypatrywał się przez lupę, ale nic napróżno nie zerwał.
Tak bez ścieżynki żadnéj przedarłszy się przez klin lasu, już się zbliżał ku rzece, przez grube pnie drzew przeglądało coraz więcéj światło dzienne i srebrzyste rzeki wody, gdy staruszek, przygiąwszy się ciekawie, coś dopatrzył, co go nagle powstrzymało. Stanął za krzakiem leszczyny, zakryty nim, jak wkuty, kijek mu się wyśliznął z ręki, usta otworzyły, oczy wlepił i oddech powstrzymał.... W istocie, to, na co tak pilnie patrzał, godném było jego uwagi. — bo i najobojętniejszegoby zelektryzowało.
Na skraju lasu wśród drzew stał jeden z najstarszych dębów, jakie tu widzieć było można — pień jego olbrzymi, guzowaty, pokręcony, kilką grubemi gałęźmi wyrastał ku górze... Każda z nich mogłaby była piękne, stare drzewo sama stanowić....
Po za nim stał człowiek... Światło odbite od wody dozwalało go widzieć dobrze mimo mroku, jaki w lesie panował... Był młody, nie więcéj pewnie nad lat trzydzieści przeżył na świecie... Lecz twarz miał żółtą, wychudłą, zapadłą i prawie trupią... Głowę okrywał włos przerzedzony, wypełzły... Odzież stanowiły resztki niegdyś wykwintnego ubrania, wyszarzanego do szczętu... W chwili, gdy staruszek go zobaczył i zatrzymał się, młody człowiek był mocno zajęty...
Z kieszeni z gorączkowym pospiechem dobył właśnie grubego kawał powroza, spojrzał nań, jakby oczyma chciał zmierzyć, potem szybko zaczął zadzierzgiwać pętlę, któréj mocy oburącz wypróbował... Natychmiast jeden jéj koniec zarzucił na grubą, snąć już wprzódy wybraną gałęź starego dębu... Obalony kloc, resztka pnia dobytego z ziemi, leżał właśnie pod nią... Nieznajomy obejrzał się ku rzece do koła... i z szyi zerwał prędko coś, co dawniéj chustką być musiało a teraz było poszarpanym czarnym gałganem. — Rzucił ją na ziemię... niespokojnemi rękami zaczął potem szukać po kieszeniach surduta i dobywać papiery, pozlepiane długiem w nich leżeniem... Opatrzył wszystkie schówki w odzieży, rozpiął surdut... pod którym była zbrukana stara koszula, aby i tam zajrzeć jeszcze... zebrał wszystko na kupkę, przyrzucił nieco suchych liści... i z kieszonki dostawszy kilka zapałek, żywo ognia pod papiery podłożył. — Patrzał się jakimś osłupiałym wzrokiem, gdy płonęły, poprawił je nogą parę razy... i uśmiechając się dziko znaleziony papieros, który trzymał w ręku, u dogasających papieru szczątków zapalił. — Parę razy wciągnąwszy dym, rzucił go na ziemię i zwrócił ku pętli wiszącéj nad głową... Sznur wstąpiwszy na kloc przymocował uwiesił się rękami, by go wciągnąć... potem szybko jakby się obawiał, by mu co nie przeszkodziło, wstąpił na kłodę, spiął się na palce i szyję założył w pętlę...
Nie można już było mieć najmniejszéj wątpliwości o jego zamiarach... jeszcze chwila... a zawisłby na sznurze... Stary profesor gwałtownie się przedarł przez gąszcze i gdy już miał wisieć, chwycił go za ramiona.
— Człowiecze! zawołał wzruszonym głosem — co robisz! co robisz...
Schwycony na uczynku, nie przeraził się tą napaścią, drgnął tylko, odwrócił się, chciał coś mówić, ale w téjże chwili siły go opuściły, rękami napróżno w powietrzu szukając podpory, zachwiał się i byłby padł, gdyby go stary nie zatrzymał.
Samobójca omdlał. — Miał dosyć mocy, by przygotować czyn — ale ta wymierzona była znać ściśle i na więcéj życia jéj nie stało... Profesor zaledwie mógł ciężar omdlałego podźwignąć, zwolna tylko starał się go złożyć na ziemi, bladą głowę sparłszy na omszonéj kłodzie.. W pierwszéj chwili chciał biedz po wodę do rzeki ze szklaneczką, którą miał w pudełku... rozmyślił się jednak, że omdlenie przejść może a ochota do zbrodni powrócić — pętla wisiała gotowa...
Naprzód więc stary spiął się i obciął ją nożem, który dobył z kieszeni, potem dopiéro ruszył do rzeki...
Zemdlały leżał bez poruszenia...
Stary miał czas powrócić, zaczerpnąwszy wody, wlał mu jéj kilka kropel w usta i skronie nacierać zaczął... Po chwilce oczy się otworzyły i leżący oprzytomniał, chciał się podnieść, siły nie miał...
— Waćpan jesteś chory! rzekł doktor...
— Chory! tak... chory... ale nadewszystko głodny, odparł cicho ocalony...
— Jak to — głodny...
— Dwa dni prócz trochy wody nic nie miałem w ustach...
To powiedziawszy zamilkł...
— Zwlecz się, jak można... byle tu do pierwszego domu — tam coś znajdziemy... począł żywo profesor...
Nieznajomy, który oczy miał wlepione w ziemię i głęboko zdawał się zamyślony, nie odpowiedział nic — profesor powtórzył, pokręcając jego rękę — ocalony ruszył ramionami.
— To, coś waćpan zamierzał — nie wykona się — dodał profesor — nie dopuszczę, choćby miało przyjść do walki. Musisz iść ze mną... nic nie pomoże... Młody człowiek, w tym wieku...
Nieznajomy obejrzał się z jakąś pogardą i przypatrywać zaczął bardzo pilnie mówiącemu... Badał jego twarz z ciekawością jakąś szyderską, nie odpowiedział wszakże nic.
— Proszę pana — odezwał się wreszcie po namyśle słabym głosem — dla czego się pan mięszasz w to, co do niego nie należy?
— Przepraszam, zawołał profesor, człowiek każdy należy do człowieka — mięszam się, bo mam prawo...
— Daj mi pan pokój! odwracając się — odpowiedział nieznajomy — to są brednie. Gdy trzeba karmić, pomódz, ratować, to do was nie należy, a gdy komu sprzykrzyło się żyć, nie wiedzieć po co i na co... przychodzicie z waszém veto i z waszą moralnością — daj mi pokój! powtórzył gniewnie...
— Zmusisz mnie waćpan do postąpienia z nim jak z obłąkanym, począł stary.
— A pan mnie możesz przymusić do postąpienia z nim jak z rozbójnikiem.
— Nie masz nawet siły — rzekł profesor. Nastąpiła chwila milczenia.
— Ja nie ustąpię — odezwał się stary. —
Nieznajomy milczał, podparł się na łokciu i zadumał, jakby nikogo przy nim nie było.
Profesor nie ustępował, przez chwilę milczenia oczów nie spuścił z ocalonego biedaka, a wytrzymawszy chwilę — rzekł.
— Mówiłeś pan, żeś dwa dni nie jadł, więc nie pora na morały i na rozprawy — chodźmy naprzód, żebyś się posilił. —
To mówiąc podał mu rękę.
Nieznajomy siedząc z wlepionemi w ziemię oczyma począł się śmiać.
— Już wszystko było gotowe... licho tu waćpana przyniosło! zawołał. — Po coś tu się znalazł? no? po co? Zabawna rzecz! Wracam jakby już z drugiego świata... chwilka jedna i byłoby się skończyło... Waćpan to wiesz jako naturalista, że śmierć przez powieszenie... bardzo prędka...
— Przepraszam — przerwał profesor, bywa rozmaicie — można się męczyć długo...
Nieznajomy spojrzał mu w oczy, wyciągnął rękę w tył i pokazał na kark...
— Nie zawsze... mówił profesor — ale wstawaj waćpan i chodź.
— Wiesz mój panie, żeś się wmięszał w fatalna historję, przynajmniéj tak kłopotliwą, jak gdybyś pode drzwiami swemi znalazł niemowlę, podrzutka... Wiesz już co mam w głowie, musisz mnie pilnować, wiesz, żem głodny, musisz mnie karmić, widzisz, żem goły, powstydzisz się z takim obszarpańcem chodzić, musisz mnie okryć — domyślasz się chorobliwego stanu duszy — będziesz obowiązany leczyć... po co ci ten kłopot.
Spojrzał na pudełko profesora.
— Nie lepiéj ci to było przejść na palcach nie przeszkadzając, rwać kwiatki, a jakby ciało dobrze ostygło — dać znać do policji, że tam jakiś wisielec dynda. — Jakiś niepraktyczny...
— Nigdym w życiu praktycznym nie był — odezwał się profesor, masz słuszność — ale chodź no co zjeść, a o tém potém...
Prawie gwałtem uchwyciwszy za rękę młodego towarzysza, podźwignął go z kłody, na któréj siedział ociężale, i zmusił iść z sobą. Nieznajomy zdjął z ziemi rzuconą chustkę, która splątał w koło szyi, wyszukał rzucony kapelusz starty i dziurawy pod drzewem i w milczeniu począł iść posłuszny z profesorem... Wydobyli się tak z lasu. Zaraz na skraju jego, gdzie się posiadłość miejska zaczynała, stał mały dworek, w którym była licha kawiarenka z ogródkiem. Wynędzniały kasztan osłaniał chudemi liśćmi parę nędznych stoliczków i ławek. Na stołach wczorajsze piwo porozlewane jeszcze lepkiemi kółkami stało... a wróble dziobały resztki bułek, które goście porozrzucali. W kawiarni dla tak rannéj pory wszystko było pozamykane... Dziewczyna jednak służąca, zaspana i ledwie przyodziana otwierała okiennice, rozpoczynając porządkowanie. — Profesor zawołał ją, grzecznie się uśmiechając i prosząc o kawę... Chciała mu coś odpowiedzieć, lecz nie dał jéj się tłumaczyć i poszeptał coś, wciskając w rękę parę srebrników, a sam z towarzyszem zajął miejsce na ławce pod kasztanem.
Pusto było i cicho do koła, w dali szaro na wschodniém niebie, jakby omglone, rysowały się mury i wieże miejskie... po za domku ogródkiem płynęła rzeka. Nieznajomy ironicznie się jéj jakoś przyglądał.
— Miałem naprzód myśl, odezwał się, po prostu w rzekę się rzucić — nie umiem pływać, poszedłbym na dno. — Ale któż ją wie, czy dosyć głęboka... Napić się paskudnéj wody, obłocić i nie módz utopić — śmieszna rzecz.... W dodatku taki chłodny ranek, woda zimna, jakiś miałem wstręt....
— I dobrześ waćpan uczynił — przerwał szybko profesor — bo woda nie głęboka... w lecie ją suchą nogą przechodzą.
Popatrzyli sobie w oczy.
— Cóż waćpana do tego przywiodło? zapytał z ojcowską łagodną wymówką profesor.... Czy godzi się tak zwątpić o sobie i o ludziach, aby takiego szukać środka do pozbycia się egzystencji?
— I tam daléj! i tam daléj! — dodał bębniąc blademi palcami po stoliku nieznajomy — wszystko to, cobyś pan mi mógł powiedzieć, wiem, na pamięć umiem. Chciałeś mówić, że byłbym dezerterem i tchórzem, żem sam sobie winien, że po katolicku to grzech a filozoficznie to niegodne tchórzostwo... i tém podobnie. Słowo panu daję, że ja to wiem, słyszałem, rozumiem wszystko — ale, mój szanowny wybawco a raczéj kacie, boś mnie skazał na nowe, głupie życie... są chwile zwątpienia i tchórzostwa. Na to nie ma rady! Są ludzie jak ja... głupi, nieudolni, występni... Cóż na to poradzisz?
Służącą przyniosła z wielkim pospiechem kawę, bułki, dzbanek mleka i karafeczkę rumu. Pożądliwe oko bladego chłopca zwróciło się na te przybory do jadła i zamilkł. Mimowolnie rękę wyciągnął drżącą i pochwycił bułkę.
— Czekaj — odbierając mu ją zawołał stary — bułki świeże a żołądek wygłodzony to choroba lub śmierć — napij się mleka z kroplą rumu lub kawy — bułka niech ostygnie.
Z troskliwością niańki zajął się stary profesor ocalonym, który milczał patrząc na przygotowania a dorwawszy się szklanki mleka z rumem, chciwie jednym tchem ją wychylił i opróżnioną podał do nalania z błagającym ruchem ręki i wejrzeniem.
— Zaczekajmy trochę — rzekł profesor.
Nieznajomy westchnął i posłuszny postawił szklankę. Potem podparł się na łokciu i zadumał; popatrzał na swoje ubranie, dziurawe buty, zdarty kapelusz i westchnął. Profesor śledził wszystkie jego ruchy; poczciwe człeczysko choć ciekawy, oderwał się wprędce od tego zajęcia i począł mu kawę nalewać. Spróbował bułki świeżéj, czy dosyć przestygła, aby ją bez niebezpieczeństwa wygłodzony żołądek mógł znieść, i przysunął mu filiżankę z kawą. Troskliwość ta ojcowska nie uszła choć roztargnionego oka nieznajomego, w milczeniu pochwycił rękę profesora i uścisnął ja, łza mu się zakręciła w oku.... Otarł ja żywo ręką i zaczął się śmiać... jakby dziwując temu, od dawna niewidzianemu, gościowi.
O białym dniu człowiek ten wydawał się dziwniéj, inaczéj niż w lesie pod dębem, na którym się chciał obwiesić.
Osobliwsza była sprzeczność pomiędzy jego ubiorem, ostatniéj dowodzącym nędzy a postawą i ruchami pełnemi jakiéjś swobody i pańskiego wykształcenia. — Twarz wybladła i wymęczona, pokryta skórą wyżółkłą, zachowała rysy piękne i szlachetne. Czoło miał wyniosłe i zawczasu wypełzłe, oczy czarne wypukłe, osadzone pod zasklepionym śmiało brwi łukiem, nos rzymski, usta małe i ironicznie wygięte. Niegolona i rozrzucona krótka broda, jasna jak włosy, z oczyma czarnemi stanowiła kontrast, nadający twarzy szczególny charakter. Ręce wychudłe, kościste, z palcami długiemi, białe były i delikatne. Siedział, poruszał się, mówił z taką powagą jakąś pańską, jakby łachmany wdział na maskaradę. Straszliwe jednak złamanie, jakby piorunowe uderzenie, wydawała twarz, oczy i ironja uśmiechu zgorzkniałego. — Mógł mieć lat trzydzieści — mniéj może nawet, bo na startém obliczu wieku niepodobna było obrachować.... Niegdyś piękny, dziś wydawał się strasznym.
Odzież, którą miał na sobie, była widocznie zabytkiem lepszych czasów... nie na tandecie kupiona dla okrycia, ale niegdyś przez najlepszego robiona krawca, zużyciem obróciła się w brudne łachmany. Były to resztki elegancji. Podarta koszula, którą widać było z pod rozpiętego surduta, cieniuteńka, ale czarna od pyłu i spękana od noszenia... musiała mu służyć już od kilku tygodni.
Wypiwszy w milczeniu kawę, nieznajomy złożył ręce, na stole się podparłszy.
— Przypatrujesz mi się pan — odezwał się do profesora — jak zagadce. Cóż dziwnego, ja sam nią dla siebie jestem. Ocaliłeś mnie według swego przekonania — nie dopytujże, proszę, o nic — nie mógłbym nic powiedzieć. — Swoich sekretów nie mam, cudzych zdradzać nie mogę. Tyle wam powiem, żem człowiek biedny i że ani ochoty ani sposobu do życia nie mam; ostatnią złotówkę zapłaciłem za kawałek postronka — cóż tu teraz począć daléj....
Profesor należał do tego rodzaju spokojnych ludzi, którzy nigdy głowy nie tracą, wiek w nim żywość poruszeń przytępił a raczéj zmienił sposób, w jaki się objawiały, ale nie zgasił uczucia. Brał on życie, jakiém ono jest w rzeczywistości, i wierzył w to, że siła woli jest niezmierną dźwignią, dokazującą cudów. Przytomność go nigdy nie opuszczała.
— Zawsze jest jakaś rada — rzekł powoli — nie pytam pana, kto jesteś, ale spytać muszę, co umiesz? co możesz robić? Praca to warunek życia — jesteśmy mu poddani... coś robić potrzeba....
Młody człowiek zamilkł długo i sposępniał.
— Nie umiem nic lub nie wiele — rzekł — do pracy nie bardzo nawykłem. Mogę impetycznie bez przerwy dokazywać cudów przez dwadzieścia cztery godziny, nic nie jedząc i nie pijąc, ale potem muszę czterdzieści ośm leżeć do góry brzuchem... o wytrwałość pan nie pytaj.
— Cóżeś pan robił? zwolna, cicho pytał profesor.
Nieznajomy zamyślił się. — Com robił? powtórzył — paliłem doskonałe cygara, polowałem w Afryce na lwy a w Ameryce na bawoły, w Syberji na sobole, w Polsce z chartami na lisy i zające... piłem wino szampańskie butelkami....
Rozśmiał się, w białe dłonie twarz wcisnął i westchnął boleśnie. Nagle potem podniósł zbladłą twarz i dodał.
— Robiłem coś więcéj... byłem sekretarzem u lorda Persy, lektorem u hrabiny Santa-Anna, buch-halterem w Hamburgu u Neumannów i Spółki, w Paryżu pierwszym komisantem u krawca pod Piękną Ogrodniczką; robiłem wiele rzeczy, ale każdą z nich nie długo... zawsze coś takiego wypadło, że musiałem zawód porzucić. Głupia rzecz życie....
— Trudna! trudna! odezwał się stary wzdychając — ale zkądżeś się pan tu u nas w P... uwziął?
Twarz nieznajomego spochmurniała.
— Albo ja wiem — odezwał się — tak jakoś wypadło, żem sobie rodzinny kraj przypomniał... po trosze mnie pono wezwano, to jest wzywano. Stawiłem się za późno... przybyłem, gdy już nie było po co. Wracać nie było za co i do kogo. Tutaj, u was, żyć nudno i trudno — chciałem pójść — precz.... No! i to mi się nie udało.
Zamyślił się i zapytał: Racz mi pan powiedzieć, kogo mam honor zwać moim zbawcą?
— Nazywam się Chryzostom Kudełka.
W oczach nieznajomego błysło jakby jakieś dawne przypomnienie, uderzył się po czole, uśmiechnął.
— A! to widzę pan jakiś nieśmiertelny — przerwał, wpatrując się w niego.
— Nie, ale mam lat ośmdziesiąt — to prawda — śmiejąc się i w uśmiechu pokazując białe, zdrowe zęby, — rzekł Kudełka.
— I herboryzujesz con amore?
— A dla czegóżbym nie miał się bawić i uczyć, póki żyję — począł żywo profesor. No, a waćpan mnie znasz? czyś słyszał....
— Ach! ach! rzekł nieznajomy — chodziliśmy razem na exkursje, alem naówczas miał lat piętnaście.
Spuścił oczy i zamyślił się.
— Więc z tego kraju? przerwał Kudełka.
— Tak — niby.... ale dziś jestem tu — przybłędą, przybłędą — obcym.
Ruszył ramionami. — Trudno, byś mnie profesor sobie przypomniał; byłem nygus wielki — zielnika nie zbierałem, a na egzaminie, jak dziś pamiętam, palnąłem raz zamiast umbilliferae, umbiliciferae.
Profesor zerwał się z krzesła i w szerokie swe białe dłonie plasnął, aż służącą nastraszył.
— Teodorek Murmiński.
— A cóż bo za szalona pamięć! bledniejąc jeszcze bardziéj i cofając się — krzyknął uratowany.
— Nie masz się co zapierać — żywo kończył profesor — po tych czarnych oczach bym cię poznał, ale tak... Murmiński.... Patrzajcież.... Co się z tobą działo?
— Mówiłem — posępnie odezwał się zagadnięty — powiedziałem już wszystko — i zamilkł.
— A no czekajże! czekaj — począł profesor trąc czoło — zaraz wszystko przypomnę. Miałeś tu familję... na panicza cię chowali... któż u licha? zapomniałem....
— Nie miałem familji, bom był sierotą.. począł Murmiński — miałem opiekunkę.. ale — dajmy temu pokój. — Cała ta szczęśliwa przeszłość pogrzebiona na wieki wieków.. nie ma co jéj dobywać...
Mimo tego wezwania profesor niespokojny, zatopiony w myślach zaczął się przechadzać po małym ogródku — bijąc z pamięcią, która mu odmawiała posługi. Nieznajomy ironicznie się uśmiechając, ścigał go oczyma i ruszał ramionami.
— Zawsze taż sama — przerwał po milczeniu dłuższém — zawsze ta poczciwa dusza profesora Kudełki, co się to niegdyś sierotami opiekował i latał dla nich żebrać po drzwiach zamkniętych... Nic dziwnego, żem ja z tego wisusa zmienił się na wisielca, staranny profesorze, ale że wy od lat kilkunastu nie zmieniliście się ani na włosek..., to sztuka...
Profesor zdawał się nie słyszeć tego mruczenia, tak był w myślach zatopiony, nagle stanął i jakby — Eureka — wykrzyknął.
— A tak... pani prezesowa Wa....
— Cichoż! cicho! zrywając się z krzesła — zawołał Murmiński — dosyć, profesorze, dosyć tych przypomnień...
— Mój Boże! przecież sam na sam we dwóch jesteśmy... oparł się stary — przecież mam po staréj znajomości niejakie prawo.. przecież znając mnie powinieneś mieć trochę zaufania — przecież ja wiem... byłeś na wychowaniu u prezesowéj...
Murmiński milczał posępnie.
— Tak! tak, doskonale teraz wszystko mi przychodzi na pamięć, choć temu być może lat — z piętnaście. — Jakby wczoraj... Waćpan byłeś ukochanym wychowańcem prezesowej na równi z jéj synem... który sam dziś jest już prezesem... Z początku wychowywaliście się razem... potem tamtego wyprawiono za granicę... waćpan zostałeś jakby dziecię domu... Mówiono powszechnie, że prezesowa tak się do Todzia przywiązała, iż pewnie mu los obmyśli...
Na to wszystko nie było słowa odpowiedzi. — Murmiński napił się mleka i oglądał zniszczone odzienie... jakby myślał, czy w niém się na miasto pokazać może... Godzina już była, gdy się wszystko przebudzone ruszało... W ulicach mnóstwo było ludzi jadących i idących na targ, na majówki.. do kościołów... Profesor téż doszedłszy, z kim miał do czynienia, nie chciał być natrętnym i umilkł — myślał także....
— Gdybyś był rozsądnym człekiem — rzekł — mógłbym tobie i sobie oszczędzić nieprzyjemności.... Zostawiłbym cię tutaj, a sambym poszedł po jaką taką odzież... żebyś się przebrał — ale z tą głupią myślą we łbie, jak ja cię tu mam porzucić....
Hm... ryzykujmy się iść razem do mnie.... Może się prześliźniemy niepostrzeżeni.... Spojrzał na Murmińskiego, który gałkę z chleba kręcąc... siedział ponury....
— Dasz mi słowo honoru — że sobie nic nie zrobisz? spytał Kudełka.... Lecz w téjże chwili sam nie czekając odpowiedzi przerwał — nie — nie — Człowiek co się chciał wieszać — gotów już i słowa nie dotrzymać.... Chódź....
Na to dictum, nieco ostre Murmiński drgnął, lecz jakby nie chciał odpowiadać, ręką machnął tylko.
— Wiesz co, kochany profesorze, odezwał się, to prawda, że kto w tak niehonorowy sposób miał zejść ze świata, ten tego, co zowią honorem, nie bardzo ceni — alebym ci chciał oszczędzić kłopotu i wstydu.... Porzuć mnie tu na łaskę Bożą, radę sobie dam.... Manja samobójstwa przeszła, kryzys minęła — nie ma niebezpieczeństwa.... Słowa honoru ci nie daję, ale klnę się na pamięć téj świętéj niewiasty, którą znałeś, która dla mnie była więcéj niż matką, bo matką nie będąc, macierzyńskiém kochała mnie sercem.... Klnę ci się na jéj wspomnienie — na życie się nie targnę.... idź, herboryzuj spokojnie... kwituję cię ze wszystkiego, tylko za mleko i kawę zapłać, bo mnie tu przyaresztują....
Kudełka się rozśmiał... i nic nie odpowiadając mrugnął na stojącą służącą.
— Moja panno — rzekł obracając się ku niéj... jestem profesor Kudełka, mieszkam przy ulicy śt. Marcina — wybrałem się z domu jak stary roztrzepaniec — nie wziąwszy sakiewki... muszę iść po pieniądze... powrócę za pół godziny, a w zastaw ci zostawuję tego oto pana, którego nie puszczaj, aż ja przyjdę... bo przepadnie kawa....
Służącą patrzała wielkiemi zdziwionemi oczyma i zaczerwieniła się, była widocznie w kłopocie, nie wiedząc co począć, strach ją ogarnął, żeby oszukaną nie była....
Szczęściem dla profesora we drzwiach nasłuchiwała gospodyni domu, która znała profesora, bo syn jéj chodził do gimnazjum. Widząc sługę zmięszaną, wystąpiła ze drzwi dając profesorowi i dziewczynie znaki.... Kudełka podszedł do niéj i coś jéj poszeptał cicho.... Potem rękę podał Murmińskiemu.
— Czekaj tu pan na mnie, od tego nie odstępuję — proszę.
I szybkim krokiem, jak dwudziestoletni chłopak, wyruszył ku miastu, oglądając się, póki kasztan widać było, czy Murmiński mu z miejsca nie ruszył.
Podparty na rękach ocalony ów biedak siedział jak wryty, oczy mu świeciły zrazu dziko, wlepione bez myśli w ścianę domu... potém zwolna ociężałe powieki zaczęły się przymykać — znużenie jakieś nim owładło, opuścił głowę na stół, położył ją na ręku... i zasnął.
Gospodyni i sługa tego dziwnego gościa powierzonego ich straży pilnowały bardzo troskliwie. Jedna to druga wychylały się ze drzwi naglądając, czy siedzi. Sen nawet nie uspokoił ich, bo posądzały może, iż był zmyślony. Szczególniej pani Frydrykowa, gospodyni domu, któréj chodziło o względy profesora dla syna... stała na straży niespokojna.
Ale dozór ten był przynajmniéj zbytecznym, bo znużony i złamany biedak, zasnął snem tak twardym, nieruchomym, ciężkim, iż go nie łatwo nawet wrzawa blizkiego gościńca obudzić była mogła.
Słońce wcisnęło się swemi promieniami przez liście kasztana, paląc mu wypełzłą głowę, co zmusiło grzeczną gosposię do ustawienia parasola nad nim — a i to go ze snu wyrwać nie mogło. Spał chorobliwym snem głodu, męczarni dusznéj, długiéj i wielu nocy czuwania.
U państwa prezesowstwa Wa... tego właśnie wieczora było tygodniowe ich przyjęcie, herbata, na którą znajomi nieproszeni, albo raczéj raz na zawsze zaproszeni schodzić się byli zwykli. Dom ich otwarty, gościnny gromadził zawsze wielu gości, bo prezes miał znakomite stanowisko w obywatelstwie, prezesowa rodem i stosunkami należała do prastaréj szlachty miejscowéj, a osobistemi przymiotami rozbrajała nawet niechętnych. — Ludzie byli oboje nie starzy; prezes przeszedł już trzydziestówkę, pani, od lat dopiero pięciu zamężna, miała ledwie dwadzieścia kilka. — Znaczny majątek prezesa, piękny posag pani Julji (którą w jéj kółku nazywano poufale Żulietą) — najstaranniejsze obojga wychowanie, świetne stosunki, któremi sięgali oboje aż okolenia królewskiego dworu... koligacje, nader umiejętnie uprawiana wziętość w obywatelstwie, ton najpierwszych salonów europejskich czyniły dom prezesowstwa jednym z tych, do których być przyjętym stanowiło zaszczyt dla człowieka. Złota młodzież, wychodząca w świat, zwykła była dla nadania sobie tonu mówić od niechcenia: — Byłem u prezesowstwa, mówił mi prezes — słyszałem od pięknéj prezesowéj....
Nigdy małżeństwo lepiéj dobraném być nie mogło.
Prezes wychowanym był nadzwyczaj starannie w kraju, potem za granicą, podróżował wiele, wytrawny był, poważny i najnieposzlakowańszych obyczajów człowiek....
Wszystko, do czego jego stanowisko obowiązywało, spełniał z regularnością doskonałego angielskiego chronometra.
Zacząwszy od majestatycznéj jego postaci, ubrania, które się nigdy ani sprzeczało z modą, ani ją wyprzedzało — wszystko w nim w doskonałéj harmonji było i nigdy słowo ani ruch żywszy nie zakłócił majestatycznéj powagi téj pańskiéj natury, wycywilizowanéj wedle najdoskonalszéj metody. Wśród tysiąca można w nim było poznać potomka starego rodu, który pamiętał o tém, że nosił imię obowiązujące i należał do pewnéj sfery, z któréj mu się zstąpić do niższych klas nie godziło ani uczuciem, ani słowem, ani namiętnością ludzką, ani słabością człowieczą.
Rozpoczął życie obywatelskie skończywszy uniwersyteckie studja laude cum maxima, wydoktoryzowany jak się należy, od pomniejszych urzędów obywatelskich szedł stopniami coraz wyżéj, zaszczycony zarówno zaufaniem współobywateli i szacunkiem rządu, którego nigdy w niczém najmniejszą chętką opozycji nie podrażnił. W ogóle prezes był ze wszystkimi dobrze, a najlepiéj z tém, co jakąkolwiek siłę i powagę reprezentowało. Nie potrzebujemy nawet objaśniać, iż był konserwatystą najczystszéj wody, legitymistą, gdzie się tylko nim być dało, i czcicielem legalnego status quo — z poza którego w żadnym razie nie wychodził.
Całą energję swego charakteru prezes dobywał w ważnych wypadkach, aby się na tém stanowisku utrzymać. Był téż jak najlepiéj widzianym u dworu, a obywatelstwo, choć popularnym się być nie starał, ceniło go téż wielce.
Doszedłszy tego wieku, gdy ludzie się żenić zwykli, ani za wcześnie, ani za późno zwrócił swe oczy na szczęśliwą dziewicę, znacznego domu córę — a zawczasu wywiedziawszy się, że tam przyjętym będzie, puścił się w prawidłowe konkury. Panna Julja była jedną z najpiękniejszych cór rodziny, która ich miała kilka... Zdało się, że Opatrzność tę istotę idealną własnoręcznie z najczystszéj gliny ulepiła na małżonkę dla takiego prezesa. — Nic nigdy piękniejszego nie wymalował Dubuffe, ani Winterhalter. Wzrost, postać, kibić, twarz czyniły ją najwspanialszym typem arystokratycznym, jaki sobie wyobrazić można... Utalentowana, miła, grzeczna, pełna taktu... zachwycająca wdziękiem wejrzenia i uśmiechu była pychą rodziny, która ją na ręku nosiła. Na kwiatek ten nigdy mroźny nie powiał oddech, nie doświadczyła w życiu żadnéj z tych niespodzianek, które słodki spokój dziewiczéj duszy zakłócić mogą... rozkwitła jak lilia w piękny dzień wiosenny, uśmiechnięta, z czołem jasném, z sercem bijącém w takt ze starym zegarem domowym... Powiedziano jéj, że prezes był człowiek très comme il faut — znalazła go zobaczywszy takim, jakim sobie dostojnego wyobrażała małżonka... mówili z sobą kilka razy... prezes przywiózł kilka przepysznych bukietów — a potém, potém w atłasowéj sukni, oszytéj koronkami brabanckiemi, z wieńcem kwiatów pomarańczowych na białéj skroni, śliczna Julja podała rękę u ołtarza nieposzlakowanie w czarny frak zaszytemu narzeczonemu i żyli z sobą oto już lat pięć — jak aniołowie w raju... Szczęśliwszego i spokojniejszego małżeństwa nie było na świecie. — Z największą, nadludzką prawie sztuką prezes taił tak swe szczęście, jak gdyby nie chciał, aby je oczy ludzkie dośledzić mogły, piękna Żulietta nazajutrz po weselu była tak nieporuszenie tąż samą, co tygodniem wprzódy — jakby jéj ani na chwilę żywiéj nie uderzyło serce...
W rok po ślubie państwo prezesowstwo mieli syna... we trzy lata pan Bóg dał córeczkę... Dzieci tych, rozumie się, nikt nigdy nie widywał — i po matce poznać dotąd nie było można pięcioletniéj mężatki... Prezesowa lubiła się stroić, ale to należało do obowiązków jéj stanu i położenia...
Dom téż znakomicie był urządzony... Nigdy w niczém braku, nigdy żadnego zbytku... Ojciec prezesa jeszcze kupił był grunt znaczny w mieście, na którym zbudował pałacykowo wygladajacą kamienicę i zasadził ogród, który teraz był jednym z najpiękniejszych. Kwiaty i krzewy z Erfurtu sprowadzano. — Raz w tydzień przyjmowali prezesowstwo wieczorem... kto przyjść był łaskaw. Oprócz tego częste się trafiały obiady dla przybyłych z daleka wydatniejszych osobistości, które w społeczeństwie zajmowały stanowiska zbliżające je do gospodarzy.
Ponieważ prezesowa była muzykalna, wyjątkowo zapraszano téż artystów europejskiéj sławy, ale tych — pomimo największéj dla nich grzeczności umiano zawsze trzymać w pewném przyzwoitém oddaleniu, aby się nie zapominali i na zbyt nie poufalili. —
Prezes był surowym przestrzegaczem tych barjer dzielących społeczeństwo na stada różnych ras, grubo i cienko wełnistych i nie dopuszczał, aby się to lekkomyślnie na stopie niedorzecznéj równości mięszało... — Nie wdawał się w żadne rozprawy w tym przedmiocie, zbywając pytania surowym wzrokiem i znaczącém milczeniem — lecz czynem popierał niezłomne przekonania swoje.
Słowem był to człowiek, który zaszczyt przynosił krajowi, którego słowo ważyło wiele — a wyraz każdy powiedziany powtarzano z ust do ust, podając sobie jako pełen głębokiego znaczenia.
Tego wieczora prezesowa nad wszelki wyraz piękną była... Płeć jeszcze zachowała dziewiczą, kibić wysmukłą, a że suknie noszono dosyć otwarte, mogli goście podziwiać spadek ramion jakby dłutem Praxytela wytoczony... Uśmiech łagodny igrał po jéj różowych ustach. Miała na sobie suknią blado słomkowego koloru z liliowemi ozdobami, w któréj cudnie jéj było do twarzy. Kilka zielonych liści wodnych roślin stanowiły całe przybranie kruczych warkoczów, nadzwyczaj obfitych i połyskujących... Prezes w czarnym fraku pilnował drzwi, bo był nadzwyczaj grzecznym, uważającym i nigdy ani etykiecie, ani człowiekowi nie chybił.
Prawdziwy człowiek wielkiego świata miał téj grzeczności kilkanaście różnych form, które zastosowywał mistrzowsko — nigdy z fałszywego nie zagrał tonu, każdemu podobać się umiał, wiedział, jak i o czém do kogo przemówić, a mierzył uśmiech, słowo i uścisk ręki, jak dobry kupiec mierzy i odważa towar.
Ktoby był chciał się przypatrzyć, gdy witał swych gości, jak jednemu podawał całą dłoń, wstrząsał nią, ściskał, drugiemu wydzielał kilka palców, niektórym wysuwał jeden lub półtora, innych zbywał ukłonem grzecznym, trzymając ręce pod frakiem lub nagle chwytając chustkę, — byłby mógł całą skalę dostojności, znaczenia wagi tych panów wymierzyć. Prezes nigdy się nie zapomniał, nigdy nie rozgorączkował, nigdy nie dał owładnąć nierozumnemu uczuciu — był zawsze panem siebie i to go nader stawiło wysoko.
Jako jeden z dostojników towarzystwa miłosierdzia chrześciańskiego, które wzięło na siebie pieczę nad ubogimi miasteczka — nie było przykładu, ażeby kiedy prywatnie dał grosz ubogiemu, nie wyegzaminowanemu poprzednio z katechizmu i przebiegu życia. — Nie ma wątpliwości, że nieraz go to wiele musiało kosztować — ale mężnie stał przy zasadach, a prezesowéj téż trzeba oddać tę sprawiedliwość, że choć z większém sercem niewieściém, ściśle szła za jego przykładem.
Salon zaczynał się napełniać powoli. — Nie widywano w nim nigdy, jak to się gdzieindziéj trafia, téj mięszaniny smutnéj ludzi różnych warstw towarzyskich, przekonań, wychowania i maniery — tu — wybór tylko był i śmietanka.
Mogłeś być pewnym, że nie spotkasz tu barbarzyńca, któryby nie umiał po francuzku, nie widział Paryża, nie należał do jakiego bractwa, nie nosił jakiegokolwiek tytułu, lub tytuliku i nie miał kilku przynajmniéj tysięcy talarów dochodu. — To téż nic milszego nie było w świecie nad salon pani prezesowéj.
Tego wieczora, właśnie gdy już kilkanaście osób należących do najlepszego towarzystwa znajdowało się w salonie, a sam prezes, wedle zwyczaju, w pół jego szerokości wyczekujące zajmował stanowisko — we drzwiach ujrzano figurę tak jakoś od razu nie kwadrującą z prawidłowymi postaciami zebranego kołka, iż prezes, zobaczywszy ją, chwilę stał jakby osłupiały, dopiero zebrawszy myśli (co było można poznać po brwiach ściągnionych mocniéj, niż zwyczajnie) postąpił parę kroków naprzeciw przybywającego.
Ten wsuwał się tak nieśmiało, czarny stary kapelusik trzymając oburącz przed sobą, jakby przepraszał z góry, iż śmie wchodzić w tak dostojne grono. Był to mały, chudy ale rzeźwy staruszek z siwemi zupełnie włosami, z uśmiechniętą twarzą, postępujący małemi, nieśmiałemi kroczkami i zatrzymujący się bojaźliwie. Starego kroju frak granatowy z wysokim kołnierzem i dużemi żółtemi, jawnie dziś na nowo wyczyszczonemi guzikami okrywał go dosyć nieszykownie.... Na szyi miał grubo zawiązaną chustkę białą ze znakomitym fontaziem, kamizelkę pikową krochmalną i spodenki, które długie znać leżenie w szufladzie skróciło tak, iż miedzy poczernionemi butami a niemi skóra naiwnie żółtawa niepotrzebnie się ciekawiła. Koniec pięknéj białej chustki od nosa puszczony z kieszeni fraka, jak zwiędły kwiat lilji spoczywał na obszernych połach. — Stare dewizki od zegarka sztucznie wydobyte z pod fraka na światło dzienne malarski tu czyniły efekt....
Był oryginalny i pocieszny poczciwy profesor Kudełka — ale nikt lat ośmdziesięciu nie nosi bezkarnie...
Prezes poznawszy go, przystąpił doń z miną poważną mecenasa nauk i męża szanującego uczonych; uśmiechnął się dobrotliwie, wyciągnął jedną rękę aż z dwoma palcami i podał ją Kudełce.
— Szanownego profesora! zawołał — a to święto nad świętami — pana dobrodzieja w salonie zobaczyć... Czy znasz moją żonę?
— Miałem honor być prezentowanym! nizko się kłaniając, rzekł cicho bardzo profesor...
— Żono — odezwał się prezes wskazując przybyłego — pan profesor Kudełka...
Prezesowa z uśmieszkiem protekcjonalnym skłoniła głowę.
Profesor jak okradziony, z kapeluszem na piersiach, pozostał wśród salonu niewiedząc, co zrobić z sobą, z rękami i z tym nieszczęsnym kapeluszem... Naostatku i to go mitrężyło, iż czuł a raczéj jasnowidzeniem jakiémś przeczuwał, że cholewy od butów bezwstydnie wyjdą na jaw... Już w drodze używał wszelkich środków mogących do normalnego stanu przyprowadzić okrycie granatowe, w przedpokoju własnoręcznie je poobciągał... tymczasem... czuł, wiedział, był pewnym, ze bunt nastąpi. —
— Musisz się pan profesor cieszyć taką śliczną, kwiecistą wiosną, wtrącił gospodarz widząc zakłopotanie gościa... Cóż to za piękne mamy kwiaty...
— Prawda! odezwał się profesor dobywając z ciężkością głos z piersi, stłumiony zakłopotaniem — boże dziatki radują się słońcu... a tak to buja! buja! a tak się to śmieje, a pachnie... a błyszczy...
— Żebyś widział ogród mojéj żony, dodał prezes, rad się pozbyć profesora i zrzucić go niewieściemu kółku, bo właśnie rozprawiał o nowém towarzystwie kredytowém...
Profesor zwrócił wzrok i ukłon ku prezesowéj, ale się z miejsca nie ruszył.
— To flora aklimatyzowana, nie nasza — rzekł, to są przybysze z różnych stref i z różnych świata części, a ja — najbardziéj lubię nasze kwiateczki, te, co to sobie dziko rosną, gdzie je pan Bóg posiał lub posadził...
Prezesowa odgadłszy męża, odezwała się, chcąc profesora ku sobie odciągnąć...
— A i ja téż mam w ogrodzie nasze kwiatki!
Kudełka się uśmiechnął, lecz został na miejscu jak wkuty... Nie wiadomo, jakby się było to skończyło, — gdyby nowy gość nie ukazał się na progu. Był to przybyły z nadsprejskiéj stolicy dygnitarz, ku któremu gospodarz szybkim krokiem podbiegł niemal do progu, potrąciwszy nawet profesora, za co go nie miał czasu przeprosić... Kudełka zmieszany jeszcze bardziéj, cofnął się kroków parę, powiódł oczyma po przytomnych — nikogo nie znalazł znajomego...
Położenie staruszka było nad wyraz przykre; co żyło, otoczyło dygnitarza, rozmowa wszczęła się po francuzku a profesor, choć ten język umiał doskonałe, mówił nim nie ceremoniując się zbytecznie z wymawianiem.
Zostawiony sam sobie, nie bardzo pewien, czy wypadało mu usiąść, jeszcze mniéj pewny, gdzieby było najprzyzwoiciéj zająć miejsce; w ostatku wpadłszy na smutny tor myśli, iż siadając, może żółtą ową skórę jeszcze więcéj na światło dzienne wyprowadzić — profesor został w smutnéj zadumie nad znikomościami świata tego. Robiło mu się zimno, gorąco; czuł, że mu paliła twarz, że krew po żyłach biegła jak spłoszona, to się nagle zatrzymywała — słowem stan to był tak nieznośny, iż Kudełka całéj siły ducha potrzebował, by dotrwać na stanowisku.
W dodatku do tych nieszczęśliwości profesor nie przybył tu dla zabawki, miał pewny cel i zamiary — chciał sam na sam pomówić kilka słów z prezesem a tu skład towarzystwa najmniejszéj mu nie dawał nadziei, ażeby śród tak dostojnych gości on ubożuchny nauczyciel, mógł do gospodarza przystąpić.
Lecz profesor Kudełka był człowiekiem mężnym, westchnął, zrezygnował się i pozostał, mało się tylko usunąwszy od środka salonu.
Są przecież litościwe serca na świecie, nawet w takich prawidłowo urządzonych domach, w których się im popisywać z tém uczuciem nie dozwala decorum.
W rzędzie pań, za kołem otaczających prezesową, siedziała osoba nie młoda, w czarnéj sukni także nie bardzo świeżéj, skromnie ubrana i bez pretensji. Dosyć otyła, nie piękna wcale, jejmość ta, jakby z obowiązku tu przybyła, siedziała głęboko w fotel wsunięta, ze złożonemi na piersiach rękami, wachlując się od niechcenia... Wzrok jéj błądził po salonie i uszy nie zdawały się śledzić francuzkiéj rozmowy z dygnitarzem.
Spostrzegła ona zakłopotanie Kudełki, uśmiechnęła się łagodnie, wstała powoli i wprost przyszła do niego. Profesor poznał w niej doktorową X. z domu — (wierzcie czy nie wierzcie, jak się wam podoba) hrabiankę W. — To jéj świętéj pamięci hrabstwo dawało wstęp do salonu prezesowéj, któréj była blizką krewną. Zacna doktorowa znała dobrze Kudełkę, litość ją ku niemu przyprowadziła. Profesor zobaczywszy to i zmiarkowawszy, że ku niemu dąży, byłby jéj padł do nóg przez wdzięczność. Doktorowa najzacniejszą w świecie była istotą a razem najprostszą, najserdeczniejszą, i — co jéj w oczach prezesowéj szkodziło bardzo — śmiałą wyznawczynią swych przekonań... czasem excentrycznych i w niebywałe formy ubranych.
Obawiano się doktorowéj w towarzystwie, bo choć zwykle aż do zbytku była milczącą, gdy jéj jaka urzędowa niedorzeczność dopiekła — brała na kieł i mówiła rzeczy, od których piękne uszy więdły...
— Co téż ty tu, mój biedny profesorze, robisz? jakeś ty się tu zabłąkał? na miłość Boga! zawołała witając go — a to coś osobliwszego jegomości zobaczyć na woskowanéj posadzce...
— Pani dobrodziejko — uśmiechnął się Kudełka — to prawda — wyznaję, wybrałem się wedle niemieckiego przysłowia... jak osieł na lód tańcować... ale niemieckiemu osłowi, wedle tegoż dyktu zbiera się na taniec, gdy mu bardzo dobrze... a mnie...
Nie dokończył.
Doktorowa mrugnęła nań — Chodź no, chodź, siądziemy sobie starych dwoje na uboczu i pogawędzimy...
Profesor o butach zapomniawszy posunął się za doktorową — hrabiną. W kącie oddalonym salonu była kanapka i krzesło... Pani zajęła miejsce na niéj i chciała przy sobie posadzić Kudełkę, ale ten skromnie zajął miejsce obok na krześle... Ogromny ficus zimnemi swemi liśćmi botanika ocieniał. Doktorowa patrzała na staruszka, którego lubiła bardzo, i uśmiechała się ciągle. — On w niéj znał też złote serce... miał ufność zupełną. — Mówił sobie, że mu ją Opatrzność zesłała...
— Kochany profesorze, ty co zwykle w téj godzinie — lub wcześniéj z kurami idziesz na spoczynek — poczęła jejmość, ty, co po salonach bywać nie lubisz... powiedz mi, ale szczerze, co cię tu mogło sprowadzić. — Bo to, nie bez kozery.
Westchnął stary.
— Zgadłaś pani — nie bez kozery, chciałem na osobności... tak... tego... mieć zręczność pomówić z prezesem...
Doktorowa ramionami ruszyła.
— Widzę, że to dziś nie będzie łatwo, dużo gości, mówił profesor — a tak w inne dni i inne pory dnia do prezesa lokaje nie dopuszczą.
— Czybyś potrzebował czego od niego?
— A! nie! nie! — wyparł się Kudełka tak chciałem pomówić...
— Mów bo prawdę...
— Szczerze mówię... ale...
— Cóż to — sekret jaki? wtrąciła pani. —
— Nie, nie, żadnego nie mam, prosta ciekawość.
— Może też i jabym ją zaspokoić mogła? a ze mną sprawa łatwiejsza — dodała doktorowa — poczciwy nasz prezes, okrutnie krochmalny...
Profesor ręką zaprotestował... Namyślał się głęboko... nareszcie począł przysunąwszy się bliżéj.
— Prosta to jest niedorzeczność z mojéj strony — Widzi pani dobrodziejka, stary pedagog, stary kawaler bezdzietny mam ten zwyczaj że mnie moi uczniowie i losy ich obchodzą... Otóż jednego z nich... który — który — który się w domu staréj prezesowéj, wychował — (wyrzucił nagle Kudełka patrząc bojaźliwie na twarz doktorowéj) losy mi są zupełnie niewiadome... Był to chłopak...
— Któż!... może Todzio Murmiński... jakby przestraszona, po cichu przerwała pani. —
Profesor głową dał znak potakujący...
— Na miłość Boga — otóżeś się wybrał — człowiecze... zawołała zasłaniając się wachlarzem... Cóż ci się stało!! W tym domu tego nazwiska wyrzec się nie godzi! To szczęście i łaska Boża, żeś się przyznał przedemną... Ani słowa o nim! ani słowa...
Profesor zbladł, głowę pochylił, a szeroki kołnierz starego fraka jakby go chciał utulić podniósł mu się aż do uszów... On sam trwożliwie z pod niego wejrzał ku siedzącéj przy nim doktorowéj, która żywiéj coraz wachlarzem rzucała, spoglądając na staruszka z rodzajem politowania.
— Ależ to był prawie jak syn przybrany? jakby dziecię domu? szepnął profesor — Czy co zbroił? czy mu miano do zarzucenia? dla czegożbym nie miał choć zapytać o niego — mówił daléj. — Ja przecie nic nie wiem... nic...
Doktorowa ramionami ruszyła zniecierpliwiona, pochyliła się ku niemu i poczęła po cichu.
— Jesteś stare dziecko, mój profesorze. Zkąd ci tak nagła mogła przyjść ciekawość? Ten Todzio był podobno w ostatnich... ruchach... potém się okrutnie zaawanturował... Prezesowa czując swój zgon kazała go powołać.., ale go znaleść nie mogli... Prezes go znieść nie może...
— Ja pytam pani dobrodziejki — czy na nim cięży jako plama, dodał stary.
Znowu doktorowa ruszyła ramionami.
— O żadnéj plamie nie wiem... ale wiem, że go tu nie cierpią, że tu jego nazwiska wspomnieć nie wolno, że prezes się rumieni z gniewu, gdy kto go przypomni... Człowiek tak wytrawny... a w tym jednym razie opuszcza go zwykła powaga... coś więc być musi...
Prezesowa nie przyznając się, ażeby co wiedziała, uśmiechała się ironicznie, dziwnie jakby tylko nie chciała lub powiedzieć nic — nie mogła, poczciwy Kudełka nic nie rozumiał.
— Moja mościa dobrodziejko, odezwał się po długim namyśle — przecież mnie nie zabiją, gdy spytam a zapytać muszę, bo — bo mnie los tego chłopca obchodzi.
— Chłopiec ten, żywiéj poczęła pani — wedle wszelkiego podobieństwa nawet już pewno nie żyje... Przybył tu na chwilę po zgonie swéj opiekunki... nie wiem co wówczas między nim a prezesem zaszło...
Poprawiła się zaraz pospiesznie.
— Nie wiem nawet czy co zaszło — nic niewiem... ale znikł... powiadają że czy do Jndji czy do Chin się najął na statku i jak w wodę wpadł...
Nastąpiło milczenie długie — profesor się zamyślił, lecz odzyskał zwykły swój spokój i równowagę ducha. Doktorowa która ciągle się przypatrywała, dostrzegła, że mu się twarz rozjaśniała.
— A więc złego o nim nie ma nic — dodał — to chwała Bogu! Chwała Bogu...
— Cóż on cię obchodzi! spytała schylając się stara... czy cię doszły jakie o nim wiadomości?
— Obchodzi mnie, wymijając drugą część zapytania rzekł profesor — no — jako dawny mój uczeń nic więcéj... Bądź co bądź grzecznie spytam prezesa, byle się nastręczyła zręczność? Jużciż się pogniewać nie może...
— Pogniewa się niezawodnie i zrobisz mu przykrość! przestrzegła doktorowa chwytając go za rękę... proszę cię — daj temu pokój.
— Ale — muszę!.., muszę! zimno odpowiedział stary... jestem uparty...
Nie było co dłużéj z nim dysputować — całą pociecha dosyć niespokojnéj doktorowéj było to tylko, że wedle wszelkiego podobieństwa, profesor nie znajdzie sposobności rozmówienia się z prezesem... W chwili, gdy jeszcze miała dalszą prowadzić rozmowę, głos srebrny pięknéj Żuljetty odezwał się powołując ją na świadka w jakiejś sprawie. Doktorowa musiała wstać, ale odchodząc ścisnęła rękę staruszka i szepnęła żywo.
— Daj temu pokój, daj pokój...
Kudełka, posiedziawszy chwilę na kanapie zadumany, poruszył się późniéj, lecz wbrew radzie doktorowéj z mocném postanowieniem zagadnięcia gospodarza, jeśliby się tylko trafiła zręczność po temu.... W téj chwili do niego i do stolika przysiadł się dawny uczeń — dziś ogorzały obywatel wiejski, człek dobrego humoru i serca.... Zaczęli się śmiać przypominając studenckie czasy. — Obywatel zapraszał dawnego profesora na ekskursję do siebie. Tak upłynął kwadrans czasu, podano herbatę... pili ją razem u tego oddalonego stolika. Kudełka nie widział, zagadawszy się, że często niespokojny wzrok doktorowéj śledził jego ruchy i czynności. Po herbacie mężczyźni zasiedli do gry w pierwszym salonie i bocznym gabinecie, gospodynię wielbiciele jéj talentu uprosili, aby grała. Fortepian stał w bocznym saloniku... obywatela odciągnięto do whista. Gospodarz, który jako gospodarz nie grał, znalazł się tak jak sam na sam z profesorem.... Zbliżył się więc i usiadł przy nim.
Kudełce twarz rozpromieniała.
— Teraz — rzekł w duchu — teraz albo nigdy; ale trzeba rzecz zręcznie naprowadzić, jak gdyby sama z siebie przyszła.
Rozmowa poczęła się obojętnie. — Prezes był wesół i uprzejmy — mówiono o dawnych czasach, o wieku, o starości....
— Otóż to — odezwał się prezes — jak to pięknie, przykładnie spędzone życie wypłaca się miłą, zdrową, czerstwą starością. Pan dobrodziej jesteś tego najlepszym przykładem. Wszystkie zachowałeś władze i taką młodzieńczą świeżość ducha... ja panu zazdroszczę....
— A! mości prezesie dobrodzieju — dalipan, nie ma czego — westchnął profesor. Natura dała człowiekowi to władz jego osłabienie w dobroczynnym celu, ażeby mu zgon uczynić mniéj bolesnym. Traci się pamięć, zmysły, żywość wrażeń i powoli, stopniowo przechodzi w ten stan spoczynku, po za którym... królestwo śmierci i rzeczy zagadkowych.
Prezes spojrzał, widocznie mu się zagadkowe rzeczy jako dowodzące sceptycyzmu nie podobały.
— Kochany profesor żyć nam będziesz więc bardzo długo, boś jeszcze przy wszystkich, dzięki Bogu, władzach i w sile.
— Tak, po troszę coś mi zostało — rzekł stary — najbardziéj się cieszę, że mi Pan Bóg pamięć zachował, bo utrata jéj byłaby dla mnie najprzykrzejszą. Czy uwierzy pan prezes, że ja moich dawnych uczniów wszystkich, ale to wszystkich, tak pamiętam z twarzy, mowy, miny, jakbym ich widział wczoraj.
Doktorowa znać niespokojna o rozmowę, przysunęła się w téj chwili do stolika, lecz prezes poprosił ją, żeby żonie pomogła przy gościach. Rada nie rada, rzuciwszy wejrzenie na starego, oddaliła się ociągając.
— Ja takiéj pamięci nie mam — dodał prezes.
— Ale — choć może nie w miejscu, lecz w związku z tą moją pamięcią, która jest razem pociechą i utrapieniem mojém — wszak ci to w domu i pod opieką pani prezesowéj matki wychował się niejaki Teodor Murmiński....
Profesor mówił zwolna i chłodno, patrząc w oczy prezesowi... lecz z już w pół niedokończonego frazesu postrzegł, iż lepiéjby był może zrobił, usłuchawszy rady doktorowéj. Prezes, który siedział nieco zgięty na kanapie, począł się prostować, twarz oblała mu się purpurą, oczy zaogniły i niespokojne wpiły w twarz mówiącego, usta drgały, czoło się fałdowało — słowem, wrażenie nagłe, którego pohamować nie miał czasu ani siły, wybiło się tak wyraziście w jego rysach, że Kudełka zalękniony — umilkł. Prezes téż, choć obowiązany do odpowiedzi, długo milczał, znać szukał takiéj, ażeby wszelką dalszą rozprawę o niemiłym mu człowieku zamknęła.
— Nie wiem — rzekł — co się z nim stało.
W głosie czuć było gniew; oczyma zdawał się szukać w twarzy starego, czy wzmianka ta przyszła w istocie przypadkowo, czy może była obrachowaną, umyślną, uczynioną dla dotknięcia go boleśnie. Kudełka siedział niewinny i spokojny.
— Szkoda chłopca — odezwał się — był żywy do zbytku, roztargniony, ale zdolny....
Ironiczny uśmiech rozlał się po ustach prezesa, który drżał cały jakby ze źle tamowanego gniewu. Zdawało się, że chciał coś powiedzieć, zagryzł usta, rzucił na profesora surowym, pełnym wyrzutów wzrokiem i chciał wstawać. Kudełka miał wolę żelazną i w ważniejszych sprawach odwagę daleko większą niż wchodząc do salonu.
— Może to nie dyskrecja będzie z méj strony, począł chłodno, ale staremu to darowane, że o losie dawnego ucznia chce wiedzieć. Wiadomo to powszechnie, iż ś. p. prezesowa żywo się tym wychowańcem zajmowała. — Państwo też zapewne tę świętą po niéj przejęliście spuściznę. Dla czegóż tak znikł.... co się z nim stało? czy co zawinił?
W prezesie widocznie wrzał gniew co raz do stłumienia trudniejszy.
— Mój profesorze — odezwał się tonem pańskim i imponującym — nie pytaj mnie proszę i nie przywodź przykrych wspomnień. Chłopak nie wiele zasługiwał na tę opiekę, jaką mu dano.... Zbrodni nie popełnił, lecz rad jestem, żeśmy się go pozbyli. — Jest to zwykły tryb rzeczy ludzkich, że się za dobrodziejstwa odbiera w zapłacie najczarniejszą niewdzięczność.
To mówiąc prezes wstał, wyprostował się dumnie, otarł czoło, oczyma powiódł po sali, skierował je na zdumionego profesora i już odchodząc zwrócił się jeszcze....
— Czybyś pan co o nim wiedział? spytał przystępując do niego.
Kudełka miał w życiu za zasadę, nawet gdy szło o rzeczy najdrobniejsze na pozór, nigdy nie kłamać. Dla niego było to zadaniem godności człowieka i sumienia. — Pomyślał nieco.
— Właśnie dla tego, że o jego przeszłości nie wiedziałem, chciałem pana prezesa prosić o objaśnienie.
Zadowolniony tą odpowiedzią, nie biorąc ściślej wyrazu — o przeszłości — prezes się oddalił, widocznie mocno wzruszony.
Doktorowa, która z drugiego pokoju czatowała na koniec rozmowy, usiłując ją odgadnąć z twarzy i ruchów dwóch tych panów — wysunęła się zaraz i, nim Kudełka miał czas, zabrawszy z kanapy swój kapelusz i umieściwszy go na piersiach, wyśliznąć się z salonu, przyszła pospiesznie do niego.
— Mówiłeś co z prezesem o nim? zapytała żywo.
— A jakże — odparł stary.
— Cóż ci odpowiedział?
— Dał mi do zrozumienia, że mu tamten coś zawinić musiał — niewdzięcznością....
— Twój upór czy stałość — przerwała doktorowa — dowodzi mi, że pytanie prostą ciekawością nie było.... Jeżeli co o nim wiesz, mam ci jedną przyjacielską radę do dania. Nie mięszaj się do tego.
— Ja się nigdy w cudze sprawy nie mięszam — spokojnie rzekł Kudełka — i kłaniając się myślał odchodzić.
Doktorowa zastąpiła mu drogę.
— Nie ustąpię — kochany profesorze, musisz do mnie jutro przyjść na objad... koniecznie.
Zamyślił się stary — chwyciła go za rękę spoczywającą na kapeluszu.
— Jutro, o godzinie drugiéj... koniecznie.
Profesor się skłonił milczący... doktorowa ustąpiła zwolna, a on ogladając się do koła... powoli wysunął sie za drzwi.
Niespokojny wzrok prezesa stojącego w głębi sali poszedł za nim i ramiona poruszyły mu się gwałtownie. Widocznie potrzebował na uboczu stojąc przyjść do siebie, tak go niezręczne wspomnienie staruszka ubodło i dotknęło.

∗             ∗

W blizkości kościoła Świętego..... w kamieniczce do niego należącéj żył od lat bardzo wielu, dawniéj prałat kapituły, dziś emeryt, który się od wszystkiego usunął i wyczekiwał tylko, kiedy go Pan Bóg do siebie powoła. Była to niegdyś jedna z najjaśniejszych gwiazd duchowieństwa — mąż głębokiéj wiary, nauki wielkiéj, charakteru energicznego, prawości nieposzlakowanéj, obyczajów nieskazitelnych.... Sławny, ukochany, wywierający wpływ potężny na wszystkie społeczeństwa klasy, prawdziwy kapłan Boży i apostoł ksiądz Jeremi Zaklika zszedł z czasem, postarzawszy, na zapomnianą zupełnie istotę biedną, osamotnioną, o któréj nikt nigdy nie wspomniał, a gdy się jego imię w rozmowie o czasach przeszłych trafiło, byli ludzie, którzy zapytywali — czyż on jeszcze żyje? i z podziwieniem dowiadywali się, że dotąd nie umarł.
Ubolewamy nieraz nad losem zawcześnie umarłych, lecz jakże często należałoby się użalać nad tymi, co żyli za długo i mieli czas widzieć siebie i swą wielkość chwilową pogrzebaną za żywota!! Ksiądz Jeremi, jak prawy chrześcianin, wcale nie bolał nad swą dolą, a był już tak złamany chorobą i chwilami tak zdzieciniały, tak dziwaczny, że ludzie jego mało rozumieli i on ludzi nie bardzo dobrze pojmował. Przychodziły nań chwile zupełnéj niepamięci — zapominania się, apatji — a czasem, czasem znowu, gdy go coś, czy człowiek czy pora, słońce czy zdrowie orzeźwiło, stawał się młodym, rzeźwym, dowcipnym i niezmordowanym gadułą. Były dnie, że się potém od niego słowa dopytać stawało niepodobieństwem.
Nie wiele osób go teraz odwiedzało. Ludzie o tych, co się im nie przypominają, zapominają łatwo. — Prałat się na to nie uskarżał, lubił samotność i swój cichy kątek. Paweł, sługa jego od dzieciństwa, mało co od niego młodszy — pilnował go jak dziecka, bo ks. Jeremi z trudnością mógł bez pomocy przejść przez pokój i cały dzień w wielkim fotelu przesiadywać musiał. Odmawiał jednak regularnie swój brewiarz, a w pewne godziny przychodzącemu klerykowi kazał sobie czytywać św. Augustyna lub św. Bernarda.
W święta czasem i w niedziele ktoś go z dawnych znajomych odwiedził.
Całe mieszkanie ks. Jeremiego składało się z dwóch pokojów, sypialni i izby dla Pawła. W lecie miał przy tém ogródka kawałek, gdzie w cieniu upały przesiadywał....
Za życia pani prezesowéj Wa... prałat bywał często w tym domu, szanowała go wielce sama pani, i w chwili zgonu jeszcze, choć już był chory i z trudnością mu się z miejsca przychodziło ruszyć, wezwała go koniecznie do ostatniéj jeneralnéj spowiedzi z całego życia. Ks. Jeremi kazał się dwom ludziom do powozu wsadzić, pojechał, dopełnił obowiązku a po powrocie jeszcze mocniéj zachorowawszy, już odtąd wcale wychodzić się mógł.
Te stosunki z domem Wa... obowiązywały i syna do odwiedzania czasem prałata, lecz ludzie utrzymywali, że prezes go nie lubił. Po czém się tego domyślali, nie wiadomo, gdyż powierzchownie żadnej oznaki innéj, prócz najwyższego szacunku dostrzedz nie było można....
Od śmierci prezesowéj kilka już lat upływało... starzec miał się co raz gorzéj... dni zupełnego opadnięcia z sił częstsze teraz bywały a stan ten widocznie prezesa niepokoił, bo się niemal co tydzień o prałata dowiadywał.
Nieszczęściem prawie zawsze tak trafił, że staruszek mówić z nim nie mógł, a nawet nie było pewności, że go poznawał.
Nazajutrz po wieczorze, na którym się profesor znajdował, chociaż niedawno prezes odwiedzał ks. Jeremiego... o zwykłéj godzinie dwunastéj zapukano do pierwszych drzwi. Paweł wyjrzawszy przez okienko — zdziwił się mocno, zobaczywszy znowu znaną sobie, a bodaj nie bardzo miłą, twarz prezesa. — Lecz że wszyscy dostojnego pana szanowali i chybić mu na żaden sposób nie było podobna, Paweł choć syknął, drzwi zwolna otworzył. — Prezes wszedł po cichu do przedpokoju.
— A cóż ks. prałat? spytał.
Paweł głową tylko pokiwał.
— Cóż? rzekł stłumionym głosem — jak zwykle... siedzi w fotelu i drzemie.
— Czy dziś nie był przytomniejszy?
— Zrana niby ożywił się był trochę — mówił służący, ale już od dwóch godzin po brewiarzu... siedzi tylko nieruchomy na krześle.
Prezes się chwilkę zawahał, spojrzał na Pawła, którego mina widocznie była odradzającą — i pomyślawszy trochę, na palcach do pokoju się wśliznął.
Izba była obszerna, staroświecka, sklepiona, ale wystawiona ku południowi, miała słońce, którego promienie weselszą ją czyniły nieco, niżby się o mroku wydała. — Umeblowanie było tak odwieczne jak gospodarz, kanapka włosieniem pokryta, takież krzesła, stolik założony książkami, kilka półek zapylonych. U stołu w ogromnym fotelu skórą wybitym i znać długo używanym siedział ks. Jeremi. Zdala widać tylko było jego głowę na piersi spuszczoną, trochę włosów srebrnych i czarną na nich piuskę, która łysinę okrywała. Mocno przygarbiony, siedział z rękami złożonemi na piersiach, z oczyma zamkniętemi, z ustami pół otwartemi, nie wiadomo śpiąc, czy zadumany. Szelest go jednak rozbudził. Podniósł ostrożnie, wolno powieki i zobaczywszy prezesa natychmiast je znowu spuścił.
Gość postępował bardzo powoli ku fotelowi, tak że Paweł miał czas go wyprzedzić, znanym krokiem zbliżył się do swego pana i szepnął mu do ucha.
— Pan prezes...
Nic nie mówiąc, drżącą ręką prałat wskazał na krzesło, w rysach jego twarzy odmalowało się wrażenie jakieś bolesne. Zamruczał coś zupełnie nie zrozumiałego.
Prezes usiadł...
Po krótkiéj chwili oczy zbladłe ks. Jeremiego odkryły się znowu, popatrzył na siedzącego i zamknął je... jakby znużony...
— Jakże zdrowie ks. prałata? zapytał prezes cicho.
Długo trzeba było oczekiwać na odpowiedź, na ostatek — dał się słyszeć szept niewyraźny.
— Jednakowo...
— Myślałem, że wiosenne powietrze odżywi cokolwiek..
Ks. Jerem i potrząsł głowa...
— I dziś więc — rzekł wyczekawszy prezes ze smutną bardzo i zakłopotaną twarzą — trudno się nam będzie rozmówić dłużéj... czego pragnąłem od dawna.
Całe oczy prałata otwarły się żywo i wlepiły jasne w mówiącego, jakby się dopiero przebudził. Zdawało się, że uczynił wysiłek jakiś — ażeby więcéj téj upragnionéj prezesowi rozmowy nie zwłóczyć. Westchnął tylko...
— Mów acan dobrodziéj... proszę mów... odezwał się nieco silniejszym głosem, podnosząc dotąd spuszczoną na piersi głowę, — proszę. —
Trochę niecierpliwości zdradzały ruchy starca; głowa mu się trzęsła... a jednak starał się ją na ramionach utrzymać tak, aby gościowi wprost patrzeć w oczy.
— Tyle już czasu upłynęło od śmierci mojéj nieboszczki matki — odezwał się prezes oglądając po pokojach i znać lękając, aby go sługa nie podsłuchiwał.
Zawszem pragnął od ks. prałata, który byłeś jéj przyjacielem i powiernikiem, dowiedzieć się, czy mu jakiéj swéj ostatniéj woli nie zleciła...
Staruszek przysłuchiwał się bardzo bacznie — oczy mu się coraz więcéj ożywiały. Odetchnął jakby go dusiło w piersiach, parę razy dłonią suchą uderzył po krzesła poręczy...
— Świętéj pamięci prezesowa — rzekł powoli — nie potrzebowała mi żadnéj swej woli zlecać. Miała Waćpana jako jedynego syna. Zresztą do duchownego sumienie tylko należy... sumienie.
Prałat rzadko mówił tak wiele i tak żywo, prezes więc chciał znać korzystać z chwili rozbudzenia.
— Przepraszam najmocniéj ks. prałata, żem tak dokuczliwy — rzekł — czczę pamięć mojéj matki i dla tego....
Prałat kilka razy mocno uderzył w poręcz krzesełka.
— Jesteśmy sami — dodał prezes, zbliżając się wstawszy z siedzenia — między nami Bóg jeden tylko — mówmy otwarcie.
Głos zadrżał prezesowi.
— Kochana matka moja — mówił daléj — w chwili zgonu i na jakiś czas przed nim nie zupełnie była przytomną. Choroba czyniła ją drażliwą... przewidywały się jéj różne, niebywałe rzeczy... marzenia chorobliwe. Ztąd obawa, aby, nie będąc panią wszystkich władz swoich....
Prałat nie dał dokończyć prezesowi, głowę podrzucił gwałtownie do góry, ręce załamał i nogą w stołeczek tupnął.
— Ale co mi to asindziéj mówisz — ozwał się piskliwym od wysiłku głosem — co mówisz na tę zacną matkę swoją, to fałsz! to fałsz!
I rękami jakby odpychając potwarz począł rzucać gorączkowo. Prezes nagle zamilkł... cofnął się i usiadł na swém krześle zamyślony. Rozmowa zupełnie zły obrót wzięła.
— Daruje mi ks. prałat... tu idzie o drogą pamięć matki, która sama sobie w tym stanie krzywdę uczynić mogła. Byłem przy niéj ciągle w ostatnich latach, mogłem sądzić najlepiéj o stanie jéj umysłu.... Cierpiała gwałtowne bardzo migreny... z tego powodu....
— Mój prezesie, ręce składając jak do modlitwy, począł prałat cicho znowu — nie mów mi o tém — proszę.
— Muszę ten raz jeden mówić i rozmówić się stanowczo — rzekł energicznie przybyły. Mam powody mniemać, iż matka moja dla tego tylko wzywała Waćpana dobrodzieja, ażeby mu powierzyć jakąś niby tajemnicę — rzecz czysto wyimaginowaną, i uczynić go wykonawcą swéj woli, która nas moralnie i materjalnie krzywdzić może. Dla tego....
Nowe machanie rękami przerwało mowę; prałat opuścił głowę, niespokojnie poruszył się w krześle i widać było łzę, która mu z pod powiek pociekła.
Była chwila milczenia dosyć długa i dla obu przykra....
— Dosyć tego — zakończył ks. Jeremi — mylisz się, panie prezesie.... Oczy syna czytają w duszy matki, lecz oczy kapłana w chwili zgonu widzą głębią duszy człowieka i nie mylą się i omylić się nie mogą. Dosyć tego....
Zamilkł, jakby chcąc w piersi zmęczonej nabrać powietrza trochę.
— Szanujcie pamięć i wolę rodziców — dodał — resztę zostawcie Bogu.
Zamknął oczy — i ze znużenia położył głowę na krześle, dając ręką znak prezesowi, ażeby sobie odszedł.
Prezes z zaciętemi ustami, widocznie gniewny, z brwią namarszczoną, wstał, wyprostował się, zbliżył do ręki księdza, chcąc ją pocałować, ale prałat żywo ją usunął... skłonił głowę i zamknął oczy. Gość z gniewną twarzą odwrócił się i cicho wymknął z pokoju.
Po wyjściu jego ks. Jeremi wyszedł z apatji, która zdawała się jego stanem normalnym, ruszył się żywo na krześle i niecierpliwie zaczął szukać dzwonka, stojącego zawsze pod reką. Znalazłszy go wreszcie, z konwulsyjną gwałtownością dzwonił, dopóki nareszcie Paweł, który był wyszedł na galerję od dziedzińca, usłyszawszy dzwonienie, nie wpadł zaperzony.... Spojrzał na prałata, na którego twarz wystąpił niezwykły rumieniec i, załamując ręce, przypadł ku niemu.
— Co takiego? co Jegomości jest?
Ksiądz Jeremi osunął się na fotel bezsilny i zrazu odpowiedzieć nie mógł. Po chwili jakby sam do siebie począł niewyraźnie.
— Blizko dziewięćdziesięciu! tak! nie ma co czekać. Ostatnia godzina przyjść może — jako złodziej. Grzechby był...tak....
— Co Jegomości jest? dobijał się Paweł.
— Ale nic, nic — oprzytomniając zawołał ks. Jeremi. Gdzieżeś ty się podział?
Sługa zmilczał.
— Słuchaj, idź mi... zaraz, zaraz sprowadź do mnie....
Tu zatrzymał się długo, nie był znać pewnym, kogo żądał czy mu nazwisko wyszło z pamięci. Usta się poruszały a ręka zdawała przeczyć ruchami temu, co one miały powiedzieć.
— Poproś do mnie... poproś.
— Kogo? zapytał Paweł.
— Kogo? kogo? proś... poczciwego jakiego, najpoczciwszego... zacnego... proś mi takiego kogoś, coby nie zdradził.
Paweł popatrzył na swojego pana. Wyrazy te widocznie prałat wymówił nie już z braku pamięci lub zastanowienia, lecz chciał znać zdać się jakby na los ślepy na rozsądek Pawła, przez któryby przemówił doń głos ogółu, nie chcąc sam czynić wyboru.
— Najpoczciwszego — powtórzył sługa — to chyba księdza Strużkę.
Nastąpiło długie milczenie — prałat się zadumał.
— Tak, najpoczciwszy jest, ale najsłabszy z ludzi — dodał szybko. Poproś więc księdza Strużkę.
— Zaraz? czy zaraz?
— Natychmiast — rzekł głosem drżącym prałat. — Któż wie, ja dziś jeszcze po tém wzruszeniu umrzeć mogę....Idź...proś go.
Paweł zawinął się i wybiegł z pokoju.
Ksiądz kanonik Strużka mieszkał w tym samym domu, który dawał przytułek kilku duchownym. Mieszkanie jego było na dole. O kilkanaście dobrych lat młodszy od ks. Jeremiego, był to stary jego przyjaciel i najtroskliwszy opiekun. Lecz serce tylko miał stworzone, by być opiekunem, mniéj zresztą praktycznego człowieka świat nie widział. — Żył cały w idealnych sferach, w książkach i uczynkach miłosierdzia... sam wszakże potrzebował nadzoru, by co godzina nie stanąć w jakiéjś kolizji z tém, co go otaczało. — Roztargniony do najwyższego stopnia, żywy, gorączka... szedł za popędami serca najpiękniejszego, i idąc — padał nieborak po gościńcach, tłukł się, bolał, znosił potwarze, śmiał się z własnych cierpień i omyłek a nazajutrz się na nie narażał. Już sama powierzchowność ks. Strużki oznajmywała ekscentryka. Ubiór nosił w najwyższym stopniu zaniedbany i wcale niewytworny, rzadko kiedy suknią miał całą a włosy uporządkowane, prawie zawsze buty dziurawe. Ubodzy, nielitościwie go oszukujący, zabierali mu grosz ostatni — pożyczał na wszystkie strony, sprzedawał, co miał, a żadnego biedaka ode drzwi nie odepchnął. Wyzyskiwano go nielitościwie — śmiał się z tego.
Prostoduszny i łatwowierny zawsze się oszukiwać dawał, bo nigdy w człowieku kłamcy nie chciał przypuścić. —
Wszelka piękna, wzniosła idea zapalała go i unosiła, tak że często nie widząc stron jéj ujemnych lub utopijnych, zapędzał się nazbyt daleko. — Szlachetniejszéj duszy znaleźć było trudno — lecz mniéj do przeprowadzenia zadania zawikłanego stworzonéj.
Paweł wpadł na dół z wielkim trzaskiem do ks. Strużki, który właśnie otoczony książkami porozrzucanemi po całéj swéj ubogiéj izbie pracował z wielkim zapałem nad jakąś refutację wznowionych pogańskich błędów. Był tak zatopiony w poszukiwaniach i myślach, że nie słyszał ani trzasku drzwi ani Laudetur głośnego, którém go Paweł pozdrowił. Musiał go za rękaw pociągnąć sługa prałata.
To go przestraszyło. Spojrzawszy na twarz Pawła — krzyknął — Co się stało?
— Nic jeszcze, chwała Bogu, nie stało się — odparł Paweł, ale ks. prałat bardzo, bardzo pilno prosi do siebie...
— Chory?
— Nie — ale czegoś podrażniony!
Przeskakując przez książki na podłodze rozłożone ks. Strużka porwał się biedz natychmiast. W progu przypomniał sobie niezbędną już w téj chwili chustkę, od nosa, po którą biegać musiał, szukając jéj i rozrzucając wszystko, bo była pod wielkim jakimś foliantem przyciśnięta... Wyszli nareszcie a Paweł sam już drzwi zamknął, bo gospodarz o tém nie pomyślał...
Przez ten czas prałat trochę ochłonął, siedział spokojniéjszy lecz zawsze jeszcze odżywiony i już z drzemki swej rozbudzony zupełnie.
— Cóż to się stało? co za szczęście — zawołał od progu wchodzący, żeś ks. prałat mógł mnie zapotrzebować?
— Siadaj no — siadaj, uspokój się — odparł chory starzec — rzecz istotnie największéj wagi, ale ty, mój księże kanoniku, co więcéj obcujesz z aniołami niż z ludźmi, bodaj czy mi możesz być w tém użytecznym... Zawsze przynajmniéj poradzić potrafisz...
Ks. Strużka przysunął się z krzesłem.
— Powoli mówić muszę, ciągnął daléj prałat, oddechu mi braknie, lecz zwolna ci wypowiem wszystko. Daj mi radę.
Na serce twojebym się spuścił, na głowę nie mogę. Świętym jesteś człowiekiem a tu garnek ludzki zlepić potrzeba... a — nie święci garnki lepią...
Westchnął. — Słuchaj tylko. — Jestem stary, czuję, że lada chwila przyjść może wyzwolenie... wybije godzina ostatnia. Nie chcę z sobą nieść na tamten świat brzemienia niespełnionego obowiązku...
W szczególnych okolicznościach osoba pewna umierająca, powierzyła mi sprawę bardzo delikatną. Nie mogłem woli jéj zadosyć uczynić... a zapewne już sam nie zdołam... Z ludźmi zerwałem, znam ich nie wielu, wyboru uczynić nie potrafię, a obowiązek mój na kogoś poczciwego, nie roztargnionego jak ty — chłodniejszego od ciebie — zdać muszę...
Ks. Strużka zadumał się.
— To prawda, rzekł, że jeśli oprócz uczciwości potrzeba więcéj czegoś, na przykład przebiegłości, cierpliwości — pomiarkowania — ja tego nie mam. — Jestem impetyk nie poprawny, choć co dzień Pana Boga proszę, aby mi dopomógł do wyleczenia się z téj choroby... natura odpędzona — powraca.
Prałat rozśmiał się z lekka... — A stary jesteś dodał.
— A zestarzeć na lepsze nie mogę, odezwał się ks. Strużka, coraz ze mnie roztrzepańsze pomiotło...
— Mój Boże, a gdyby nie ta gorączka asindzieja nikomubym nie powierzył ochotniéj tego spadku... Lecz słuchaj, kanoniku — słuchaj — sub sigillo ci to powierzyć mogę. Jeśli uznasz, że podjąć się sumiennie możesz — umrę spokojny; jeśli nie, ty mi człowieka wyszukaj...
— Mnie te ludziska codzień oszukują! westchnął ks. Strużka... a! bo to słabizny są... a biedota... Co oni temu winni...
Zamilkli na chwilę. —
— Więc cóż? zapytał kanonik...
— Naprzód idź i Pawła, który czasem ma niepotrzebną słabość przykładania ucha do drzwi... odpraw na galerję — drzwi zamknij i — powracaj tu.
Kanonik ze zwykłą swą żywością pobiegł spełnić polecenie, powrócił i zasiadł...
— Lat temu kilka, odezwał się zwolna ks. Jeremi... choć chory już, wezwany zostałem in articulo mortis, przez jedną osobę, któréj ci jeszcze wymieniać nie potrzebuję... Była to dostojna pani, szanowana powszechnie. — Nie domyślaj się — ale słuchaj. — Pani ta potrzebowała pod zaklęciem i przysięgą powierzyć papiery i fundusze, które przeznaczała dla dziecięcia... którego uznać wcześniéj nie mogła a skrzywdzić nie chciała...
Rodzina jéj była tak przeciwną powtórnemu zamążpójściu, że ono zostało tajemnicą na zawsze. — Uległa biedna niewiasta naleganiu ludzi próżnych i sumienie dumie swéj poświęcić gotowych, lecz w godzinie zgonu — przyszła skrucha...
Za cóż dziecię cierpieć miało? Biedna niewiasta powierzyła mi dowody swojego powtórnego zamężcia, metrykę dziecięcia i fundusz mu przeznaczony. Miałem zleconém wynaleść tego chłopaka a dziś już mężczyznę i na jego ręce złożyć mój depozyt...
Odetchnął prałat. — Tymczasem zginął mi ów poszukiwany... jam niedołężny, szukałem go na wszystkie strony i znaleźć dotąd nie mogłem. Utrudniała to familia nieboszczki, która się czegoś domyślała i chciała przeszkodzić... chciała nawet papiery odemnie uzyskać.
— Aleś ich nie dał! przerwał ks. Strużka...
— Nawet dobrze o nich nie wiedzą — mówił dalej prałat. — Na mnie lada godzina śmierć przyjść może... nuż te papiery i pieniądze... zawieruszą się, przepadną!
— To prawda... to prawda — począł zamyślony kanonik, który już na krześle usiedzieć nie mogąc, chodził założywszy ręce na krzyże — ale, mój księże prałacie, byłbym człowiekiem bez sumienia, gdybym się podjął sprawy, którą popsuć tylko mogę... Delikatny interes na moje niedźwiedzie łapy... Mniéj więcéj wyrozumiałem, o co idzie, czego potrzeba — to nie moja rzecz...
— Ale nuż na mnie nieszczęście..?
— Mamy ludzi uczciwych przecie — a nie koniecznie duchownego potrzeba, mówił ks. Strużka — ja pomyślę nad człowiekiem...
Prałat stęknął.
— Mówisz: pomyślę — ale czasu do stracenia nie ma — począł błagająco. — Idź, weź kapelusz... ruszaj na miasto, wybierz kogoś, za kogobyś mógł ręczyć, niech ja z rąk zdam. — Spokojniejszy będę... Czuję się nie dobrze...
— Ależ ks. prałat dziś daleko jesteś lepiéj niż zwykle... tyle siły, tyle życia...
Prałat rozśmiał się.
— Czyż nie widzisz, że ja to dobywam z siebie.. abym obowiązku dopełnił.
Ks. Strużka chodził i tarł głowę.
— A no! a no! uspokój się księże prałacie — rzekł przystępując do niego — ja potrzebuję czasu najmniéj do jutra. — Rzecz ważna, lekko jéj brać nie można...
— Weźże przynajmniéj depozyt odemnie, bo strach jakiś mnie ogarnia...
— Ja? depozyt? a toby dobrze było! zawołał kanonik, kiedy ja nigdy nie wiem, gdzie co kładnę i żadnego zamka całego nie ma u mnie w domu!! Jutro go przecież oddacie.
— Więc — jutro — jutro — rano... jak najwcześniéj — rzekł prałat uspokojony, a teraz mój dobry kanoniku, otwórz Pawłowi... i — dozwól mi spocząć; czuję, żem się wysilił nadzwyczajnie.
To mówiąc ks. Jeremi spuścił głowę, pochylił się na krzesło, oczy przymknął i zdawał jakby uśpiony.
Ks. Strużka wybiegł po Pawła i spuścił się po wschodach do swojego mieszkania.
Cały opanowany poleceniem mu daném, jeszcze jednę chustkę wpakowawszy do kieszeni, bo dbał o to bardzo, żeby jéj czasem nie zapomnieć, popędził do miasta szukać uczciwego i czynnego człowieka.
Tymczasem Paweł, ponieważ obiadowa nadeszła godzina, stoliczek przyniósł do fotelu prałata i, nie rozbudzając go, począł do stołu nakrywać. Na dole w kuchence gotowano mu zwykle rosół i przyprawiano kotlet, który z pieczoném jabłkiem stanowił cały obiad ks. Jeremiego. — Gdy przyniesiona wazka brzęknęła, prałat się rozbudził, drżącą ręką wziął łyżkę, zaczął w milczeniu obiad i Paweł ucieszył się bardzo, widząc, że mu zmęczenie apetytu nie odebrało. Czego od dawna nie bywało, kazał sobie ks. prałat przynieść kieliszeczek starego wina, który po jedzeniu wypił. — Ku wieczorowi Paweł przyszedł z kawą jak zwyczajnie; po odmówieniu pacierzy prałat kazał się odprowadzić do łóżka.
Paweł zaczynał dopiero życie, gdy swego starego w łóżku złożył. Tak się i tego dnia stało.
Nazajutrz rano o godzinie do wstania przeznaczonéj — Paweł przysunął się do łóżka chrząkając. Na ten znak zwykł był prałat się budzić i żegnać. Tym razem jednak zasnął znać za twardo i Paweł odchrząknął raz i drugi napróżno.... Ośmielił się nawet przybliżyć do śpiącego i znalazł twarz nadzwyczaj bladą. Z lekka go ujął za rękę — wydała mu się nadto chłodną....
Ks. prałat — nie żył....
Biedny Paweł wybiegł przerażony na dół do ks. Strużki.
— Księże kanoniku... mój dobry pan — mój złoty — mój drogi prałat....
Strużka stanął oniemiały.
— Ks. prałat nie żyje.
— To nie może być — krzyknął biegnąc kanonik — to być nie może.
Chłopca posłano po lekarza... obadwa wbiegli na górę. — Prałat jakby uśpiony, uśmiechnięty, z wyrazem łagodnym na twarzy — zimny już był i nie dawał życia znaku.
Wkrótce z sąsiedztwa wezwany lekarz nadbiegł także. — Obejrzenie ciała przekonało, iż śmierć około północy jeszcze nastąpić musiała od silnego uderzenia krwi do głowy.
Można sobie wystawić rozpacz ks. Strużki, który wczoraj przyjęcia depozytu odmówił. Zostawała wprawdzie słaba nadzieja, iż się o niego u spadkobierców dopomnieć będzie można... ale ks. Strużka właściwie sam nie wiedział, czego od nich miał żądać, a świadków nie mógł żadnych postawić na to, iż istotnie depozyt mu był przeznaczonym.
Tegoż dnia ciało wyniesione zostało a pokoje, papiery i wszelka ruchomość opieczętowana. Ks. Jeremi jedynym po sobie spadkobiercą miał młodszego brata, właściciela małéj wioseczki w Galicji, któremu natychmiast znać dano. Był to dymisjonowany oficer z 1831, wielki, jak mówiono, dziwak i skąpiec, stary kawaler, żyjący w okolicy Krakowa.
Stare panny i starzy kawalerowie są godnemi politowania ofiarami, nad któremi znęca się język złośliwy i pióro niemiłosierne; społeczeństwo nie może im tego darować, że jak puste kłosy stoją nad niwą, wyzwoliwszy się z obowiązków i jakby odrębne pasożytne stanowiąc bractwo. Jednakże, wśród tego światowego zakonu, wyśmiewanego powszechnie, ile się kryje zapomnianych boleści, cudzych win, za które cierpią milczące ofiary, i żywotów skromnych, pożytecznych a nieszczęśliwych.... Nielitościwsza nad wszystkich statystyka wykazuje zresztą, iż tych zamarłych ziarn zawsze pewna ilość w danych warunkach znajdować się musi. — Winilibyśmy im raczej wielkie współczucie niż szyderskie potępienie. Szczególniéj na wyrozumiałość, o którą się dla nich dopraszamy, zasługiwał czcigodny profesor Kudełka, któregośmy widzieli na rannéj ekskursyi tak osobliwszą sobie wynajdującego roślinę....
Przeszło ośmdziesiątletni a rzeźwy i żywy profesor oprócz małéj pensyjki, którą pobierał, nie chcąc się uwolnić od obowiązków, boby mu niezajęte życie zaciężyło — nie miał wcale nic. Żył wszakże ubogo i skromnie, nałogów żadnych nie miał, dla siebie mało bardzo potrzebował — a mimo to na groszu mu zawsze zbywało. Przyczyną tego była i wielka jego dla ubogich uczynność i nieszczęśliwa namiętność jedna, niewinna ale zgubna. Jak wielu nieopatrznych ludzi, którzy sądzą, że nic złego nie czynią, kupując sobie kilka ładnych i miłych książek — profesor zaczął od niezbędnych swemu powołaniu klasycznych dzieł; przypadek nastręczył mu nabycie paru rzadkości bibliograficznych — potém uzbierana garstka domagała się jakiegoś systematycznego dopełnienia, potém książkę mu ktoś jednę darował, druga sama przyszła. Złożyła się z tego biblioteczka, a co gorzéj, urosła z niéj i przy niéj prawdziwa namiętność. Nauki przyrodzone przywiodły za sobą kosztowne monografie, dzieła z rycinami; zachciało się zbierać zielniki... ani się opatrzył profesor Kudełka, jak dwa pokoje zarosły mu książkami od góry do dołu. Potém książki zaczęły się cisnąć na krzesła, na kanapy, stanęły na kominie, wypędziły piec, wlazły pod stół, zasypały podłogę i — trzeba było jednego poranku przynająć pokój, bo już ani spać ani jeść nie było gdzie.
Namiętność też rosła.... Od pięknych wydań do osobliwości bibliograficznych i inkunabułów krok tylko... do zakochania się w szerokich marginesach, pargaminowych egzemplarzach, oryginalnych oprawach, unikatach, białych krukach i teratologii bibliograficznéj. — Profesor Kudełka dał się pochwycić w szpony nielitościwéj téj namiętności zbieracza; biblioteka zajęła mu dwa i trzy pokoje, naostatek cztery, nie dała tchnąć, uczyniła go niewolnikiem gospodarza domu, który mu co rok groził wypowiedzeniem mieszkania a podwyższał najem drugiego piąterka, które już teraz całe nieszczęśliwy zajmował.
Sam profesor wyniósł się ze swém małém łóżeczkiem na tył do biednéj, ciemnéj i wilgotnéj izdebki, w której książki żyćby nie mogły, boby je tam wilgoć zjadała. — W téj ciupce spał, jadł — chował swe rzeczy, reszta mieszkania od dołu do góry, nawet w pośrodku zajęta była szafami i foliantami.
Profesor był zarazem najszczęśliwszym i najnieszczęśliwszym z ludzi — cieszył się wprawdzie zdobytemi najdziwniéj egzemplarzami takich rzadkości, jakich niektóre królewskie nie posiadają biblioteki — lecz ileż strachu, trwóg i boleści... na wypadek pożaru — jaka obawa od złodziejów, jakie męczarnie z ludźmi, co pożyczają książkę, ażeby ją, nie czytając, rok trzymać rzuconą gdzieś w kącie!!...
Oprócz tego mała pensyjka profesora i oszczędności wszelkie szły całe na tę bibliotekę, któréj kompletowanie stało się jego życia celem. Nigdy mu nawet na myśl nie przyszło, że nie mając dzieci nie będzie miał tego skarbu komu zostawić i że to po jego zgonie, zregestrowane porządnie, pójdzie pod młotek rozpierzchnąć się po szerokim Bożym świecie.
Gdy nie miał lekcji, gdy nie pozwalała pora na wycieczki — profesor zamykał się ze swemi książkami i gospodarował. — Opatrzony szczotką, ściereczką i piórkiem, opylał, ocierał, ustawiał, wietrzył, przeglądał, uśmiechał się — czytał.
Na tém miłém zajęciu schodziły mu długie godziny. Naówczas zapominał o całym świecie, o życiu, o jego nędzach, o głodzie i chłodzie a ciemność dopiero lub dzwonek u drzwi przerywały to rozkoszne plondrowanie.
Znający już jego słabość antykwarjusze nadsyłali mu ze wszystkich świata krańców katalogi... następowało odczytywanie ich zajmujące jak najpiękniejszy romans sensacyjny, sprawdzanie ze spisami własnemi, potém walki z wielką pokusą a chudym woreczkiem, liczenie się z kasą a częstokroć posty o mleku, bułce i kawie dla kupienia jakiego Alda lub Elzevira.
To zajęcie na pozór tak suche nie wystudziło mu duszy — owszem zdawało się go odmładzać i ożywiać. Zapalał się do niewidzianych książek jak do wymarzonych kochanek. A jakże często nieuchronną rzeczy ludzkich koleją po nadziejach najświetniejszych smutne następowały rozczarowania. Egzemplarz ów, który w katalogu stał opisany jako wspaniały i cudownie zachowany a tylko odrobinkę w końcu plamisty, przychodził żółty, brudny i zatłuszczony nielitościwie. Inny, co miał mieć tylko maleńka skazę na czole, niezatarta nosił bliznę....
Uratowawszy wisielca, profesor zajął się mocno jego losem — lecz na nieszczęście świeżo był kupił najniepotrzebniejszą mu ale przepysznie zachowaną kronikę świata frankfurtską z rysunkami Wolgemutha... poszły na nią ostatnie talary.
Potrzeba było odziać nieszczęśliwego... to się jeszcze dało na kredyt zrobić; potém należało go gdzieś umieścić. — W bibliotece ani miejsca ani możności nie było, w owéj ciemnéj izdebce miejsce na dwóch nie starczyło.... Puścić go samego w świat wydawało się niebezpieczném.... Profesor był w nie małym kłopocie, lecz nawykł tak wierzyć w Opatrzność, która go nie raz w cudowny sposób wyrwała z najcięższych zawikłań, że mając kilkanaście godzin do wieczora nie wątpił, iż one starczą na wydźwignięcie go z téj biedy. Z wielką ostrożnością, aby tego przybysza w domu nie wyszpiegowano, wprowadził go profesor na górę.... Tu heroicznie zainstalował go w owéj ciemnéj ciupce.
— Mój panie — rzekł wprowadzając go — to moje całe mieszkanie. — Nie osobliwsze — nie... to prawda... ale — cóż robić — mam tam kilka pokoików, zajętych książkami a tam nie ma miejsca i dla myszy nie tylko dla człowieka. Tymczasem sobie zajmijcie moje łóżko i ten kątek a ja do wieczora coś obmyślę.
Murmiński obejrzał się, nie mówiąc słowa.
— To całe wasze mieszkanie, panie profesorze? zapytał.
— Ale, gdzież zaś — ofuknął Kudełka — mam kilka pokojów, ale tam przecież książki trzeba było pomieścić, bo one więcéj słońca i powietrza i lokalu dobrego potrzebują niż człowiek. Połóż się sobie, kiedy chcesz na łóżku, mogę ci nawet dać jaką piękną książkę, ażeby ci się nie nudziło. Odpoczywaj, a ja pobiegnę szukać... mieszkania, no i na zwiady, coby ci znaleźć, żeby cię z życiem pogodzić.
Murmiński odmówił pięknéj książki, przyrzekł odpoczywać posłuszny a profesor poszedł na zwiady. — Szczęściem w korytarzu zaraz spotkał służącą i od niéj się dowiedział, że na trzeciém piętrze była pusta izdebka do najęcia. Natychmiast się na wschody wdrapał, opatrzył, kazał nająć łóżko i trochę sprzętu; postarał się, by to mieszkanko wyporządzono i, oznajmiwszy gospodarzowi, że bierze pokój dla krewnego, który do niego przybył na czas jakiś — wydobył Murmińskiego z ciemności, zainstalował na trzeciém piętrze, wziął słowo, że się na siebie nie targnie, i poszedł do miasta.
Miał teraz mnóstwo potrzeb i interesów niespodzianych — nie mógł się obejść bez pożyczenia pieniędzy, chciał się czegoś o swoim protegowanym i jego losach dowiedzieć, musiał mu naostatek zajęcie jakieś wyszukać, bo go całkiem na swe barki wziąć nie miał siły.... W kilka tygodni byliby musieli żyć bułkami i mlekiem.
Od Murmińskiego w pierwszych chwilach, badając go najpilniéj, nie wiele mógł wydobyć — nie chętnie mówił o przeszłości, nie wypadało téż go zatruwać ciągłemi jéj przypomnieniami.
Profesora Kudełkę lubili wszyscy — rozmawiano z nim chętnie, lecz los mu nastręczał jak na złość takich ludzi, od których nic się dowiedzieć nie było podobna. Idąc po różnych wskazówkach, udał się na ów wieczór smutny do prezesa, gdzie tyle wycierpiał z przyczyny nieposłusznego ubrania i owych butów au naturel.
Zaproszenie nazajutrz na obiad do doktorowéj-hrabinéj wielce mu było na rękę.
Murmiński spędził noc bardzo dobrze — spał jak kamień. Nazajutrz spożył śniadanie zamówione a na usilne naleganie profesora, ażeby się czémś zajął dla odpędzenia złych myśli — poprosił o Shakespeara.
W bibliotece profesora było ich kilku... co najdziwniejsza, w jednéj z podróży swych pieszych, w Holandji u niepozornego bukinisty w małém miasteczku Kudełka nabył za bezcen owe wydanie in folio, pierwsze i najdroższe, które w Anglji płaci się na wagę złota. Chciał się niém pochwalić a obawiał je powierzyć w ręce człowieka, który życia nie szanując, pewnieby i téj dramatycznéj relikwji nie umiał cenić. Inni Shakespearowie pomniejsi równie dobrze usłużyć mogli.... Poszli razem do biblioteki. Zdziwił się niezmiernie Kudełka, w tym człowieku tak płochym znajdując uczonego, który, choć był trochę zapleśniał, lecz wewnątrz nie zbutwiał. Znał Murmiński wiele ksiąg profesorowi nie znanych i prawił mu o cenach, jakie za nie płacono.
— A to ty byś mi wyśmienicie, póki do roboty nic nie ma, mógł katalogować, zawołał Kudełka... tylko... tylko... palisz do licha ten tytoń, a tu ognia wprowadzać nie można... Drzę na myśl samą. No — i nudził byś się zbytecznie — i mógłbyś mi jaki nowy system chcieć zaprowadzać... Nie — ale, kiedy tak — dostaniesz Shakespeara, jakich na stałym lądzie nie wielu...
Murmiński się uśmiechnął.
— Nie chcę go, rzekł — jestem roztargniony... dajcie mi najtańszego i najlichszego — wszystko mi jedno... byle nieśmiertelny William... Jest to genjusz co najlepiéj człowieka i życie zrozumiał... Ludzie mogą jeszcze tysiąc lat smarować po papierze... nic nie dodadzą, nic nie zmyślą, czego w skarbnicy u starego Willa nie było...
Wzięli zatém Shakespeara dni powszednich i wyszli. Po drodze Murmiński popisał się jeszcze z różnemi wiadomościami, które sobie lekceważył jak wszystko czego dotykał... i rozstali się...
Profesor wczorajszy frak wdziać musiał, bo innego nie miał i ten mu się wydawał najwspanialszym, lecz rebellizujące spodnie skazał na szufladę, a wziął czarne, mniéj pokaźne a daleko posłuszniejsze... Obwinąwszy szyję chustką białą, która czasy dyrektoriatu przypominała, opatrzywszy się w drugą do kieszeni... ruszył do pani doktorowéj.
Doktorowa z domu hrabina... była téż osobą excentryczną, jakich mało.
Panną, piękną, starannie wychowaną bardzo majętną będąc i ze znakomitego domu, wyszła za młodego człowieka ubogiego, którego ojciec żył jeszcze i służył za ekonoma... Straszliwe burze musiała przetrwać rodzina, którą to do rozpaczy przyprowadziło nim — zgodziła się na to okrucieństwo. — Postawiwszy na swojém, była kilka lat szczęśliwą, mąż usprawiedliwił jéj wybór, lecz oddany swemu powołaniu wprędce padł jego ofiarą. Tyfoidalna gorączką zabrała go. Dwa lata potém biedna wdowa przesiedziała zamknięta...
Wyszła na świat złamana, zestarzała, zobojętniona na wszystko, i choć wielu doktorów i doktorantów zgłaszało się do jéj ręki i do jéj dwu folwarków, powiedziała, że za mąż nie pójdzie i nie poszła. Majątki puściła w dzierżawę, na lato w jednym z nich wymówiwszy sobie dwór z ogrodem — najęła w mieście lokal wygodny i prowadziła życie swobodne — spokojne... nie wiele widując ludzi — a od napaści świata, języków i głupich konkurentów broniąc się tak dzielnie, iż w końcu nikt jéj zaczepić nie śmiał. Była to — hic mulier....
Nie wahała się prawdy powiedzieć, ani obyczajowi złemu sprzeciwić, ani postąpić po swéj myśli choćby inni szli drogą przeciwną.
Nie lubiła świata, ale nie stroniła od niego. — Czytała wiele, a że książki i zajęcie rozmaitemi dobroczynnemi stowarzyszeniami nie starczyło dla zapełnienia czasu, niekiedy u siebie przyjmowała ludzi poważnych. Tylko gdy który zachęcony a uwiedziony jéj poufałością, zaczynał marzyć o konkurencji, wdowa mu dawała surową, i stanowczą odprawę, by czasu nadaremnie nie tracił.
Śmiano się z niéj, że niekiedy obdarte dzieci uliczne bułkami i ciastem zwabiała do siebie i sadzała gwałtem do elementarza, że miała protegowanych ubogich, którzy jéj dobroci nadużywali, a których ona starała się powoli wdrażać do pracy... Miała i inne tego rodzaju fantazje... a w dodatku lubiła bardzo kwiaty...
W domu pani doktorowéj zamożnie było, dostatnio ale nie pysznie... Zielono po pokojach od wazonów, książek dosyć. Salon z fortepianem, elegancji żadnéj... Ci co tam na obiadach bywali skarżyli się, że stół był po prostéj kucharce, zdrowy może ale bardzo nie wykwintny.
Profesor Kudełka tak rzadko tu bywał jak gdzie indziéj. — Dla niego samo imię salonu miało w sobie coś przerażającego... Salon wymagał fraka, a profesor nienawidził tego ubrania i wszystkiego co idzie z niem, a co swobodę człowieka krępuje.
Wszedł więc w to państwo Flory dosyć zakłopotany, choć ubiór go już nie trwożył. W progu drugiego pokoju spotkała go doktorowa podając mu rękę, którą stary wedle dawnego obyczaju, ucałował...
— Kochany mój profesorze, rzekła śmiejąc się — będziesz ze mną obiad jadł mój domowy, powszedni, en tête a tête, do którego fraka brać nie potrzeba. Szkoda żem ci tego wczoraj nie powiedziała...
— A! szkoda! odparł naiwnie stary — bo prawdę rzekłszy, frak mi humor psuje... jestem w nim jak okradziony...
Śmiała się pani doktorowa. — No — stało się, rzekła — zapomnij o nim... Nie prosiłam nikogo, bo — bo chciałam cię objaśnić o tym Tadziu Murmińskim, o którym nie potrzeba było mówić prezesowi. A to jest rzecz — dodała, o której się tylko poufałym powiada we cztery oczy...
Ale naprzód, profesorze, zkąd ci przyszło o nim myśleć i mówić — to — nie bez powodu.
Stary zmięszał się...
— Znasz mnie, dodała, że plotkarką nie jestem... jeśli pytam to dla tego by ci być użyteczną... Juściż byś ty, stary, nie lubiący salonu i fraka... nie bywajacy na wieczorach, tak dla prostéj ciekawości do prezesa nie szedł...
Kudełka począł trzeć łysinę, ale milczał.
— Cóż? tajemnica jaka?
— Coś, nakształt... szepnął nieśmiało...
— I nie powiesz mi?
— Powiem — rzekł po namyśle stary. — Acani dobrodziejka możesz mi dać dobrą radę, a zaszkodzić biednemu człowiekowi nie zechcesz...
— Czekaj że — przerwała gospodyni — do stołu dają... ludzie chodzą, po obiedzie się rozmówiemy...
Obiad był gospodarski, dla Kudełki nawykłego często z suchą bułką obcować i z mlekiem, w którém było więcéj wody niż pożywnych części, rosół, sztuka mięsa i pieczyste wydały się uczta Lukullusową. Jéjmość nalała mu własnoręcznie parę starego wina kieliszków, — staruszek odżył i rozgadał się.
Zaraz po wetach wyszli do gabinetu.
— Mówże mi asindziéj naprzód, co wiesz o Murmińskim....
Professor bardzo naiwnie, a nie bez humoru mu właściwego opowiedział historję swéj porannéj wycieczki i jak od stryczka wybawił nieszczęśliwego włóczęgę....
Doktorowa słuchała z wielkiém zajęciem, bez wykrzykników niewieścich, lecz mocno wzruszona. Przeszła się potém parę razy po pokoju, jakby ochoty nie miała mówić, — Profesor czekał.
— Cóż z nim począć myślisz? — zapytała.
— Szukam dla niego zajęcia.
— Poznaj go wprzódy lepiéj — odezwała się — człowiek, który doszedł do tego, że z rozpaczy w młodym wieku na życie się targnął swoje — jest trudnym do ujęcia i pokierowania. — Musisz z nim być ostrożnym....
Ja tylko cię o przeszłości jego objaśnić mogę — dodała gospodyni. — Znałeś pewno nieboszczkę prezesową, była to osoba dobra, szanowna, ale wielce nieszczęśliwa. Ojciec teraźniejszego prezesa, człek zacny i uczciwy, był zarazem najnieznośniejszą pod słońcem istotą.
Miał napady gniewu, które mu odbierały przytomność, unosił się bez przyczyny. Siły nad sobą nie miał najmniejszéj — pożycie z nim było nieustanną męczarnia. Gdy umarł, opłakiwała go wielce żona, lecz nawet wdowieństwo musiało jéj być milszém od téj walki codziennéj, w któréj męża uśmierzać, bronić, osłaniać trzeba było co chwila.
Znękana, z synkiem jednym zostawszy, prezesowa zajęła się pilno jego wychowaniem. Nastręczono jéj za guwernera do dziecka niejakiego Murmińskiego, — nie wiem prawdziwie, co się z nim stało. Znałam go, był to człowiek miły, utalentowany, łagodnego charakteru, a że już naówczas od lat dziesięciu wychowaniem się zajmował — doskonale rozumiał jak chłopca poprowadzić.
Nie umiem ci powiedzieć, o ile jest w tém prawdy — poczęła ciszéj doktorowa, lecz ludzie zaczęli przebąkiwać, że się prezesowa w nim kocha, on w niéj i t. p. Familja zaczynała być niespokojna.... Drugiego roku pomimo różnych perswazji, rad i napomnień — prezesowa z synem i guwernerem wyjechała do Włoch na kilkanaście miesięcy.... Uważano, że gdy powrócili, Murmiński na poufalszéj stopie w domu był i prawie wszystkiém rządził.... Wielki tedy przestrach, przerażenie i knowanie całego rodu, dalszych i bliższych, tak że prezesowéj życie zatruto.... Trzymała się sama jedna przeciwko wszystkim.... Kochała go, to nie ma wątpliwości. Zmęczyli ją wreszcie tak, że pod pozorem zdrowia chłopca wyprawiła Murmańskiego z synem za granicę.... Zszedł im z oczów... ale ona ciągle jeździła do syna i do niego.... W tych czasach, bardzo jakoś prędko zjawiła się sierotka, niby kuzynek, synowczyk... czy tam jakiś dalszy krewny guwernera.... Tadzio Murmiński, którego prezesowa wzięła na wychowanie, a zajęła się nim tak troskliwie i okazywała mu tyle miłości, jakby był jej własném dziecięciem.
Tu doktorowa zniżyła głos jeszcze....
— Czy pan nie uważałeś tego, o czém mi mówiono, że Tadzio ów ma być kropla w kroplę do prezesa podobny?
Profesor się zamyślił.
— Rzeczywiście, rzekł, są to dwie różne twarze, ale typ jeden. Ludzie do siebie niepodobni na pierwszy rzut oka, a pojedyńczo każdy z nich drugiego przypomina....
— Wieści chodziły rozmaite, że prezesowa potajemnie za mąż za niego wyszła i przyrzekła tylko natarczywéj rodzinie, iż zachowa to w tajemnicy.... Murmiński wychował prezesa... który go cierpieć nie mógł — potém pokazywał się tu niekiedy, mieszkał — dokuczano mu niezmiernie.... Zaczął bywać coraz rzadziéj, prezesowa odprawiała podróże za granicę — i — i co się z nim stało — nikt nie wie. Nie słychać było, żeby umarł.
Tymczasem Tadzio, którego familja równie gorliwie pozbyć chciała, wychowywał się jak paniczyk staraniem prezesowéj. Pieściła go, zapomniała się i kompromitowała tém dzieckiem, które powszechnie za jéj własne miano. Dzisiejszy pan prezes, o kilka lat starszy, prawdziwą pałał nienawiścią dla tego rywala, który mu macierzyńskie odbierał serce. Lecz ani usiłowania rodziny, ani wybuchy syna nie potrafiły prezesowéj zmusić do wyrzeczenia się wychowańca. Dopiero gdy dorósł i opieki jéj nie potrzebował, wysłała go, opłakawszy rozstanie, za granicę. Co się potém z nim działo, już nie wiem.
Prezes doszedł do pełnoletności.
Był on zawsze z uszanowaniem dla matki, lecz miłość, co winna była łączyć z nią syna, wyrwana z serca została z powodu wychowańca. Z powodu tego tajemniczego ślubu i mezaliansu, który był powszechną plotką, prezes wymagał od matki, aby się otwarcie raz oświadczyła, że to wszystko było fałszem. Zdaje się, że odmówiła synowi, co więcéj, w rozmowach bywała tak nieostrożną, iż często na wpół się przyznawała do drugiego męża i syna. Familja zaczęła z tego powodu, przerażona kompromitacją, rozpuszczać wieści, iż prezesowa od newralgji dostała lekkiego obłakania i że prawiła — od rzeczy.
Bóg jeden wié, co ta kobieta przecierpiała, smutna była, nieszczęśliwa i rzadko ją kto inaczéj widział jak z zapłakanemi oczyma. Majątek własny obciążyła znacznemi długami i domyślano się, że je zaciągnęła, ażeby drugiego syna wyposażyć. Póki tylko zdrowie dozwalało, wymykała się, mimo próśb syna, za granicę. — Zaczęto rozpuszczać wieści, że ów wychowanek bardzo się źle prowadził. Biedne kobiecisko tonęło we łzach.... Cierpienia jéj i losy okrywa tajemnica. — Wiemy tylko, że czując się blizką zgonu, powołała staruszka kanonika czy prałata Jeremiego, który podobno dotąd żyje. — Prezesa nie było w domu, gdy przybył, opowiadano, że długą odbyła spowiedź, słudzy pletli, że mu oddała jakieś papiery — pieniądze.
Na tém kończy się historja moja — dokończyła doktorowa. — Widzisz więc, profesorze, iż miałam powód prosić cię, ażebyś prezesowi o Tadziu nie wspominał.
— A ja, mościa dobrodziejko — przerwał profesor — byłem taki uparty... żem go zagadnął i pogniewał.
— Domyśliłam się tego, ze smutnym uśmiechem dorzuciła gospodyni. — Jest jeszcze jeden powód, dla którego ci — bracia czy nie bracia — znienawidzieć się musieli.
— Jeszcze jeden? zapytał profesor.
Doktorowa uśmiechnęła się.
— Powód dla nas starych już nie bardzo zrozumiały, lecz najstraszliwiéj waśniący ludzi. — Miłość.
Kudełka przestraszony rękami strzepnął.
— Kochałeś się téż kiedy, panie profesorze? żartobliwie poczęła doktorowa.
Biblioman dziwnie wykrzywił twarz usłyszawszy pytanie sięgające do głębin jego przedwiecznych wspomnień.
— A! moja mościa dobrodziejko — odparł składając ręce jak do modlitwy — może być bardzo, żem między 18 a 26 rokiem doświadczył téj choroby, której ogólnie ulegają wszyscy — ale dziś — popioły zasypały te pamiątki aberracji młodzieńczych. Od 30 roku zaś, mogę zaręczyć, że oprócz książek i nauki w sercu nic nie zostało, coby jego błogi sposób zakłócić mogło.
Gospodyni uderzyła go po ramieniu.
— Ale nie wszyscy są tak rozumni — odezwała się — lub tak szczęśliwi, by miłość jednéj istoty, jak wy, na miłość ogólną ludzi przerobić w sobie mogli. — Gdy oba ci panowie, nasz szanowny prezes i młodziuchny Tadzio razem jeszcze tu byli, prezes dziś tak surowy i na pozór chłodny maż ślicznéj Żulietty, śmiertelnie był zakochany w bogatéj i pięknéj bardzo Toli Z.... Panna Tola, któréj rodzice wcześnie poumierali, wychowała się u ciotki.... Ciotka hrabina Pompadour (tak ją tu powszechnie nazywano) żyła na wielkiéj stopie.
Sama była jeszcze piękna i hołdów chciwa. Dom zawsze pełen, wesoły, otwarty, zwabił całą młodzież z sąsiedztwa.... Dziedziczka mnogich włości, na wydaniu, możesz sobie wyobrazić, ilu motylów ściągała około swéj aureoli. A była — i jest, nietylko piękna i bogata, ale rozumna, dowcipna i śmiała.
Powiadano, że dosyć miłém okiem spoglądała na prezesa, gdy zjawił się ubogi wychowańczyk prezesowéj ów Tadzio Murmiński — i — prezesa, a z nim cała czeredę innych pretendentów odsądził. Panna się nim tak skandalicznie zajęła, że ciocia musiała mu dom wypowiedzieć. W półtora tygodnia po tém musiało coś zajść bardzo ważnego między ciocią a siostrzenicą, bo hrabina Pompadour pojechała do prezesowéj i zastawszy tam Tadzia... z rumieńcem na twarzy, zaprosiła go, żeby bywał znowu....
Ciocia Pompadour potrzebowała zawsze pieniędzy, siostrzenica bogata dostarczała ich, domyślano się, że zagroziła wyniesieniem się z jéj domu i odmową dalszych subsydjów.... Ciocia więc przystać musiała na warunki, lecz umiała sobie dać radę.... Nasadziła na siostrzenicę cały rój opiekunów i powag rodziny.... Nie dawano jéj pokoju. Stryj panny zaklął się, że nigdy w świecie na małżeństwo nie pozwoli.... Chciano ją wydać za prezesa. Panna z wielkim charakterem nawzajem zapowiedziała, że nie wyjdzie nigdy za niego. Istne z tego wyrosło piekło.... Tadzio po kilku bytnościach u cioci, musiał się wyrzec dalszych konkurów.... Co między nim a panną nastąpiło, nie wiem.... Wyjechał wkrótce za granicę i zniknął — prezes ochłonąwszy nieco, na złość ożenił się z tą cudną naszą Żuliettą....
— A panna Tola? zapytał cicho profesor — panna Tola?
— Panna Tola mieszka ze starą guwernantką u siebie na wsi.... Zdziczała i zdziwaczała. Co roku daje nielitościwie grochowych wieńców kilka lub kilkanaście cisnącym się wielbicielom... robi sobie niebieskie pończochy, wyemancypowała się trochę i nudzi okrutnie... Czasem wyjeżdża za granicę, niekiedy mieszka w Dreźnie lub Berlinie — podróżuje, bawi się muzyką, zaczytuje w książkach... i zapowiada głośno, że postanowiła zostać starą panną....
— Czy się z moim jegomością poróżnili? zapytał zamyślony profesor.
— A któż to wiedzieć może! rozśmiała się doktorowa... ani jak się z sobą rozstali... ani co w ich sercach żyje a co umarło... nikt nie dojdzie. Tola jest jeszcze bardzo ładną choć dojrzałą, a raczéj chce starą udawać....
Czcigodny Kudełka mocno się zadumał. — Chciał się wieszać, snać znikąd żadnéj nie ma nadziei....
— Tyle lat, mój profesorze — westchnęła doktorowa — mieli czas oboje wystygnąć.... Prezes ma śliczną żonę i kocha ją, o ile taki stateczny człowiek kochać może... a mimo to ludzie powiadają, że gdy się w towarzystwie przypadkiem spotka z tą pierwszą miłością swoją, mieni mu się twarz... oczy w nią wlepia... słupieje i żona się na niego gniewa....
Skończywszy doktorowa zadzwoniła o kawę.
— Nakładłam ci w uszy, mój poczciwy Kudełko, rzekła — więcéj niż było potrzeba. Są to stare dzieje.... Lepiéj by się pono naradzić co z nim robić?
— Tém bardziéj dodał profesor, że ja — że mnie — to jest nie powiadam, ażeby mi miał być ciężarem, ale jestem częstokroć w takiém położeniu....
Wygadał się zafrasowany i sam téj szczerości przestraszywszy, zamilkł....
— Rozumiem, że ci nieprzygotowanemu trudno być może taki ciężar dźwigać.... Lecz, czy był Tadzio synem, czy wychowańcem prezesowéj, być nie może, iżby ona kochając go tak, zapomnieć o nim mogła.... Wedle wszelkiego podobieństwa ks. Jeremi musi coś wiedzieć o tém... czy nie należałoby go zapytać!
— A tak jest! tak! podchwycił uszczęśliwiony Kudełka. O! stokroć pani dobrodziejce za tę myśl szczęśliwą wdzięczén jestem.... Jutro pójdę do niego... zdaleka... zagadnę... ostrożnie....
— Tymczasem zaś, gdybyś był w jakim kłopocie — przerwała doktorowa — nie bądźże dzieckiem, masz pożyczać u żydów, weź u mnie....
Osiemdziesiątletni starzec pokraśniał na te słowa jak piwonia... przestraszył się — nigdy w życiu u nikogo prócz żydów i lichwiarzy nie pożyczał jeszcze....
— Pani dobrodziejko — nie potrzebuję! nie potrzebuję — źle się tylko musiałem wyrazić... w istocie wcale nie potrzebuję i po stokroć pani składam dzięki....
Rozśmiała się gospodyni. —
— Nie dziwacz, stary, rzekła — gdybyś potrzebował, mnie kilkunastu talarami, a nawet i stu nie zrobisz różnicy... a ciebie lichwiarze zjedzą...
Zarumieniony starzec, z przestrachu pochwycił za kapelusz — i począł się żegnać zapomniawszy nawet, że kawy nie dopił.
Zwróciła go doktorowa do tego obowiązku uwagą, że chyba by kawa nie dobrą była... Kawa była doskonałą...
Śmiejąc się nieco, choć profesor smutny był w duszy — dopili ją, i Kudełka nareszcie czuł się w prawie pożegnania gospodyni... Już pierwszy ukłon i ucałowanie ręki rozpoczęte było, gdy służący wbiegł oznajmując odwiedziny — panny Toli. —
— Zatrzymajże się, to ją zobaczysz! szepnęła doktorowa żywo... Nie podobna żebyś ciekawym nie był. Nie wiedziałam, że jest w mieście. To pora w któréj ona zwykle za granicę się wybiera, musi być w podróży.
Profesor zamówiwszy sobie, że się będzie mógł potém wysunąć po cichu — z kapeluszem w ręku stanął na boku.
W téjże chwili żywy szelest sukni i szybki a śmiały chód dał się słyszeć i ukazała się na progu, jak Kudełka późniéj mówił — Juno...
Była to wspaniała bardzo, w kwiecie młodości, ale poważnie ubrana piękność, którą tylko do pani Żuljety porównać było można. Słusznego wzrostu, budowy posągowéj, z głową podniesioną rozkazująco i nieco dumnie, z wzrokiem śmiałym i przenikającym wchodziła, uśmiechem łagodnym witając gospodynię, ku której obie wyciągnęła dłonie.
Strój nie był zaniedbany, ale w stylu surowym i starszym niż wiek wymagał. Miała na sobie, mimo ciepłego dnia suknię z ciężkiéj materji czarnéj, nieco powłóczystą, bez żadnych pstrocizn i dodatków, oprocz kilku wstęg fioletowych. Żadna błyskotka nie świeciła na piersiach, ani na pięknéj białéj szyi jak z marmuru wykutéj. — Pomimo tego ubioru matrony jaśniała młodością świeżą i bujną. — Twarz nieco smutnego wyrazu królewskiego, a jak profesor mówił, junońskiego miała w sobie. Na widok jéj i na myśl że ten obszarpaniec, którego on ocalił — mógł się kochać w takiéj bogini — Kudełka osłupiał i osłupiałego przedstawiła go doktorowa przybyłéj...
Za Tolą szła jéj nieodstępna towarzyszka, niejaka baronowa Teresa von Zeys, z domu Polka, osoba cicha, łagodna, spokojna, nie zawadzająca — z którą się Tola doskonale godziła i kochała ją jak siostrę... Ta nie pierwszéj już młodości pani, któréj mąż cały majątek w karty przegrał — żyła na łasce swéj uczennicy, ale była dla niéj najczulszą towarzyszką i najukochańszą powiernicą...
Wśród pierwszych słów rozmowy, profesor, który już był Junonie dosyć się przypatrzył, uznał właściwém wymknąć się niepostrzeżony, tém bardziéj iż niespokojnym był o gościa i Shakespeara. —
— Zastał ich obu w najprzyjaźniejszych stosunkach... Murmiński czytał leżąc Romea i Julię poraz w życiu pięćdziesiąty i tak był przejęty dramatem, że nie prędko Kudełkę zobaczył i usłyszał....
Profesor nie chciał się mu spowiadać ani gdzie był, ani kogo widział. — Opatrzywszy czego mu na dziś było potrzeba, pożegnał uściskiem ręki...
Murmiński wrócił do dramatu...
— Mój dobry profesorze — zawołał — ty nie wiesz coś mi za szczęście dał w tym Shakespearze... Wcielając się w cudze bóle, człowiek trochę o swoich zapomina. — Ale na miłość Boga! roboty, jakiéj chcesz roboty... bo mnie ta myśl zadusi, że żyję twoją jałmużną.
— Znajdziemy, znajdziemy! rzekł odchodząc profesor, — trochę tylko cierpliwości.
Nazajutrz rano, pamiętając dobrze iż powinien widzieć ks. Jeremiego, profesor prosto z lekcji poszedł do wskazanej kamienicy. — Miał właśnie na ustach zapytanie gdzie mieszka ks. prałat, gdy go biegnący sługa potrącił...
Kupka ciekawych stała pod galerją w dziedzińcu, którędy był wchód na górę...
— Stary był... gdzież! miał z dziewięćdziesiąt lat — co za dziw... mówił jeden.
— Ale wczoraj zdrowiusienki — gadał — jadł, Paweł powiada, że go dawno takim nie widział. Jeszcze kieliszek wina wypił przy obiedzie. Ks. Strużka do niego chodził... a... dziś rano... caput!.
— Słyszę tak jakby spał starowina...
— Któż to taki zmarł? bardzo grzecznie spytał profesor podnosząc kapelusz.
— Ks. prałat Zaklika... ks. Jeremi... rzekł jeden z przytomnych...
Kudełka oczy w ziemię spuścił — nie było już po co iść. — Spóźnił się o dwadzieścia cztery godziny... — Taki to los bywa tych, których ściga nieszczęście jakieś i fatalizm, rzekł w duchu smutnie stary. — Z ks. Jeremim zgasła ostatnia dla biedaka nadzieja...
Westchnął. — Po cóż mu już i mówić o tém... albo o owéj pannie... z którą on dziś nieboraczysko nie do pary...
Aleć przecie jest opatrzność — damy mu jakąkolwiek radę...
Doktorowa, któréj Pan Bóg dzieci nie dał, z dobrego serca i z nudów dosyć lubiła zajmować się sprawami bliźnich, lecz w taki sposób, że im chętnie była pomocna, a nigdy, przynajmniéj z dobréj woli, szkodliwa. Nie było to dla niej czczą zabawką ale dopełnieniem obowiązku. Udawało się często zapobiedz złemu, przyspieszyć lub zachęcić do zrobienia dobrego. I tym razem zobaczywszy wchodzącą właśnie na tę rozmowę Tolę, pomyślała sobie, że należałoby zapukać do jéj serca i spróbować, co się tam też w niém dzieje.
Siadły na kanapie — towarzyszka Toli rzadko mięszająca się do rozmowy, gdy wzywaną nie była, odsunęła się opatrując kwieciarnię bogatą gospodyni.
Doktorowa długo patrzyła na piękną pannę, z którą była w dawnych i przyjacielskich stosunkach.
— Moja Tolo — rzekła nie spuszczając z niéj oczów — jakaś ty mi zawsze śliczna... jaka świeża i młoda i jak dziwnie na tobie znać, żeś — szczęśliwa.
Tola zwróciła ku niéj twarz poważną i łagodnie uśmiechniętą.
— Wiesz — odpowiedziała — nie dziwiłabym się żadnemu odkryciu na mojéj biednéj twarzy... ale żeś ty na niéj potrafiła wyczytać wyraz szczęścia....
— Miałażbym się omylić? przerwała gospodyni.
Zamilkła Tola spuszczając oczy.
— My panny — odezwała się po chwili — nie możemy być szczęśliwe, to nam zabroniono, — nasz stan jest ciągłém oczekiwaniem... a gdybyśmy już miały szczęście, musiałybyśmy skazać się na pozostanie z wiekuistém panieństwem. Co do mnie może o tyle odgadłaś szczęście, że w istocie nie myślę iść za mąż i dla tego jestem spokojną... jestem zadowoloną, nie żądam więcéj ani inaczéj.
— Więc miałam słuszność.
— Tak — westchnęła Tola — umiałam się wyrzec marzeń; żyję rzeczywistością i — jest mi znośnie.
— Ale żebyś ty nie poszła za mąż? zapytała doktorowa.
— Przynajmniéj bronić się będę od tego — rozśmiała się Tola.
— Dajesz mi do myślenia — odparła na to jéjmość — masz więc jakieś drogie wspomnienie, które ci świat zasłania.
— Pierwszy raz słyszę cię tak usiłująca wyspowiadać mnie — odezwała się piękna panna... czyby miała i ty dla mnie konkurenta?
Doktorowa zaczęła się śmiać. A! a! to przeciwko moim zasadom — zawołała — nikogo nie żenię i nie rozwodzę nikogo.

— Oddycham — rzekła Tola — bo przyznam ci się, że to wiekuiste swatanie mnie świat mi  obrzydziło. Dla tego wyjeżdżam tak często za granicę, bo mnie w domu spokoju nie dają. Czasem radabym, żeby się wieść rozeszła, iż straciłam majątek; w ten czas, ręczę ci, daliby mi pokój i niktby się już nie zgłosił.

— Jesteś niesprawiedliwą — dodała gospodyni — z tych co się o ciebie starali... wiem przynajmniéj jednego, który nie myślał o majątku.
— Jednego? kogo? marszcząc brwi spytała Juno.
— Nie chcę przypominać go, bo to był człowiek biedny.
— Podniosła głowę doktorowa i jakby wcale z innego tematu i z innego tonu poczęła.
— Nie à propos, nie wiesz téż, moja śliczna, co się stało z Tadziem Murmińskim?
To mówiąc wlepiła w nią oczy, śledząc wrażenie, jakie uczyni wspomnienie tego imienia. Tola pozostała zupełnie spokojną — chociaż znać było, że wielkiéj sile i panowaniu nad sobą winna to była. Zwolna podniosła oczy łzawe jakieś na doktorową i ruszając ramionami rzekła.
— Nic o tym panu nie wiem. Domyślam się, że w nim zapewne chcesz widzieć tego, co nie myślał o majątku, ale też on i o mnie nie myślał. Wierz mi. Trzpiot... głowa zapalona, serce płoche... nie warto mówić o nim.
Znać było, gdy to kończyła drżenie w głosie.
— Nie mogę o nim sądzić, bom go prawie nie znała, jednak są ludzie, co lepiéj o nim trzymają — mówiła spokojnie doktorowa — a wszyscy są tego zdania, że się szalenie w tobie kochał i że rozpacz go w świat popchnęła.
— Rozpacz! poczęła się śmiać Tola... ah! cóż za tragiczne pojęcie lekkomyślnego charakteru.
— Nie znam nieszczęśliwszéj doli nad tą, co go spotkała — odezwała się doktorowa — być w takim domu, u takiego serca, jak prezesowéj prawie synem, dziecięciem, pieszczochem, wychować się w dostatkach i zostać wypchniętym, zapartym, pogardzonym... sierotą i włóczęgą.
— To prawda — odezwała się Tola — położenie jego było przykre, ale nie przechodziło sił, któremi mężczyzna, godzien tego imienia, do życia uzbroić się powinien. Nie miał siły i odwagi walczyć i wywalczyć sobie to, czego mu odmawiano lub pozbawiono go — uciekł jak tchórz i dziwak. Nie mam szacunku dla człowieka, co nie miał męztwa.
— Ale Tolu droga — przerwała doktorowa — jesteś niesprawiedliwa. Onby był walczył, gdyby miał choć tyle gruntu pod stopami, żeby się na nim mógł oprzeć. Prezesowa zmusiła go oddalić się — dla syna, który tego po niéj wymagał. Matce przybranéj odmówić tego nie mógł.
— Ale czyż tak było? i dla czegóż pani kochana tak gorąco bierzesz jego obronę?
Doktorowa zamilkła na chwilę.
— Że tak było, tegom pewna, a biorę go w obronę, bo mnie najmocniéj boli, gdy człowieka potępiają niesłusznie.
Tola popatrzyła na nią długo i chcąc znać przerwać rozmowę wstała oglądać kwiatki, ale przechodząc około doktorowéj, nie wiedzieć zkąd i dla czego chwyciła jéj rękę i milcząc uścisnęła ją gorąco.
Mówiono o rzeczach obojętnych.
— Zabawisz tu długo? zapytała gospodyni.
— Parę tygodni, odparła Tola....
— Parę tygodni! I jakże uniknąć potrafisz spotkania z prezesem, dla którego jeszcze jesteś niebezpieczną i prezesową, która się rumieni cała, gdy nazwisko twe posłyszy?
— Nie myślę ich unikać wcale — obojętnie rzekła Tola — prezesa nie widzę nawet, gdy go spotykam... a prezesowa zbyt jest dobrze wychowaną osoba, ażeby mi swe nieukontentowanie okazać mogła.... To prawda, że oboje, szczególniéj on — przykre na mnie czyni wrażenie... przepraszam — wszak krewni?
— Żulietta... ale nie biorę tak do serca jéj rumieńców....
Znowu oglądały kwiatki i wróciły na kanapę.... Tola była widocznie zasmuconą.... Po różnych kombinacjach dosyć czczéj rozmowy zbliżyła się do ucha prezesowéj.
— Czyś pani co nie słyszała o tym nieszczęśliwym? spytała....
Zadane pytanie dało do myślenia doktorowéj, zaczęła się bawić chustką nie pewna co odpowie. Wszystkiego zwierzyć jéj nie mogła... skłamać zupełnie nie chciała....
— Słyszałam coś — ale się dobrze z tego wytłumaczyć nie umiém.... Mówiono mi, że był nieszczęśliwy, że się błąkał... że go familia prezesowéj odepchnęła zupełnie.... Ale to są pogłoski....
— Tułał się za granicą? podchwyciła Tola.
— Tak mówią....
— Obejścia się tego z wychowańcem matki — nigdy temu surowéj cnoty prezesowi przebaczyć nie potrafię — dodała Tola.... Wszak to był taki prawie jak brat jego, towarzysz... wychowaniec domu....
Są cnoty, które samą cnotę w obrzydliwość podają....
To mówiąc zerwała się żywo z siedzenia Tola i zaczęła żegnać — nie czekając na odpowiedź gospodyni. Skinęła na towarzyszkę, wyszły....
Dla doktorowéj jawném było, że jakieś uczucie, choćby tylko litości dla nieszczęśliwego pozostało w sercu Toli....
Nazajutrz powróciła z miasta — gdy posłyszała chód za sobą i profesor Kudełka blady jak ściana, poruszony, co mu się bardzo rzadko trafiało — przybiegł do niéj, witając jakoś dziwnie, bo nieprzytomnie.
— Pani dobrodziejka słyszy dzwony? zapytał zdyszany cały....
— Tak — musiał ktoś umrzeć....
— Ks. prałat Jeremi! tak! proszę pani, dziś, dziś w nocy!
Profesor załamał ręce....
— Przychodzę do kanonji — pytać gdzie mieszka, znajduje kupę ludzi na dole... słyszę, że mówią o umarłym.... Kto taki? A to ten nieszczęsny prałat.... Żeby dwadzieścia cztéry godziny....
Mimowolny smutny uśmiech poruszył twarz doktorowéj — skinęła ręka....
— Nie mówmy o tém... rzekła — są fatalizmy w życiu człowieka....
Professor westchnął, pokłonił się i poszedł do domu....
W téjże chwili prawie do prezesa, który pracował przy swém biórku nad korespondencją, zapukawszy weszła żona w prawidłowym, pięknym stroju rannym... świeża, piękna i różowa jak lalka...
Pardon — odezwała się — nie przeszkodziłabym ci, ale mi się zdaje, że ta wiadomość obchodzić cię może — ks. prałat Zaklika....
Prezes się zerwał od biórka.
— Ks. prałat umarł dziś w nocy....
Rzucił rozpoczęty list prezes i ścisnął chłodno rękę żony... twarz mu pobladła....
— W istocie — odezwał się — to wiadomość smutna dla nas, był przyjacielem naszéj matki.... Zdaje mi się nawet, że potrzebaby tam pójść — dowiedzieć się, bo nikogo tu z krewnych nie ma, a nie wiém, czy jest się zająć komu....
Bardzo ci dziękuję.
Żulietta uśmiechnęła się chłodno, skłoniła główkę i wyszła....
Zamknąwszy bióro prezes, mimo że godzina była, w któréj zwykle siedział w domu, wziął kapelusz i pośpieszył na kanonję. Miał on chód urzędnika i człowieka dbającego, aby go w ulicy za lada kogo nie wzięto, chodził zawsze powoli, z pewną uroczystością, jakby za procesją, ale teraz niepokój poznać było łatwo po chodzie przyspieszonym, nierównym, zapomnianym.... Prawie zmęczony wpadł prezes na kanonję.
Na dole stała jeszcze taż sama kupka ciekawych próżniaków, nowemi żywiołami pomnożona, którą tu zastał profesor. Wszyscy znając prezesa z pokłonem ustąpili. Nie wdając się w rozmowę z gawiedzią, posunął się na górę. W progu mieszkania ks. Zakliki stał ks. Strużka blady i pomięszany i Paweł, który chustką zatabaczoną łzy ocierał. Pokoje właśnie urzędnicy opieczętowywali.
Prezes, który ten obrząd chciał podobno uprzedzić, zmięszany pozostał przy pierwszym progu... ks. Strużka przywitał go zimno.
— To wielka strata, a dla mnie prawie nieszczęście — odezwał się prezes — i któżby się mógł tego spodziewać. Wczoraj go odwiedzałem... mówił wiele, był ożywiony zdawał mi się zdrowszym niż kiedy....
— I ja byłem u niego wczoraj — mruknął ks. Strużka — dał mi nawet zlecenie do dopełnienia na dziś — a dziś....
— Proszę państwa... ja przy nim jestem od czterdziestu lat — płacząc począł Paweł — znałem go już jak nie można lepiéj. Był zdrowiuteńki, jadł, napił się kieliszek wina, wieczorny brewiarz caluteńki odmówił, to widać po zakładkach, bo ja już po nich poznawałem kiedy nie zdrów był — bywało tylko krótkie pacierze zmówiwszy szedł do łóżka, a oto... oto...
I Paweł płakać zaczął rzewliwie.
— Ale któż się tu wszystkiém zajmie — nieśmiało wtrącił prezes.
— Ja — rzekł ks. Strużka.
— A z familji, bo przecież z familji kogoś mieć musiał?
— Tylko jednego brata — przerwał Paweł — majora Zaklikę — z pod Krakowa, temu zaraz trzeba dać znać, nie ma co....
Prezes radby się był Pawła więcéj rozpytał, zawadzał mu ks. Strużka.... Po chwili jednak ten odszedł dla zajęcia się pogrzebem, a prezes został sam na sam ze sługą. Paweł miał wielką do gawędy ochotę — ból swój chciał wylać w słowach, tylko nie przed panem prezesem, do którego czuł wstręt nieprzezwyciężony dla tego, że stary jego pan go nie lubił. — W takiéj jednak chwili — mieć przed kim choćby niemiłym zapłakać, ulgę czyni. Paweł czuł to i dozwolił za sobą do izdebki wejść prezesowi, który niósł twarz smutną i wielkie współczucie.
Paweł z razu wylał cały swój żal i strapienie... na co słuchacz powolny się zgodził i nie przerywał mu skargi.... Nastąpiły potém pytania....
— Powiem ci panie Pawle poufnie, odezwał się w końcu prezes, u tego zacnego prałata nieraześmy nasze papiery składali... i nawet teraz ja tam mam coś u niego... czy to téż bezpieczne?
Paweł się popatrzał niedowierzająco.
— A toż zaraz przyszli ze sądu opieczętować i biurko i pokoje... to tam i najmniejszy świstek nie zginie....
— A gdzież prałat papiery chował?
— A no — pewnie w biórku — odezwał się Paweł, choć doprawdy nie wiém, coby on do chowania miał. Pieniędzy niczyich ani swoich wiele nie było... a papiery to tam nie wiém....
— I po śmierci nikt tam nie chodził! dodał prezes...
— Żywéj duszy oprócz mnie nie było, dopóki sądowi nie przyszli.... Jeśli tam co było to się pewnie znajdzie....
— Z krewnych wiec tylko jeden brat? powiadacie! badał prezes ciekawie.
— Jeden pan major Zaklika, godny człek, choć domator i wygląda na prostego bardzo inwalidę... ale rozumny i uczciwy....
Obdarzywszy Pawła, aby miał czem łzy otrzeć, prezes niespokojny zszedł jeszcze do ks. Strużki, którego zastał nieprzytomnie błąkającego się po pokoju. Biedny kanonik bolał nad powierzoną sobie tajemnica, którą przez obawę wczoraj nie chciał wziąść na swe sumienie, a dziś ona już zeszła do grobu z prałatem. Gryzło go to niewypowiedzianie, wzdychał i jęczał... na pół nieprzytomny. Prezes wszedłszy znalazł go tak milczącym z razu, iż słowa z niego dobyć nie było podobna....
Znać było po nim wahanie się wielkie, nim rozpoczął rozmowę, lecz niepokój wreszcie przemógł.
— Ja to do ks. kanonika, rzekł — przychodzę po radę i o pomoc....
— Czémże mu służyć mogę?
— Mam, mam słuszne powody do tego, iż chciałbym i potrzebował widziéć papiery pozostałe po ks. prałacie... Mieliśmy z sobą stósunki poufne za życia méj matki... wiele rzeczy pisało się — tyczących spraw familijnych, których kopie — ba nawet i oryginały pono matka nieboszczka zostawiła w ręku ks. prałata... Idzie mi o to, aby tam obce oczy i źli ludzie niepotrzebnie się nie wścibiali...
— Ale papiery są opieczętowane! zawołał kanonik — w téj chwili zapóźno...
— Czy nie wiecie co o testamencie! zapytał prezes...
— Nikt o nim nic nie wie — rzekł ks. Strużka, teraz musimy oczekiwać aż brat zjedzie jako jedyny spadkobierca... przy nim zdjęte będą pieczęcie...
Kanonik westchnął boleśnie wspomniawszy wczorajszą rozmowę. Prezes niespokojnie też po pokoju się przechadzać zaczął...
— Wszystko to, zawołał, bardzo smutne — bardzo dla mnie przykre — któż tam wie, jakim się brat ks. Zakliki okaże... Możemy mieć wiele nieprzyjemności...
Kanonik zmilczał.
Widząc że i tu nic się uczynić nie da, ani nawet dowiedzieć o niczém nie podobna — prezes w milczeniu opuścił mieszkanie ks. Strużki i powolnym krokiem powrócił do domu.
Niepokój jaki okazywał był zupełnie usprawiedliwionym. — Wiedział on na pewno prawie, iż przed śmiercią papiery jakieś a prawdopodobnie i pieniądze powierzyła jego matka staremu przyjacielowi, domyślał się, iż te tyczyły się wychowańca znienawidzonego i mogły nieboszczkę kompromitować... Szło tedy prezesowi wielce o to, ażeby papiery wydobyć a teraz już innego na to środka nie było, tylko pilnować przybycia brata ks. Zakliki, zyskać jego względy i z jego pomocą dojść do upragnionych papierów... P. Majora nie znał tu nikt, prezes go w życiu nie widział... zadanie więc ze wszech względów przedstawiało się jako bardzo trudne...
Profesor Kudełka chociaż przed nikim się nie skarżył, od owego poranku bardzo był zmieniony i frasobliwy.
Postrzegł nieco późno, iż los mu narzucił ciężar nad siły, któremu z trudnością mógł podołać. On sam żył z dnia na dzień bardzo małym kosztem, często bułką i mlekiem, w lepsze czasy rosołem i kawałkiem mięsa z sąsiedniéj garkuchni Kukiewicza, który mu chętnie kredytował. — Z przybyszem było daleko trudniéj i kosztowniéj.
Naprzód trzeba mu było kazać nosić jedzenie, bo profesor nie chciał, żeby się bardzo w mieście pokazywał, nie wiedząc czy mu jako wywołańcowi, jakie niebezpieczeństwo nie grozi — a od niego o tém wcale dowiedzieć się nie było podobna.
Następnie nieszczęsny ów Tadzio nie miał nawet koszuli, wiec zacząwszy od niéj sprawić mu było trzeba wszystko. W ostatku znaleźć zajęcie dla niego trudno było także, ażeby w domu mógł pracować, a wychodzić nie było bezpiecznie, dopóki profesor nie przekonał się, iż mu nic nie groziło.
Sama nieprzyjaźń prezesa już była dlań straszna, przy swych stosunkach dostojny urzędnik mógł jedném wtrącić słowem zrozpaczonego już człowieka w nową przepaść lub pobudzić do jakiego niebacznego kroku.
Tymczasem w domu grosza zabrakło i profesor cichaczem zegarek złoty musiał zastawić. Mógłże nieszczęśliwego opuścić? Wstyd dla niego było żebrać.
Pierwszego dnia leżał uratowany rozczytując się w Shakepearze, palił cygara i cygarety, spał i świstał. Profesor zastawał go potém nad różnemi zatrudnieniami. — Godzinami całemi przypatrywał się wróblom odprawujacym sejmiki na przeciwległym dachu. Potém chodził tłukąc się o ściany po pokoju — to znowu siedział na krześle zgarbiony z rękami i głową zwieszoną... książki długo nie mógł czytać — rozmowy porządnéj prowadzić nie umiał. Śmiał się z rzeczy najsmutniejszych, a smucił z najweselszych... chwilami zakrawało to na obłąkanie.
Dawszy mu się tak dobrze wysapać i sądząć, że na ostatku rozmówić się z nim poważniéj będzie można... trzeciego dnia nad wieczorem z mocném postanowieniem dowiedzenia się czegoś stanowczego, profesor Kudełka wszedł do izdebki na trzeciém piętrze... Było w niéj właśnie tyle krzeseł ile ich konferencja wymagała. Wprawdzie na jedném z nich stała miska z wodą, ale tę poczciwy Kudełka uprzątnął i zasiadł przy stoliku naprzeciw swego pacjenta...
— Kochany panie Murmiński — odezwał się, musimy z sobą szczerze od serca do serca pomówić — daj mi dłoń z takiém uczuciem, z jakiém ja ci ja podaję i nie taj nic przedemną...
Murmiński ruszył ramionami.
— Nie mam sekretów, rzekł, a gdybym je miał, nie wahałbym się je profesorowi powierzyć... o cóż idzie?
— Jakie jest twoje położenie tutaj? spytał Kudełka.
— Moje położenie, to —? powtórzył Teodor — moje położenie było takie, że miało się odmienić na powieszenie — to dosyć powiedzieć.
— Ale... to ogólnik... zaczął Kudełka — idźmy do szczegółów. — Czy odzywałeś się pan do prezesa?
— Ja? do tego człowieka? ja — do mego wroga? krzyknął porywając się Murmiński — ja — do niego!
— Ale — powoli — powoli — nie zapalaj się.
Czy przybywszy tu teraz — mówił stary, miałeś z nim jakie stosunki? widziałeś się z nim? wiedział on o tobie...
— Nie — rzekł chmurno Teodor — nie — słuchaj pan... Wypędzono mnie ztąd... wygnano... Najlepsza i najświętsza z kobiet była zmuszoną przez nich wysłać mnie ztąd... Włóczyłem się jak opętany po świecie... Szalejąc, bo mnie dręczyła tęsknota za nią... za krajem, za wszystkiém co tu zostawiłem...
Na odgłos wojny — poleciałem się bić — zyskałem rany i wywołanie... Musiałem się kryć i uciekać znowu...
W chwili gdy ona umierała... jam nic nie wiedział, przybyłem za późno, wiem, że o mnie zapomnieć nie mogła... a jednak musiała... Zastałem grób a u grobu tego, co się nazywał niegdyś bratem, a był nieprzyjacielem. Zastałem pustki — twarze obce, ludzi co się mnie bali albo o mnie zapomnieli... nędza złamała... kryć się musiałem... żal serce cisnął, cisnął i w chwili rozpaczy... chciałem życia dokonać... Popełniliście kochany profesorze może występek, sądząc, że dopełniacie obowiązku...
— Przecież ojciec wasz... gdzie on jest? przerwał Kudełka.
— Ojciec mój żył we Włoszech z małéj pensyjki, którą mu posyłano... szukałem go tam — on mógł mnie przy życiu utrzymać, bom mu był potrzebny... Poszedłem pieszo szukać go — nie znalazłem.
Z tego kącika, który przez tyle lat zajmował w Rzymie na małéj uliczce delle Vioteghe oscure, wyjechał jednego dnia zabrawszy swe książki i tłómoczki nie wiedzieć dokąd... Umarł gdzieś może w drodze, albo się dostał do szpitala...
Kudełka ręce załamał i zacisnął starając się ukryć zwątpienie jakie go opanowało.
— Przypuśćmy, rzekł, żebyś się tu waćpan pokazał i był poznanym..? Jeśli przecie urodzony w tym kraju... niktby ci żyć nie wzbronił...
Murmiński ruszył ramionami.
— Ale ja nie wiem nawet czy prawnie jestem tutejszy czy obcy — zawołał śmiejąc się — ja żadnych papierów nie mam, bo resztę ich spaliłem pod dębem — jestem włóczęga... zrobi ze mną kto co zechce... prezes pierwszy, który będzie nielitościwym... i okryje to płaszczem poszanowania dla imienia swéj matki...
— Miałci pan tu przecie dawnych towarzyszów i przyjaciół? rzekł Kudełka.
— Towarzyszów bardzo wielu — o przyjaciołach tak dalece mówić nie mogę... odezwał się Murmiński. — Mój drogi profesorze — to najgorsza rzecz, że upadłeś ze mną w biedę... a ja dalipan już nie wiem, czy drugi raz zbiorę się na powieszenie...
Kudełka wstał jakby natchniony.
— E! cóż bo znowu pleciesz, panie Teodorze — zawołał — co z ciebie za mężczyzna! Ani woli użyć, ani rozumu, który ci pan Bóg dał na swoje dobro obrócić nie umiesz... unosisz się nad poezją Shakespeara... a rady sobie w najprostszym przypadku dać nie potrafisz... Umrzeć, struć się, powiesić — najgłupsza rzecz — nie więcéj to pono odwagi kosztuje, jak w zimną skoczyć wodę... ale człowiek stworzony do życia nie do wyprawiania sztuk ze sznurkiem i pistoletami...
Murmiński popatrzał nań.
— Masz profesorze słuszność — tylko popełniłeś anachronizm — mówisz to do człowieka, który woli jak sprężyny nadużył i — pękła...
— To każ sobie ustawić nową do licha — odezwał się Kudełka. — Radźmy i róbmy — gawędy do niczego nie prowadzą. Człowiek nie żyje westchnieniami. —
— Ale umrzeć może...
— Nie pora! co u kata! rzekł rozgrzany Kudełka. Stworzony jesteś na to, abyś cierpiał i pracował... a nie, toś tchórz i próżniak.
Murmiński stanął milczący. —
— Mam ja tu moich znajomych i przyjaciół — coś mogę... wyrobiemy waćpanu metrykę i świadectwo urodzenia, za tém, prawo pobytu, daléj śmiało z głową do góry trzeba się wziąść do pracy... przyjdzie prześladowanie — a! no, będziemy się bronili — należy rozpocząć życie nowe...
Murmiński ciągle patrzał na profesora... łza mu z oczów pociekła, wyciągnął rękę.
— Ty jesteś heroiczny, mój profesorze, ale ja — ja jestem słaby...
— Masz młodość, masz wszystko — nie słucham... Słowo jeszcze raz, że się już na życie nie targniesz...
— Jużbym może i na to siły nie miał — odezwał się rękę podając Murmiński...
Profesor wstał i przeszedł się po pokoju.
— Jutro biorę się na prawdę do roboty — odezwał się — gdzie wasza metryka?
— Rodziłem się za granicą... jeśli się nie mylę we Florencji. —
Kudełka za głowę się pochwycił.
— Siedźże tu — napiszemy do Florencji. —
W istocie trudności się mnożyły, ale stary, mimo swojego wieku, miał żelazną wolę. Nie mówiąc nic, postanowił nazajutrz pójść za swym protegowanym do najwyższych władz krajowych. Na czele ich stał wówczas niemłody człek, który w chwilach wolnych bibliomanją się bawił. — Zawiązało to pewne stósunki między nim a Kudełką. — Radzca tajny poważał wielce profesora, w którego biblioteczce nieraz zagościł i podziwiał stare niemieckie druki.
Całą nadzieję oparł na nim Kudełka. — Trzeba się było wyspowiadać po trosze... lecz wierząc w uczciwość wrodzoną wszystkim co książki kochają (tak utrzymywał profesor), był pewien, że go radzca tajny nie zdradzi.
Znowu tedy nazajutrz trzeba było przywdziać ów frak granatowy. — Dla pozyskania łaski wysokiego urzędnika niósł profesor pod pachą, bardzo piękny egzemplarz Navis stultorum Brandta, z owemi ciekawemi drzeworytami, które tyle téj satyrze dodają ceny....
Wiedział on, że biblioman nie miał tego wydania, że go pożądał, a właśnie Kudełce się udało dostać drugi egzemplarz, który niósł w ofierze. Nie bardzo to było zgrabném wieść tak na pokuszenie radzcę tajnego i chcieć go przekupić tą osobliwostką — ale — Kudełka w prostocie ducha... jakoś się sam przed sobą uniewinniał.
Godzina była wybrana przedobiednia gdy p. radzca tajny odbywszy swe urzędowe zajęcia do domu powracał i na łonie rodziny zapominał często brudnych robót, w które, jussu superiori, ręce maczać musiał. Człek był zastarzały na służbie i biórokrata od stóp do głów, grzeczny, uprzejmy, uśmiechnięty, chłodny i formalista. Blada twarz wygolona, pargaminem pociągnięta, zmęczona już dosyć życiem... miała wyraz ten co nie mówi — uśmiech co się nie śmieje — błysk oczu co widzą tylko to, co widzieć im wolno. — Siedmią pieczęciami był obsigilowany radzca tajny... W towarzystwie najmilszy w świecie człowiek, dosyć uczony, dowcipny, ożywiony — w biórze sfinx czy machina — ale znakomicie wykonywająca to, na co ją nakręcono.
Gdy profesor z Brandtem pod pachą w pargamin oprawnym wszedł do salonu, zastał tajnego radzcę trzymającego na kolanach najmłodszą córeczkę i przypatrującego się jéj z czułością starego ojca dla najmilszego dziecięcia.
Zobaczywszy Kudełkę radzca ucałował i puścił dziewczynkę a sam, nie witając się prawie, wychwycił mu z pod pachy książkę. Pobiegł z nią do okna wpatrując się przez szkiełko.
— To nie twój egzemplarz — zawołał — pamiętam, na waszym jest pieczęć klasztoru w Hildesheim — więc do sprzedania?
— Nie, panie radzco, pozwolisz abym ci go złożył w ofierze....
— A! nie! nie! to być nie może....
— Być musi — odparł Kudełka — a nie, to go spalę.
Poczęli się tedy targować.
— Ale niech pan nie myśli — dodał profesor — ażebym ja dawał mu go darmo — żądam nawzajem przysługi.
— Odemnie!
— Tak jest... musimy o tém pomówić sam na sam... pół godziny czasu.
Radzca spojrzał na zegarek. — Daję ci trzy kwadranse — chodź do mojego gabinetu.
Niosąc z sobą książkę radzca wszedł do sąsiedniego pokoju, w którego ślicznych szafach palisandrowych miał doborową biblioteczkę białych kruków. — Posadził profesora na fotelu.
— Naprzód pozwól panie radzco, rzekł Kudełka ażebym sobie zastrzegł, iż mam do czynienia z prywatną osobą... nie z urzędnikiem.... Jeśli pan jako osoba prywatna uznasz, że sprawa moja może być powierzoną pewnemu tajnemu radzcy, to mu ją powierzymy — jeśli nie — dochowasz mi pan tajemnicy....
Na te słowa, z ukosa spojrzawszy na ów egzemplarz Brandta, który jeszcze na biórku leżał, radzca nabrał na twarzy wyrazu poważnego i zamyślonego....
Ważył, czy mu jego niestarty charakter urzędnika dozwala w taki wchodzić kompromis.
— Nic w tém nie ma politycznego? zapytał....
— Jeśli zaczepimy o... to, co zowiécie polityczném, to chyba z daleka i z ukosa....
— Mów, odezwał się radzca.
Profesor rozpoczął ab ovo historję Todzia Murmińskiego, który go obchodził jako jego uczeń, chciał opowiedzieć o jego wychowaniu w domu prezesowéj — gdy radzca z zimną krwią wziął go za rękę....
— Czekaj, rzekł — ja to wszystko wiém... tego mi mówić nie potrzebujesz.... Dodam tylko o czém może pan nie jesteś uwiadomiony, że prezesowa wyszła za mąż za dawnego guwernera swojego Murmińskiego, i że ów Teodor — wielkie nic potém — był jéj synem....
— Tegom się domyślał — przerwał profesor, ale dowody?
— Dowody na to gdzieś się znajdować muszą — dodał radzca, jeżeli ich familia nie zniszczyła. Dumna rodzina nie chciała ani słyszeć o tém zamążpójściu. Grożono jéj kuratelą, modlono, proszono... musiała ukrywać małżeństwo....
— I zdaje się, że tak dotrwawszy do ostatniéj choroby — mówił profesor — gdy jéj sumienie nie dozwalało rzucić własnego dziecka bez imienia i opieki, wezwała ks. Zaklikę, aby mu powierzyć swój testament.... Ks. Zaklika nie umiał wyszukać Murmińskiego... a oto i on umarł a z papierami mu powierzonymi nie wiedzieć co się stanie....
— Leżą na nich sądowe pieczęcie — rzekł spokojnie radzca — jeśli są, to się znajdą....
Tu dopiero rozogniwszy sprawę poczciwy Kudełka przyszedł do najdrażliwszéj strony swych zwierzeń... do osoby Todzia. Nie wyznał, że go trzymał u siebie na trzeciém piętrze, dał tylko do zrozumienia, że o nim wiedział i chciał go sprowadzić....
— Pan mi powiesz, czy mu tu grozi jakie niebezpieczeństwo?
Radzca się zamyślił, lecz znać pamięć swą uznał za niedostateczną, — dobył klucza, który nosił przy zegarku, otworzył bióro, znalazł książkę, na któréj grzbiecie złota litera M. jaśniała i zatopił się w poszukiwaniu wymienionego nazwiska.
Profesor patrząc nań radby był coś wyczytać naprzód z twarzy, lecz pargamin jéj blady i pomarszczony nie zdradził tajemnicy. Radzca zamknąwszy książkę zwrócił się ku oczekującemu Kudełce — z twarzą nieco posępną....
— Właściwie — rzekł powoli — nie mamy dowodów prawnych, żeby ten chłopiec do czego należał, coby go podejrzanym czyniło — lecz mamy przekonanie moralne... że nie jest zupełnie czystym.... Tolerować go możemy... dopóty, dopóki coś nie zajdzie....
Lecz — dodał ciszéj — poufnie panu powiedzieć muszę, ma on tu nieprzyjaciela w człowieku znaczącym, posiadającym wpływ i przewagę... jeśli ten mu szkodzić zechce....
— Nie potrafimyż się oprzeć?...
Radzca podniósł brwi, zaczął palcami bębnić po biurku i — nic nie odpowiedział....
— Jak pan sądzi? przynaglił Kudełka....
— Sądzę, że to będzie — trudno — trudno....
— Lecz nie — niepodobna....
Radzca poprawił włosy i spojrzał na zegarek.
Ruch ten przestraszył profesora.
— Jeszcze dziesięć minut, zawołał chwytając za ręce radzcę. — Widziałem, jakeś się pan pieścił z dziecięciem, jesteś ojcem... masz serce.
— Jestem urzędnikiem — i mam obowiązki — odparł zimno dosyć radzca... biorąc Brandta i oddając go Kudełce, który go żywym ruchem na biurko odrzucił.
— Odzywam się do człowieka, który ma serce — posłuchaj pan mojego opowiadania....
Nie zważając na nic, z gorącém uczuciem profesor opisał swoją botaniczną wycieczkę, swe spotkanie, ocalenie od stryczka nieszczęśliwego... i wyciągnął do radzcy obie ręce błagająco.
Ten siedział zastygły....
Dosyć długi przeciąg czasu nie dał żadnéj odpowiedzi.... Jeszcze raz poszedł do biurka i do litery M, zaczytał się w niéj długo. Złożył foliant, zamknął i rzekł podając rękę profesorowi.
— Sprobujemy... ale mi pan za niego odpowiadasz, iż jakiéj burdy nie popełni. — Człowiek, co się targnął na siebie, może łatwo, nic nie mając do stracenia, porwać się na cudze życie.
— A! nie! nie! — zawołał żywo profesor — zaręczam.
— Zamkniemy oczy i uszy — ale z daleka patrzeć i przysłuchiwać się będziemy.
W téj chwili najmłodsza córeczka pana radzcy weszła oznajmujac, że dano do stołu; urzędnik wstał, zapraszając uprzejmie staruszka — ale ten wymówiwszy się, co najprędzej wymknął do domu.




Major Zaklika był żołnierzem z 1831 r. W 1832 zegar jego życia stanął i już się daléj nie ruszył. Żył wspomnieniami odbytej kampanji — chodził, niemogąc w mundurze, w staroświeckiéj czarnéj czamarze z krzyżem virtuti militari, chustkę zawiązywał wysoko na duszce, z ogromnym fontaziem, bakenbardy miał podgolone w półksiężyce, wąsik wyszwarcowany do góry, trzymał się prosto i choć osiwiały i zreumatyzmowany, choć na wsi osiadły, — zachował fizjognomję żołnierską, fizyognomję swéj epoki, tak, że w nim każdy mógł poznać podkomendnego jenerała Skrzyneckiego.
W towarzystwie też, gdy chciał ludzi zabawić — nie umiał mówić o czém inném, tylko o historji swojego pułku i o kapralu, zwanym Motylem, który w jego oczach i z nim na spółkę cudów dokazywał.
Opowiadanie przeplatane francuzczyzną, major przy fajce i lampeczce wina przedłużał czasem do tak późnéj godziny, że go spać trudno było położyć, gdy się raz w nie puścił. — Na wsi gospodarzył po żołniersku, na komendę, i szła mu gospodarka doskonale — ale stał się niesłychanym sknerą i choć na prawdę nie wiedział dla kogo i po co tak zapalczywie zbierał, miał sławę nielitościwego dusigrosza....
Z księdzem prałatem widywali się ledwie raz w parę lat. Zaklika zapraszany, zawsze się wymawiał kosztami podróży i opuszczeniem gospodarstwa. Nareszcie zatęskniwszy za panem bratem starszym, bo go kochał, trzecią klasą, z jedną starą torbą włóczkami szytą, na któréj wyblakły stał napis Souvenir — zjawił się na kanonji. — Tu kilka dni nagadawszy się o starych dziejach, — powracał znowu do swego dworku i zagonów.
Gdy list od ks. Strużki odebrał major z wiadomością o śmierci brata, rozpłakał się jak bóbr... Chciał spieszyć na pogrzeb, rozrachował jednak, że to było niepodobieństwem, odpisał, że jak tylko się urządzi (miał jeszcze len dosiać) natychmiast przybędzie.... Jakoż w tydzień po pogrzebie zjawił się major z torbą i kopciuchem aksamitnym u guzika, mając nadzieję, że tu gdziekolwiek bezpłatne znajdzie pomieszczenie. Pokój pierwszy prałata, nieopieczętowany służył mu za nocleg, przegawędzili krótką noc wiosenną z Pawłem. Major opłakawszy brata, chciał się co prędzej pozbyć formalności tego spadku, po którym nie wiele się spodziewał.
— Niech mu tam Bóg nie pamięta — rzekł do Pawła, najpoczciwszy człowiek był, ale utracjusz. Grosz się u niego nigdy nie potrzymał... pierwszemu lepszemu ubogiemu oddał... Nie wielkie to tam rzeczy muszą być...
Nazajutrz rano major jeszcze przed małém zwierciadełkiem siwe wąsy czernił, gdy Paweł przybiegł oznajmując mu odwiedziny prezesa...
Jakim sposobem o przyjeździe się dowiedział, było tajemnicą, — lecz o dziewiątéj godzinie już się stawił. Major narzucił na siebie czamarkę, i z wielkiemi oznakami uszanowania przyjął dostojnego gościa.
— Darujesz mi pan major dobrodziéj — odezwał się prezes — że choć nieznajomy jestem mu natrętny. Dowiedziawszy się wypadkiem o jego przybyciu, nie mogłem na sobie przemódz, abym nie wylał na jego łono... żalu nad stratą, którą ponieśliśmy... Ś. p. prałat był dla nas więcéj niż przyjacielem...
Przez kwadrans potém wzajemna wymiana grzeczności i nekrolog zmarłego zajmował obu panów... Major nie bardzo się prezesowi przypatrywał, bo go on nie wiele obchodził, prezes natomiast oczyma badał, wyrazy podsłuchiwał, starał się pilno poznać człowieka i jego słabości. Przyszło nareszcie do rzeczy — prezes troską zakłopotany oświadczył, że go tu téż mały interesik sprowadza.. że pewne tyczące się rodziny papiery prawdopodobnie musiały się znajdować między pozostałościami po prałacie.
Major nie widział w tém nic zdrożnego ani niebezpiecznego, by natychmiast przyrzec, iż one na żądanie wydane zostaną. Otrzymawszy tę obietnicę, prezes oświadczył się, iż urzędowne zdjęcie pieczęci może przyspieszyć i ułatwić i że radby sam aby się to jak najprędzej odbyło.
Tu dopiéro major — mimo wielkiego poszanowania dla p. prezesa, widząc się tak przynaglanym, trochę się zastanowił, trochę mu to się jakoś wydało podejrzaném i zbył ogólnikami... zaręczając że po przejrzeniu papierów, te które się okażą należnemi rodzinie prezesa... wróci jéj najchętniéj.
Przybyły znać się czego innego spodziewał, nie śmiał już jednak nalegać, obrachował, że będzie wiedzieć o godzinie odpieczętowania i z nienacka się przystawi. W sądzie miał ludzi sobie oddanych... W téj więc nadziei tymczasowo majora pożegnał.
Właśnie go przeprowadzał Zaklika do wschodów, gdy nadbiegł żywo ks. Strużka. Z tego co mu zwierzył prałat łatwo się mógł domyśleć o jaki chodziło depozyt... Niespckój prezesa umocnił go w domniemaniu. — Ledwie się za nim drzwi zamknęły, gdy on z kolei pana majora pociągnął z sobą...
Na komódce w pierwszym pokoju stał stary krucyfix... Strużka zamknąwszy drzwi, poszedł milczący do niego i ujął go w ręce.
— Panie majorze — odezwał się — byłem przyjacielem zmarłego, jestem kapłanem, możesz zawierzyć słowu mojemu i uroczystéj na tym krzyżu przysiędze, iż to co ci opowiem, prawdą jest szczerą...
— Ale na Boga żywego, sacré nom... odezwał się major, ja asindziejowi wierzę i bez tego wszystkiego — o co chodzi?
— Zapytaj kochany majorze, Pawła jeszcze dla lepszego dowodu... W wigilją śmierci nieboszczyk kazał mnie pilno przywołać do siebie. Znalazłem go oto w tym fotelu... ożywionym nad zwyczaj i podrażnionym... kazał mi drzwi zamknąć i zwierzał mi, iż pewna osoba, kobieta... nazwiska nie wymienił, ale się go z innych okoliczności domyślić łatwo — powierzyła mu papiery i pieniądze w depozyt dla oddania osobie, której on wynaleść nie mógł. Zaklinał mnie, abym przejął od niego te papiery; znając siebie nie podjąłem się — zbyt jestem roztargniony. Miałem mu nazajutrz wynaleźć człowieka... Ale w nocy prałat umarł...
Major słuchał z wielką uwagą...
— Mój mości dobrodzieju, jak tylko się co znajdzie co do mnie nie należy... to sobie zabieraj... ja nie przeczę...
— Tak, lecz czy o toż samo nie prosił cię prezes?
Major wąsa pokręcił.
— Albo to jest w jakim związku?
Ks. Strużka począł mu coś szeptać na ucho.
— Jeśli się nie mylę, a sprawdzić to będzie łatwo, idzie tu o los sieroty... o dowody urodzenia... prezes możeby je życzył zniszczyć, bo się z tém odzywa, że matka mogła nie być przytomną....
— Komplikacja jak pana Boga kocham! krzyknął major... nad moją głowę i rozum... Radźże mi kanoniku co mam począć...
— Niech ci własne dyktuje serce — odrzekł Strużka — ja mam tylko słowo moje — żadnych praw, żadnych dowodów... Proszę cię tylko ani świstka prezesowi, bez surowego rozpatrzenia przy świadkach, a gdy ja położę — veto. —
— Zgoda! zgoda! rzekł major... tylko żeby się ta kasza jak najprędzéj skończyć mogła... Ja jestem żołnierz... finesów tych nie rozumiem... na prawo, na lewo, siecz — rąb, kól... a to... lisie drogi, któremi ja nie chadzam i łatwobym się zbłąkał. Pilnuj asindziej sam...
— Tylkom sobie nabrał kłopotu...
Stanęło na tém, że przy rozbieraniu papierów i jako delegat duchowny i jako przyjaciel zmarłego miał się ks. Strużka znajdować.... Major dał słowo....
Wszystko to razem dokuczyło mu mocno. Właśnie major po bardzo skromnym obiadku od Kukiewicza przyniesionym, wąsy ocierał i fajkę miał zapalać, gdy prezes zjawił się z urzędnikami sądowymi.... Ks. Strużki nie było.
Major prosił wszystkich siedzieć.
— Za pozwoleniem panów dobrodziejów — rzekł — ponieważ tu mają być i papiery do duchowieństwa należące, a ja się tam w ogóle na tém nie znam, uprosiłem sobie ks. kanonika do pomocy — i poślę po niego.
— To napróżno — odezwał się kwaśno prezes — niepotrzebnie zajmować czcigodnego kanonika, który ma inne zatrudnienie... jabym był z chęcią mu służył....
— Ale, proszę pana prezesa — dla duchowieństwa — niechże będzie! rzekł major.
Prezes milczący spojrzał na Zaklikę i siadł widocznie ubodnięty. Nie chciał tego jednak pokazać po sobie.... Wysłano po ks. Strużkę, który przybiegł ze zwykłym pośpiechem. Przywitali się z prezesem daleko czuléj, niżby się spodziewać było można, przynajmniéj ze strony dostojnego pana.
Gdy wszyscy byli zebrani i gotowi, przystąpiono do złamania pieczęci i otwarcia drzwi. W dwóch pokoikach prałata wszystko tak jeszcze było rozrzuconém jak w chwili gdy ciało wyniesiono.
Paweł, służący za przewodnika, pokazał bióro, przyniósł szkatułkę, która stała pod łóżkiem i wskazał szafę na klucz zamkniętą.
Z niezmierną ciekawością otworzono naprzód szkatułkę, która się najważniéjszą zdawała. Znaleziono w niéj papiery urzędowe począwszy od metryki, świadczące o pracach nieboszczyka w ciągu długiego życia, wiele listów od różnych osób bardzo starannie porozdzielanych i powiązanych sznurkami, a w kryjówkach, dwieście czerwonych złotych obrączkowych z tak starą datą, że więcéj pół wieku leżały nietykane. Był to zapas na czarną godzinę, która szczęściem nie przyszła.
Przetrzęsiona i rozpatrzona na wsze strony szkatułka nic więcéj nie dała.
W biurku wiele szufladek było pustych, w innych dystynktoria, łańcuchy, ordery, pierścienie, trochę starych monet, kilka pieczątek, dużo szpargałów, trochę papieru, w dolnych szufladach bielizna paradna lawendą poprzesypywana... nigdzie żadnego depozytu... żadnych papierów ni śladu.
Wśród milczenia, przerywanego półsłówkami, postępowano daléj z troskliwością wielką, wydobywając nawet serwety, obrusy, komże i alby... aby żadnemu zakątkowi nie przepuścić.
Komoda ta aż do ostatniéj szuflady przepatrzona, zawiodła oczekiwania.
Pozostawała szafa zamczysta, od któréj klucz tkwił w zamku; jednakże po otwarciu jéj na roścież... znaleziono w niéj od góry do dołu książki napchane, nabite, pyłem przysute.
Ks. Strużka widząc że dotąd usiłowania odszukania papierów były próżne, podjął się przepatrzeć książki i dwie szuflady także pełne brewiarzyków i kancjonałów. Pomagał mu w tém Paweł. Sądzono, że tu się może kryje jaki zwitek lub fascykuł. Napróżno jednak wyrzucono biedne książki... nie było nic.
Prezes, major, ks. Strużka oglądali się po pokoju, zaczęto badać Pawła... stary się niecierpliwił tylko słysząc o papierach.
— Co za papiery! jakie papiery mają być? gdzie? Pełna ich przecie była szkatułka. Ś. p. prałat nie był także papierowy człowiek, a w ostatnich latach tyle tylko czytał, co na brewiarzu, bo go na pamięć umiał. Jak bywało list przyjdzie, co się rzadko trafiało, to posyła po kleryka, żeby mu go czytał, bo już i okulary nie pomagały.
Prezes zaczął się po pokoju przechadzać, ręce założywszy pod poły. W ścianie była szafeczka... odemknięto ja... stało w niéj trochę szkła i porcelany.
W stolikach pełno kalendarzy, na półkach znowu książki.
Przetrząśnięto tak oba pokoje, a prezes od niechcenia zajrzał pod poduszkę nawet — nie znalazło się już nic więcéj. Ponieważ p. major, który dwieście czerwonych złotych już był do kieszeni schował, był jedynym spadkobiercą, oddano mu do rozporządzenia ubogą prałata spuściznę — pięć tysięcy złotych na obligu i owe złoto a trochę ksiąg... całém były dziedzictwem.
— Ja się i tego nie spodziewałem — rzekł major....
Prezes stał milczący i pomięszany. Wypadało mu odejść — a obawiał się jeszcze.... Wieczór się robił, gdy w końcu pożegnał p. majora i z kwaśną miną, straciwszy cały dzień — powrócił zawiedziony....
Gorzéj jeszcze było z ks. Strużką, który wiedział z pewnością o depozycie, a doszukać się go nie mógł. Major oświadczał, że ruchomości, jako człowiek niemajętny sprzedać musi....
Gdy wszyscy wyszli, kanonik pozostał z nim sam. Jęknął biedny.
— A! Boże mój, Boże! zawołał ręce łamiąc — gdy kto jak ja słyszał z tych poczciwych ust starca z trwogą śmierci wymówione słowa.... Bierz! bierz ten ciężar odemnie, aby mi brzemieniem nie leżał na duszy!! — a potém własny błąd chce naprawić i szuka, a szuka nadaremnie, chce się krwawemi płakać łzami....
Powiadam panu majorowi ten depozyt tu być musi, on tu jest!!
— A noć bardzo wierzę — ale gdzież? gdzież? przetrzęśliśmy wszystko....
Paweł stał także smutny z daleka u proga.
— Już, proszę państwa — odezwał się — nikt lepiéj nie znał obyczajów i zwyczajów ks. prałata jak ja, bo on dla mnie żadnych tajemnic nie miał.... Pieniądze rozchodowe chował do biórka... szkatułki od lat może sześciu nigdy nie dobył. W ostatnich czasach mało co się i ruszał....
— A nie przypominaszże sobie, podchwycił Strużka, owéj nocy, gdy go chorego już wezwano do ś. p. prezesowéj i gdy potém powrócił, nie przywiózłże co z sobą? gdzie schował?
Paweł się zamyślił.
— Jak dziś pamiętam, odparł.... wielka była bieda z tą podróżą. Jeździł z nim ks. Lacki, który wiózł św. sakrament... i oleje. Prałata musieliśmy do karety we dwóch sadzać i to jeszcze stękał.... Cały dzień tam bawił, nazajutrz dobrym już mrokiem powrócił.... Czekajcie państwo.... A ha! gdy powóz zajechał, zbiegłem na dół... wprowadziliśmy go strasznie osłabionego na wschody.... Odpoczywał u progu, potém w pierwszym pokoju... potém wszedł oto tu... oparł się na stoliku....
A! czekajcie państwo! tak! tak! dobył prawda z za sukni spory plik papierów opieczętowanych i położył oto tu — na stoliku.... Posadziłem go na krześle. Kazał sobie herbaty zrobić... więc do kuchni zszedłem, a gdym powrócił, żeby na tym samym stoliku nakryć do herbaty... już żadnych papierów nie było, toć bym zapamiętał.... Do szkatułki ich nie schował, bo by sam nawet dostać jéj nie mógł, do biórka też nie, bo klucz od biórka mnie zostawił na przypadek, gdyby tam dłużéj zabawić musiał, żebym mu dobył pieniędzy i przysłał....
— Aleć tu żadnéj więcéj schowanki nie ma! zawołał trochę zniecierpliwiony major — cóżby się z papierami stało?
Paweł ruszył ramionami, ręce roztworzył i rzekł prawie gniewnie.
— Już przecie ja ich nie zabrałem!
— A nikomu to na myśl nie przyjdzie — uśmiechnął się Strużka... a no — gdzieś to się znajdzie, może we sto lat, gdy się już nikomu na nic nie przyda....
Major fajkę zapalił.
— Mój kanoniku — odezwał się wstrzymując go za rękę — pomóżcie mi, ażebym się pozbył tych ruchomości — chciałbym do domu powrócić.... Co my z tém zrobimy! Sprzedaćby to hurtem... czy co? a nie, to choć zlicytować.... Na pamiątkę sobie precioza zatrzymam.... Z książek tylko jeden brewiarz, na którym się modlił nieboszczyk... resztę sprzedajcie, proszę.... Nie będę się drożył... byle cokolwiek grosza wpłynęło, aby się choć koszta pogrzebu opłaciły.
— O tém już jutro pomyślimy... rzekł ks. Strużka — nie wielkie to rzeczy i nie trudne.
— A pan Paweł jeśli się mojego wiejskiego krupnika nie boi...proszę, ze mną do Karczemki... będziemy razem lepsze czasy rozpamiętywali....
Paweł do nóg mu się skłonił....
— Nie gardzę ja łaską pana majora, a no człek do tego kościoła i do tych kamieni przyrósł... trudno się na starość oderwać. Niechbym tu już i kości położył... westchnął stary i łzę otarł.
W parę tygodni po opisanych wypadkach znowu był wieczór u prezesa, a że tu nigdy na gościach nie zbywało, i tego dnia salon się o godzinie ósméj napełnił. Wedle niezmiennéj formuły, gospodyni zawsze siedziała na tém samém miejscu, choć suknię miała inną a niemniéj smakowną; gospodarz stał w pośrodku pokoju, aby być gotowym na powitanie gości. Byli to po większéj części starzy znajomi i przyjaciele; w gronie pań czarno ubrana siedziała pani doktorowa zamyślona, obojętna i nie zdająca się wielkiéj zwracać uwagi na to, co się w koło niéj działo. Niekiedy tylko spoglądała ukradkiem to na gospodarza, to na gospodynię i z pod oka śledziła wyraz ich twarzy. Dla mniéj znajomych nie straciły one tego dnia ani zwykłego spokoju, ni wdzięku, uśmiechały się zimno i grzecznie, nie dając sobie zajrzeć do głębi duszy. Wprawne tylko oko staréj znajoméj mogło w prezesie dostrzedz pewne zniecierpliwienie, które się zdradzało ruchami mimowolnymi i błyskiem źrenic pełnym gniewu; a w prezesowéj zwiększonéj dumy i napuszonego majestatu, przypominającego gniew słuszny owego ptaka, który im się bardziej gniewa, tym szerzéj skrzydła rozpuszcza. Coś było w powietrzu takiego, o czém mówić nie dozwalała przyzwoitość, a co kamieniem ciężyło. Mówiono o rzeczach obojętnych i w sposobie rozbierania ich czuć było namiętność, gdzieindziéj zrodzoną, która teraz przechodzi we wszystko, czego dotknięto. Wieczór wedle programu się odbywał, naprzód rozmowa jedna koło kanapy i owalnego stołu w kółku prezesowéj, druga w otoczeniu prezesa wśród salonu. Po tém podano herbatę, dla któréj wszyscy posiadali, gdzie kto mógł, nareszcie w drugim saloniku trochę muzyki, a dla grających dwa stoliki whista. Prezes nie był whista wielkim miłośnikiem, grywał tylko w cudzych domach, bo to go uwalniało od rozmowy czasem uciążliwéj — u siebie w domu, jako gospodarz, nie siadał nigdy, przechadzał się i bawił tych, którzy nie grywali, lub udawał, że słucha muzyki, któréj ani lubił, ani rozumiał.
W chwili gdy wszystko się wedle należytego porządku rozłożyło, a prezes z rękami pod frak zasuniętemi przechadzał się po salonie frasobliwie zadumany: doktorowa, która także nie zajęła miejsca, zwolna i niby przypadkowo zbliżyła się do niego. Bardzo grzeczny dla niéj, prezes jednak nie mógł tego utaić, że jéj nie lubił — a im mniéj lubił, tym więcéj się starał okazywać grzeczniejszym.
— Pani widzę jak ja nie bardzo muzykalna? spytał stojąc.
— Owszem, lubię muzykę, ale gdym do jéj słuchania usposobiona, co mi się nie zawsze zdarza — rzekła doktorowa.
— Mnie ona nie robi przyjemności, a okrutnie działa na nerwy — odezwał się prezes — drażni....
Spojrzeli po sobie milcząc — w istocie gospodarz tłumił z trudnością wyraźne zniecierpliwienie.
— Lato w naszém miasteczku jest nie do zniesienia — dodał — proponowałem Żuliecie, żebyśmy raz gdzie przecie pojechali się rozerwać... nad brzegi Renu... do Włoch... gdziekolwiek....
— A ona?
— Nie chce dzieci samych zostawić! Jest to wzór matek! rzekł chłodno prezes....
— A ty mój prezesie, najszczęśliwszym z małżonków, dołożyła doktorowa, powinieneś rano i wieczór dziękować Bogu, iż inaczéj się nie ożeniłeś. Ta kobieta stworzoną była dla ciebie....
Niedostrzeżonéj ironji w głosie doktorowéj prezes, jak się zdaje, nie pochwycił, spojrzał tylko niespokojnie na mówiącą, jakby niedowierzał tym pochwałom. Doktorowa mówiła bardzo serjo.
— Powinieneś i za to dziękować Bogu, że ci się twa pierwsza miłość nie poszczęściła....
Prezes cofnął się jak oparzony.
— Pierwsza? jaka? o żadnéj nie wiem. To moja pierwsza i ostatnia!
Doktorowa zaczęła się śmiać....
— Jak to się rzeczy te łatwo zapominają i jak łatwo wmówić sobie potém, że to, co było — nie istniało.... A nie kochałżeś się zapamiętale w Toli, którą ci ten nieszczęśliwy Todzio?...
Śmiałe to wystąpienie tak straszny obłok na twarz prezesa naciągnęło, że doktorowa spojrzawszy nań, nie dokończyła.... Schwycił ją za rękę gwałtownie i począł bardzo serjo i gniewnie.
— Jeśli mi pani co dobrego życzysz, proszę, błagam — obliguję — tych dwóch imion nigdy w domu moim nie wspominać....
Prośba ta bardzo była do nakazu podobna i dla tego doktorową oburzyła....
— Nie wiedziałam, rzekła z pół uśmiechem, że ci imiona dawniéj tak uwielbianéj istoty i tego, którego nazywałeś bratem, tak mogą być przykre....
Prezes się uniósł i pochwycił za obie ręce stojącą przed nim doktorową.
— Ja, jego bratem... rzekł stłumionym głosem — bratem.... Pani! pani mi chcesz przykrość chyba uczynić....
— A! zlituj się, to nie jest w mojéj naturze, odezwała się spokojnie kobieta — przykrościbym ci uczynić nie chciała, lecz radabym widzieć ostyglejszym i nie tak gorąco biorącym... co się odwrócić nie może!
— Nie rozumiem, szybko wtrącił prezes, cóż się to odwrócić nie może? Na co ja mam ostygłym być! Ja o niczém, co się tyczy tego człowieka wiedzieć nie chcę.... Dosyć niewdzięczności doświadczyła od nich obu i ojca i syna, rodzina moja. Jak węże wcisnęli się pod dach nasz, odgrzaliśmy te żmije na to, żeby nas potwarzą kąsały....
Prezes był cały wzburzony, doktorowa patrzała nań zimna i nieporuszona.
— Wiész zapewne, że Teodor Murmiński od kilku dni tu jest....
— Wiem — wiem... żywo zawołał gospodarz... i gotowaś go pani, krewna mojéj żony, nasza... w domu swoim przyjmować?
— Nie wiem, kochany prezesie, dla czegobym mu drzwi moje zamknąć miała? Przeciéż niczém się nie skalał! zbrodni żadnéj nie popełnił. Nie winien pewnie temu, iż go ś. p. prezesowa dzieckiem wzięła na wychowanie, ani mógł zapobiedz temu, bo to wam przykrém nie było.
Purpurowa stała się twarz dostojnego pana... milczał... z postawą dumną, odezwał się odzyskując panowanie nad sobą.
— Ani słowa o tém, ani słowa! Nie chcę o tém wiedzieć że żyje... nie wiém o nim, nie znam go.
— Boleję nad tém, kochany prezesie, mówiła nieporuszona kuzynka. Mojém zdaniem, choć to jest tylko zdanie kobiety, nie dobrze może znającéj stósunki wasze — mojém zdaniem masz pewne obowiązki dla tego wychowańca twéj matki... a łatwo, bardzo łatwo pewnemi względami mógłbyś go sobie pozyskać!
— Ja! jego! chcieć sobie pozyskać? z gorzkim ironji wybuchem wołał gospodarz. — Pani chyba nie znasz lub z umysłu nie chcesz zrozumieć mojego położenia... Muszę więc z nią mówić otwarciéj, niżbym chciał, niżby należało... Jesteś pani naszą krewną, a i to wkłada na nią pewne obowiązki... Czy pani wie co z tego ukuto, że zacna, czcigodna matka moja wzięła dziecię guwernera na wychowanie?? — Rozpuszczono wieść, że za niego wyszła, że była jego żoną, i że p. Teodor ów... był jéj synem, a moim przyrodnim bratem, że ja wiedząc o tém pokrzywdziłem go na majątku, żem dowody jego pochodzenia zniszczył...
Doktorowa słuchając ruszała ramionami i uparcie patrzała mu w oczy.
— A to wszystko — spytała zimno i badawczym ścigając go wzrokiem — było naturalnie bajką i wymysłem?
Pytanie tak wprost rzucone z rodzajem wątpliwości poruszyło prezesa.
— Znałaś pani moją matkę — zawołał — kobieta jak ona nie potrzebowała i nie mogła się taić z tém co czyniła... Ale miała chorobliwą czułość, słabość nie wytłumaczoną dla tego... dla tego trutnia — dodał gospodarz... a on ją umiał wyzyskać... i dziś nie bez celu się tu zjawił zapewne... chce mnie zmusić do ofiar, chce mnie obedrzeć...
— Mnie się nie zdaje, żeby miał tę myśl — przerwała kuzynka... mylisz się. — Gdzież się ten człowiek ma podziać? tu się wychował, tu źródło — jest rzeczą naturalną, że tu szuka przytułku i pracy. Profesor Kudełka, który się nim zajmuje, mówił mi, że mimo nieszczęść, jakich doznał i złamania na duszy i ciele, człowiek jest zdolny, a bierze się do pracy gorąco...
Śmiech dziwny, szyderski prezesa rozległ się aż nadto głośno po sali.
— On, do pracy!! I pani temu wierzysz! Ten stary głupiec łatwowierny, którego wszyscy zawsze oszukiwali i oszukują... Kudełka i Kudełka pani mówił! To zdziecinniały starzec...
Odetchnął prezes, ale nie dając ust otworzyć doktorowéj mówił daléj.
— Nikt lepiéj nademnie nie zna tego człowieka, który wstręt i ohydę zawsze budził we mnie... Utracjusz, fanatyk, pieszczoch, dziwak... zarozumialec, do niczego.... Sądzi się godnym najwyższych przeznaczeń... a dwóch dni wytrzymać przy jedném nie umie!
Przerwał sobie prezes — potrząsł głową, poruszył się cały jakby ze wstrętu — i zwrócił oczy na doktorową, która z rękami założonemi, nieruchoma, zimna, nie podzielając wcale jego uczuć — stała i mierzyła go wzrokiem ciekawym.
— Mnie się zdaje, kochany prezesie, odpowiedziała — że tyś się uprzedził przeciw niemu. Nie przeczę, że natury tak różne jak wasze, nie łatwo sobie sprawiedliwość oddać mogą — wy — tak surowo, chłodno, rozumnie biorący życie — on tak gorąco i namiętnie. A koniec końcem, jest to bardzo biedny człowiek — i dla tego samego, wiele by mu przebaczyć można.
Mój prezesie — dodała — gdyby ci ludzie tak źli byli — czyżby z dobroci prezesowéj nie potrafili byli korzystać? Jestże to wina, że ludzie sobie jakąś tam — jak powiadasz, bajeczkę wysnuli?
— Kochana pani — przerwał prezes — gdybyśmy o czém inném zaczęli?
Głos mu drżał, i choć niby chciał to wyrzec obojętnie, namiętność grała w jego dźwięku... i gniew nieprzebłagany.
— O czém inném? rozśmiała się nielitościwa kuzynka. — Chcesz, bym ci opisała jak teraz wygląda Tola, w jaki sposób się zmieniła, jak na nowo wypiękniała, ile w niéj rozumu, powagi, talentów....
— Widzę, żeś pani dziś uwzięła się na mnie — zawołał gospodarz — uznaję się zwyciężonym i opuszczam plac.
To mówiąc, skłonił się z przesadzoném uszanowaniem i powoli odszedł. Doktorowa z równie karykaturalną powagą nizki oddała mu ukłon.
Weszła potém na chwilkę do saloniku, w którym brzmiała muzyka... postała przy progu i nieznacznie, jakby przechadzając się zmierzyła ku drzwiom. Prezes, który zdala widział ten manewr doskonale, znać rozmyślił, ochłonął i nie dając jéj wymknąć się z salonu, pospieszył ku niéj. — Już u progu chwycił ją za rękę.
— Kochana kuzynko — szepnął jej wzruszony — nie odchódź pod wrażeniem téj rozmowy, dwa słowa jeszcze.... Jesteśmy krewni... widzę, żeś pani usposobiona zbyt litościwie dla osób, które mnie zawsze prawie nienawiść i otwartą niechęć okazywały. Nie łącz się pani z niemi, nie chcę w niéj mieć także nieprzyjaciółki.
— Mylisz się, panie prezesie, odpowiedziała doktorowa... nie macie oboje pewnie życzliwszego serca dla siebie nad moje. Mais je n’épouse jamais, quand même, spraw ani familijnych, ani przyjaciół — staram się je poznać, zgłębić — i kieruję się mojém własném przekonaniem. A przekonanie to dyktuje mi radę i życzenie, abyś był dla nieszczęśliwego względniejszym.
— Wierzę, iż to życzenie pochodzi z najlepszego serca — lecz zarazem przekonywa mnie, że pani nie znasz mojego położenia, ani przeszłości.... Ten człowiek...
Doktorowa zbliżyła się do ucha:
— Gniew twój prezesie dałby mi do myślenia — żeś mu jeszcze Toli nie darował. Jeśli kochasz Żulietę, możeszże na to tak być czułym?
— Cóż za przypuszczenie!
Doktorowa śmiejąc się pogroziła mu na nosie, dygnęła i szybko wyszła.
W przedpokoju, dokąd ją grzeczny gospodarz przeprowadzał, spojrzała na zegar... nie było jeszcze dziesiątéj, cicho coś szepnęła służącemu i powóz potoczył się ciemnemi, pustemi dosyć ulicami ku jednemu z większych hotelów.
Tu w kilku pokojach pierwszego piętra mieszkała jeszcze panna Tola, która choć wybierała się za granicę — przez jakiś niezrozumiały kaprys, a o to, jak mówiono, nie było u niéj trudno — pozostała w mieście dłużéj daleko, niż była zamierzała. Doktorowa obiecała jéj, że odbywszy pańszczyznę u prezesostwa, zajedzie do niéj na resztę wieczora.
Mało osób przyjmowała zwykle piękna panna, chociaż się zawsze dosyć cisnęło do jéj salonu. Przystęp był trudny — umiała ze zbytnią może otwartością pokazać tym, którzy się jéj nie podobali, iż im nie bardzo będzie rada. Nie mogła się snać obronić tego wieczora od kilku salonowców i doktorowa przybyła właśnie na chwilę, gdy ci panowie stojący z kapeluszami w rękach, w lilijowych rękawiczkach, w całéj formie urzędowéj przystępowali do podanéj herbaty... Tola siedziała dosyć znudzona na małéj kanapce i zobaczywszy dobrą przyjaciółkę żywo się rzuciła ku niéj. Był to w téj chwili gość wielce pożądany, bo rozmowa zaczynała z suchot umierać. — Szepnęły sobie coś na ucho...
Usłużna towarzyszka Toli zagadywała tym czasem kawalerów, aby swą wychowanicę oswobodzić.
Ci panowie byli to dawni adoratorowie Toli, z których każdy po parę razy grzecznie został odprawiony, a pomimo to trwał w czci dla ideału w nadziei, że się oń postarawszy, nad stałą miłością ulituje. Na to się jakoś nie zanosiło, Tola miała zwyczaj względem takich upartych, być coraz, a coraz zimniejszą, a wszelką aluzję najdalszą do uczuć gorących zbywała nielitościwém milczeniem.
Po herbacie panowie ci, widząc gospodynię zajętą przyjaciółką i zrozpaczywszy o oderwaniu jéj — pożegnali się i wyszli — Tola wstała uśmiechnięta i rozpromieniona.
— A! przecież! zawołała — ils sont charmants, ale znakomicie nudni. —
— Ja także przychodzę przesiąkniętą atmosferą salonu prezesostwa... i nie bardzo zabawić cię potrafię — odezwała się doktorowa... aż mi wstyd jaka dziś byłam nielitościwa i zła...
— Wy? a! cóż to było!
— Tego ci powiedzieć nie mogę — ale — aż rozgniewałam prezesa...
— Czém?
— Mogę śmiało mówić?
Tola się zarumieniła, obejrzała na towarzyszkę, drgnęła. —
— Cóż to tak strasznego?
— Coś nad co w świecie straszniéjszego nie ma — widmo wspomnień...
Gosposia udawała, że prawie nie słucha...
— Mogłabym prawie przysiądz, że prezes, szczęśliwy mąż Żuljety, kocha się jakoś do dziś dnia w pewnéj — pewnéj pannie! nie powiem w kim! Takby przynajmniéj wnosić należało z tego, że dotąd przebaczyć nie może, rywalowi, choć i tamten szczęśliwszym od niego nie był.
— Zagadkami dziś mówisz — mruknęła Tola.
— Ty ją łatwo odgadniesz...
— Zkadże o tym rywalu mogła być mowa...
Tola zwróciła oczy przymglone ku doktorowéj, która zawahała się z odpowiedzią, spuściła głowę i zamyśliła się — potém jakby ją coś natchnęło odwagą — odezwała się.
— On tu jest!
Trzy te słowna, proste, wymienione chłodno — bez wzruszenia, zrazu zdawało się na Toli nie czynić żadnego wrażenia... nie ruszyła się, nie drgnęła... skamieniała... Z bukietu, który leżał na stoliku wyrwała kwiatek i nie mówiąc nic wzięła kończyk jego w usta. Doktorowa śledziła wyraz jéj twarzy... czekała odpowiedzi... lecz w téjże chwili Tola zapytała...
— Proszę cię nie wiesz téż na pewno, o któréj odchodzi pociąg do Kolonji?
— Chciałabyś jechać...
— A! bo tak nudzę z tym wyjazdem, że moja dobra Teressa już się ze mnie śmieje. Stałam się leniwą, ociężałą, i, co nigdy nie bywało, grzeszę brakiem decyzji. Wyjeżdżamy codzień... i każdego dnia wyjazd odkładamy do jutra...
— Pociąg do Kolonji — jeśli się nie mylę, odezwała się doktorowa, odchodzi o szóstéj z rana — ale sprawdzić nic łatwiéjszego... Zadzwoń na kelnera, oni to na pamięć umieją...
Tola wzięła za dzwonek... kelner wbiegł z wielkim pędem... a był to kelner elegant, wyfryzowany, piękny, wykryzowany, który gdy raz mówić zaczął końca się trudno było doczekać — popisywał się z polyglotyzmem swoim...
Pociąg odchodził o szóstéj.
Cywilizowany kelner zapytał, czy hrabina jutro już chce osierocić miasto....
— Jutro — nie.... Zresztą nie wiém! dam znać! odparła odprawiając go Tola.... Rozmowa o podróży i kolei, wyborze i t. p., potrwała z kwadrans, gospodyni z żywością trochę zapożyczoną i wesołością nie naturalną brała w niéj udział bardzo czynny. — Doktorowa była milcząca.... W tém panią Teresę odwołano i zostały same, Tola obejrzała się za odchodzącą i siadła przy swéj przyjaciółce chwytając ją za rękę.
— Moja droga — odezwała się — nie posądzaj mnie ani o żadne uczuć resztki, bo w ogolę rzeczy odgrzéwanych nie lubię, ani o prostą, głupią dziecinną ciekawość — chciéj zrozumieć, że najobojętniejszych, los człowieka, którego się niegdyś znało — obchodzi, powiedziałaś — on tu jest... powiedz mi... co się z nim dzieje....
— Tolo moja droga... biorąc ją z kolei za ręce — drżącym głosem zaczęła doktorowa — dzieci się często napierają widzenia rzeczy, od których mdleją ze strachu....
— Ja nie jestem ani dzieckiem, ani tak wrażliwą jak sądzisz, bledniejąc zaczęła panna... mów śmiało....
— Każesz — oszczędzać cię nie będę — rzekła doktorowa.... Dni temu kilkanaście profesor staruszek, którego widziałaś u mnie, wyszedł bardzo rano na botaniczną wycieczkę na porzecze.... Był właśnie najmocniéj zajęty swemi ulubienicami, znalazłszy jakiś pyszny egzemplarz Solanum, nie wiem już którego, gdy go szelest dziwny o téj porze rozbudził.... Pod starym dębem, młody jeszcze człowiek, w łachmanach, odarty, z twarzą wybladłą przymocowywał właśnie stryczek, na którym się miał obwiesić....
Tola z krzykiem załamała ręce.
— I to był on! on! a! to być nie może!
— To był on, albo raczéj ruina tego człowieka, którego cierpienie złamało i do rozpaczy przywiodło.... Ten jeden wypadek powiada ci wszystko — dodała doktorowa — więcéj już nie masz mnie o co pytać.
Z pięknych oczów Toli polały się niepowstrzymywane łzy, ani myślała się ich wstydzić w téj chwili, ani kryć z niemi....
— Ten świetny, wesół, zuchwały... dowcipny Todzio, ten pieszczoch i ulubieniec poczciwéj prezesowéj — ten — a! mój Boże... ja nawet wystawić sobie tego nie umiem.... Widziałaś go?...
— Z daleka — w ulicy — wygląda jak widmo, lecz gdyby był smutny, gdyby udawał Manfreda, grał jakiegoś Gustawa, czy Konrada — możeby mi się wydał politowania godnym i śmiesznym. Tak nie jest.... Udaje wesołego i bardzo szczęśliwego — a od tego serce się kraje.
— Cóż on tu robi?
— Poczciwy profesor, który go uratował, karmił go podobno dotąd, pozastawiawszy zegarek, łańcuszek i co tylko mógł u żydów — stara mu się o jakie umieszczenie, jaką robotę.
— Więc prezesowa nie zostawiła mu nic?
— Ani nawet wspomnienia — dorzuciła doktorowa — zresztą jest to jakaś tajemnica. W ostatniéj chorobie wzywała ks. Jeremiego, a po nim, gdy oto niedawno umarł, nic się nie znalazło... i gdyby co było, prezes tam dobrze pilnował...
Tola przeszła się po pokoju, aby ukryć wyraz swéj twarzy, który oczy przyjaciółki śledziły... nie miała siły mówić.
— Ruina człowieka — intelligencji — serca — ducha... a! jak to okropne... widzieć ten boży kwiat zdeptany nogą, zwalany może błotem, skrzywiony na złamanéj łodydze... czy jest co smutniéjszego na świecie... Pokrzywy bujają pod płotem... a... oni — zawołała nagle stając przed doktorową...
Przyjaciółce także łzy się w oczach kręciły... chciała już odwrócić rozmowę.
— Jedziesz — kiedy? zapytała.
— Nie wiem — nic już nie wiem — cicho odezwała się Tola trąc czoło jakby z niego myśl, natrętną muchę, spędzić chciała... Możnaż tak... człowieka złamanego rzucić bez opieki? godziż się...
— Przyznam ci się — szepnęła doktorowa — jeździłam dziś umyślnie do prezesa, chciałam w nim obudzić jakieś uczucie obowiązku.
Tola rozśmiała się szydersko.
— A! jakżeś ty naiwna! W nim!!
Zawstydziła się sama swéj popędliwości i poprawiła. — A cóż prezes?
— Potrafiłam go tylko do niewidzianego pobudzić gniewu... nic więcéj.
— Wiedział już o nim!
— Niestety...
— Moja droga — odezwała się Tola — radźcież z waszym profesorem dokąd się ma protegowany wynosić — bo nie sadzę, żeby mu tu dano pobyć długo.
Żywo zaczęła chodzić po pokoju... widocznie walczyła z sobą... zrywała się coś mówić i nie śmiała, a rumieniła...
— Pojutrze wyjeżdżam — zawołała — tak — ale jutro — droga moja... ja mogę u ciebie być przypadkiem, rozumiesz mnie... a ty mogłabyś tego dnia mieć u siebie profesora z jego — protegowanym.
— Jeśli ten protegowany gdziekolwiek być raczy — profesor mi mówił, że się wyrzekł i zarzekł towarzystwa. Właśnie go chciałam mieć u siebie przez nieszczęśliwą ciekawość kobiecą. — Wiesz co na zaproszenie odpowiedział profesorowi?
— Cóż przecie?
— Powietrze salonów nie zdrowe dla mnie, ubogi sierota, proletarjusz, włóczęga, po co mam tam iść, gdzie mnie z łaski i miłosierdzia przyjmować będą? Nie mogę....
— Moja droga — przerwała Tola — ja nie rozpaczam dla tego — tyś kobieta, powinnaś na to znaleść sposób, ażeby on był u ciebie, gdy ja cię o to tak pięknie proszę...
Uściskały się — doktorowa wyszła, a Tola rzuciła się, twarz rękami zakrywszy, na kanapę.


∗             ∗

Nie ma na świecie piękniejszych instytucji nad zakłady miłosierdzia — lecz smutniejszego nad nie widoku trudno znaleść na świecie. Nieszczęsny ten porządek wymaga, aby ludzie byli przekładani pod numerami w salach, które przypominają fabryki... aby ich łóżka stały w systematyczne rzędy ustawione, jak szuflady wielkiéj kolekcji okazów naukowych. Chory przestaje tu być człowiekiem, staje się numerem i chorobą. Przepraszam za porównanie, — jak zwierzęta u żłobów leżą ci nieszczęśliwi, opuszczeni, zdani na ręce obce... a nawet pociecha religijna przychodzi tu tak samo, jak porcja bulionu. Jest coś na wszelki wyraz smutnego w tém zbiorowisku istot, których nic nie łączy z sobą oprócz, wspólnéj niedoli.
To coś nakształt pourywanych liści od kwiatów tysiéca... i złożonych dla jakiegoś experymentu... z każdéj rodziny po listku a wieleż z tych liści na pół zeschłych — zapomniało o kwiecie, do którego wieńca należały?? To téż gdy nad takiém łożem samotném, przedostatnią pościelą człowieka, żywym grobem, który ona zwiastuje, ujrzy się pochyloną twarz tego anioła pociechy, który się zowie Siostrą Miłosierdzia — gdy się słyszy szept łagodny, co choremu przypomina głos matki, siostry lub żony, gdy taka kapłanka zatrzyma się dłużéj u zapomnianego kątka, w którym ból słowami pociechy — któreżby oko łzą wzruszenia nie zaszło a serce i czcią nie uderzyło?
Są między ludźmi anioły....
Taki właśnie aniół, chociaż w bardzo skromnéj i niepozornéj postaci, bladéj, niemłodéj, zwiędłéj od pracy i pokaszlującéj niewiasty w białych osłonkach Siostry miłosierdzia — stał u łóżka, na którém złożono tylko co starego człowieka, wyglądającego tak, jakby za chwilę miał skonać.
Człowiek ten, którego w jakiéjś lichéj gospodzie na gościńcu miłosierny znalazł chłopek i odwiózł do szpitala — stary już był, schorowany, wyżółkły, a sił w nim już ostatek niepotrzebnie przytrzymał resztkę życia, aby cierpiał dłużéj. Ciężki oddech gorączkowy, przerywany kaszlem suchym, świszczącym, poruszał gwałtownie wymęczoną piersią jego, za każdym paroksyzmem kaszlu zimny pot występował mu na pomarszczone czoło i ręce kościste chwytały kołdrę konwulsyjnie, jakby szukały podpory. Obłąkanym wzrokiem to rzucił po sali, któréj zdawał się nie widzieć, to znowu zamykał oczy i jakby gorączkowym snem usypiał.
Siostra Hilarja próżno stojąc przy nim, choć słowo z niego dobyć chciała; dobywały się tylko westchnienia — człowiek ten chciał już umrzeć, a nie mógł.
Obok łóżka, na którém spoczywał, leżały jeszcze nieschowane dotąd węzełki, które z nim przywieziono razem i zrzucono z niego nędzną odzież, gdy szpitalną przywdziewał. Po tych przyborach podróżnych, po wytartym kiju, który chłopek zabrał i złożył razem z rzeczami, poznać było łatwo, że długą przewędrował drogę, nim go tu rozbitka choroba rzuciła na ostatnią skałę, na której miał skonać....
Siostra Hilarja widząc, że sama nie poradzi z nim nic, pospieszyła po lekarza zakładu... Siwy, z krótko ostrzyżoną głowa, okrągły człowieczek przytoczył się do łóżka. Na rumianéj jego twarzy nie malowało się żadne uczucie — obyty był z cierpieniem, jak z koniecznością życia... Przyszedłszy do łóżka stał i słuchał oddechu naprzód, potém rękę wychudłą dobył i choć mu się wyrywała, puls śledził, potém dłoń przyłożył do czoła, głowę do chrzęszczącéj piersi chorego.
Spojrzał na siostrę stojącą w milczeniu i ramionami lekko ruszył. —
— Dajcie mu najprzód trochę rosołu... być może, iż jest głodnym... a potém coś chłodzącego, a potém — zobaczymy...
Człowiek stary — dodał — sił tam już mało, choć budowa mocna... ale któż wie co przebył i przecierpiał...
Z pomiędzy białych poduszek, na których z siwym, rozrzuconym włosem spoczywała głowa chorego, maska jego wyglądała jakby z wosku wylepiona... piękny rysunek twarzy szpecił tylko włos siwy okrywający ją, dziko odrosły przez kilka tygodni... krzaczystych brwi dwoje zwieszały się nad głęboko wpadłe oczy... Usta w bezzębnéj już szczęce, wpadłe — istne miały wyraz jakiś dziwny rezygnacji i bólu razem.
Twarz uszlachetnionéj, myślącéj istoty zdawała się należeć do człowieka, który wyszedł z tych klas społeczeństwa, co nie samą ręczną pracą dorabiają się chleba. Wysokie czoło wypukłe zdawało się myśli pełném... marszczki na niem mówiły o pracy, co je pofałdowała... a jednak ubiór nędzny, tłómoczek odarty oznajmywał wyrobnika, którego wiek i bezsilność na rozdroże konać rzuciły.
Kto on był, ani chłopek nie wiedział, ani przejrzenie powierzchowne tłómoczka nie uczyło — mówił tylko ten co go do szpitala odniósł, iż słyszał od karczmarza, że podróżny ten zdrożony i chory przed paru dniami się przywlókł, chciał koniecznie dojść do miasteczka, ale na noc położywszy się w alkierzu, dostał jakiéjś gorączki i tak tam dni parę przeleżał.
Toboły jego przejrzawszy znać gospodarz i nie znalazłszy w nich nic, pozbył się za kieliszek wódki, namówiwszy chłopka miłosiernego, by go sobie zabrał do szpitala.
Gdy siostra Hilarja przyniosła filiżankę bulionu, a przyszła nim go napoić, musiała kogoś wezwać, coby mu głowę potrzymał... Zaciśnięte usta i szczęki nie wpuszczały napoju zrazu, potém z trudnością wlano mu go łyżek kilka... Parę razy oczy otworzył, powiódł niemi do koła i znowu je zamknął... Buljon o tyle poskutkował, że chory powoli usypiać zaczął... Budził go ów kaszel, lecz i ten zdawał się uśmierzać.
Przez całą prawie noc przesiedziała przy nim troskliwa siostra... nic się jednak w stanie jego nie zmieniło i z rana chory spał jeszcze... Wielkie znużenie natura snem wynagrodzić chciała. Doktór znalazł małe polepszenie...
Dano mu znowu buljonu trochę, próbowano przemówić, głos tylko powieki mu otworzył, ale z ust nie dobyto słowa... Zasnął jeszcze...
Tego dnia właśnie przypadały urzędowe odwiedziny szpitala przez Towarzystwo Dobroczynności, które do utrzymywania jego się przyczyniało. — Chociaż instytucja nie lękała się tego nadzoru w dnie powszednie, zawsze jednak musiano trochę wystąpić przed dostojnymi gośćmi.
Chorzy dostali wszyscy świeżą bieliznę, sale poprzewietrzano staranniéj, aby powietrze zamknięte nie raziło dostojnych nerwów, wszystko przybrało weselsze i świąteczne oblicze. — Siostra Hilarja chciała nieco pokaźniejszym uczynić swojego chorego, lecz stan jego oparł się wszelkim pokuszeniom jéj — a dobroczynnego snu, którym go ratowała natura, niepodobna było przerywać. Została więc ta żółta głowa na białych poduszkach ze swym wyrazem bólu i charakterem, jaki ją wśród innych wybitnie odznaczał... każdy z patrzących uderzonym być musiał twarzą, która myśl uszlachetniła i wyrzeźbiła z niéj typ nad pospolite wznioślejszy. —
Z południa szmer w korytarzach zwiastował odwiedziny zapowiedziane księżnéj, która była protektorką stowarzyszenia, prezesa, który główne w niem zajmował stanowisko i innych członków do komitetu należących. Przełożona sióstr i doktor towarzyszyli oglądającym.
Wszystko się naturalnie znalazło w jak najprzykładniejszym porządku — a pochwały sypały się z ust księżnéj i prezesa.
Więcéj dla formy niż z potrzeby obchodzono sale. Łóżko, na którém leżał wczoraj przywieziony chory, znajdowało się nad samą drogą, którą do następnéj sali przechodzić było potrzeba. Prezes szedł obok księżnéj dosyć obojętnym wzrokiem rzucając po łóżkach... Jednakże zdala już i księżna i jego musiała zastanowić piękna twarz nieznajomego człowieka.... Ktoby był pilnie śledził twarz prezesa, dostrzegłby na niéj naprzód wyraz zdziwienia, potem pomięszania, niepewności, przestrachu i niepokoju....
Gdy przyszli do łoża, prezes stanął i począł się wpatrywać bacznie w chorego....
— Cóż to za — pacjent? kto to taki? zapytał doktora.
— Nie wiem kto — zdaje się być ubogi jakiś stary rzemieślnik... odparł doktor.
— Jakto? państwo przyjęliście do szpitala, nie wiedząc nazwiska? spytał prezes....
— Przywieziono nam go ze wsi — rzekł spokojnie ordynarjusz — był w stanie takim, że się z nim rozmówić nie podobna....
— Ależ przecie? miał papiery?
— W tłumoku nie było żadnych....
— Szczególna rzecz — zawołał prezes, trochę kwaśno — zdaje mi się, że przepisy szpitala wymagają koniecznie legitymacji....
— Ale są wypadki panie prezesie, gdy bacząc na cel zbyt ostrym być nie można, rzekł śmiało lekarz... człowiek umiera... trudno od niego wówczas żądać, legitymacji....
— Pojmuje pan, rzekł prezes nieco obrażony, iż ja tego nie wymagam — ale formy niedarmo są postanowione....
— I zachowują się, gdy można — rzekł doktor spokojnie, ale przy chorym nie ma śladów, kto jest; odwiózł go miłosierny człowiek nie znając... a dotąd przytomności nie odzyskał....
— Zkądże go przywieziono?
— Z gospody w Chrzanem....
Prezes głową pokiwał, ale stojąc przy łóżku, u którego się téż całe towarzystwo zatrzymało, nie spuszczał oka z chorego.... Stary spał, oddychając ciężko.... Czoło jego zmarszczone, wpadłe oczy i usta zaciśnięte mechanicznie, nosiły na sobie wyraz długiego cierpienia i nędzy.... Siostra Hilarja opowiadała właśnie księżnie pani, jak go wczoraj przywieziono, i że prawdopodobnie część choroby pochodziła z głodu. Prezes tymczasem chciwie, pilno, niespokojnie rozpatrywał fizjognomię chorego. Po długim tym przystanku u łóżka towarzystwo całe posunęło się daléj... obeszło resztę sal i pochwaliwszy wzorowy porządek miało opuścić gmach, gdy prezes pożegnawszy księżnę, pod pozorem urzędowego zajęcia, zawrócił się nazad do szpitala.
We drzwiach stał jeszcze doktór.
— Szanowny konsyliarzu, odezwał się do niego, zatrzymałem się, aby cię przeprosić za uczynioną uwagę przy numerze 136. — Musiałem z obowiązku to dopełnić... a teraz uczyń mi tę łaskę i pozwól mi obejrzeć rzeczy, jakie były przy nim, gdyż twarz chorego nie jest mi nieznajomą. Cośbym więcéj o nim wiedzieć pragnął.
— To już do mnie nie należy, odparł kłaniając się grzecznie, lecz zimno doktór — i służyć panu prezesowi nie mogę... Ekonom szpitala będzie mu użyteczniejszym...
To mówiąc wskazał na stojącego na boku z kluczami jegomości. — Ekonom, który miał może powody wysługiwania się nadzorowi, pospieszył na rozkazy prezesa i z nim razem udał się dostojny pan... do izby gdzie pod odpowiednimi numerami złożone były rzeczy chorych, które wchodząc do szpitala z sobą przynieśli.
Pokój ten z pułkami pełnemi rupieci i łachmanów, porządnie ponumerowanych, smutny przedstawiał widok... Prawie wszystkie te zawiniątka wyglądały brudno i nędznie... Numer 136 leżał właśnie na skraju. Prezes ciekawie zbliżył się do tłomoczka, który mu ekonom otworzył. Odzież chorego była uboga, ale widocznie z innego kraju pochodząca. Zużycie jéj nie starło śladów wyrobu zagranicznego. Sprawiona w lepszych może warunkach, musiała być niegdyś porządną. Tłomoczek zawierał podartą bieliznę, troszkę mniéj zużytych kilka łachmanów i parę książek... Na te rzucił się prezes ze szczególną ciekawością..; Jedna z nich zawierała po włosku Dantego komedję, druga była odwieczną książką nabożną polską — złotym ołtarzykiem. Podpisu na nich nie było żadnego... Zamyślony oddał je nadzorcy i prosił go, aby jeszcze raz mógł chorego oglądać.
Poszli wiec do sali.
Prezes zbliżył się na palcach do łoża... lecz znać trafił na rozbudzającego się — bo chory oczy otworzył i już ich nie zamknął. Wlepił je z dziwną zapamiętałością w prezesa. Poruszył się potém na łóżku niespokojny... zakaszlał, a widząc wzrok wymierzony na siebie, ruchem gwałtownym w przeciwną stronę się odwrócił. — Prezes blady i jakby przelękły ujął za rękę ekonoma.
— Kochany panie, jakże się pan nazywa? rzekł cicho odprowadziwszy go do korytarza z mina poważną i zakłopotaną.
— Ecker, proszę Jaśnie wielmożnego prezesa.
— A tak, przepraszam... Kochany panie Ecker, dodał prezes — mam dwa słowa do niego względem tego chorego. Twarz jego jest mi znajoma — człowiek podejrzany, bardzo podejrzany, o występek wielki. Szpital mógłby być w kłopocie z powodu przetrzymywania takiego indywiduum.
Ecker pobladł.
— Otóż z tego powodu — ale niech to zostanie między nami, pan będziesz łaskaw — mówił daléj głosem trochę drzącym — chorego tego kazać przenieść do osobnéj celki. Proszę tylko nie mówić, żem ja to dysponował. Pan znajdziesz powody.
— A tak, jaśnie panie, powody się znajdą — rzekł powolny ekonom.
— Rozumiesz mnie pan — przenieść go do celki osobnéj, nikogo oprócz siostry i doktora tam nie wpuszczać... a gdyby chory wyzdrowiał, nie uwalniać go bez mojéj wiadomości i zgodzenia się..... rozumie pan?
— Ale rozumiem, jaśnie panie — pospieszył ekonom — już proszę na mnie się spuścić. Ja go zamknę na klucz, a nie wyjdzie bez mojéj wiedzy. Za to odpowiadam.
— Wszystko to pan spełnij tak.... widzisz.... żebym ja w to wmięszany nie był. — Jest to interes szpitala — rozumiesz pan — mogłoby być źle. — bardzo źle... gdyby inaczéj się stało. Przecież i panu idzie o to, aby szpitala nie narażać.
Ekonom, który rocznie do tysiąca talarów wyciągał z zarządu instytutu, przeląkł się niezmiernie, zaklął na wszystko, że będzie posłusznym... i gdyby mu w téj chwili żywego pochować kazano, byłby to niezawodnie spełnił.
Prezes skinął nań jeszcze zalecając milczenie, począł rozpytywać o inne szczegóły i w końcu szpital opuścił... blady, pomięszany i widocznie niespokojny.
Ledwie się drzwi za nim zamknęły, ekonom pobiegł do sali, cały przejęty ważnością powierzonej sobie misji, od której los szpitala miał zależeć.
Widział już w tym chorym ważnego przestępcę stanu, ukrywającego się przed pomstą prawa, widział spisek wkradający się pod wełniane kołdry łóżek i podkopujący to spokojne siedlisko nędzy, na którym on tył i pasł się tak wygodnie. Widok téj bladéj twarzy przerażał, spojrzawszy na numer 136 znalazł go pełnym najczarniejszych zbrodni śladów. Brwi, zmarszczki na czole, usta wpadłe, wszystko niebezpiecznego oznaczało zdrajcę, który spokój publiczny miał zamieszać, a, co najgorzéj, chleba go pozbawić.
Przenieść chorego nie mógł jednak proprio motu bez siostry Hilarji. Ta siedziała właśnie nieopodal od łóżka.
Ekonom skinął na nią i wyprosił ją do apteczki.
— To musi być mocno chory człowiek! rzekł wskazując palcem na salę.
— Który?
— A ten 136?
— W istocie, bardzo biedny... stary...
— Jemu tu w téj sali, wśród tych naszych chorych nie bardzo dobrze być musi...
Siostra spojrzała zdziwiona, troskliwość bowiem nie była w obyczajach ekonoma.
— Ja myślę — dodał, że teraz, gdy chorych na osobne pokoje nie ma, toby mu można śmiało dać jeden...
— Ależ od nich się płaci...
— A kiedy próżne stoją. —
— Przepisy nie dozwalają.
— Mnie bo — mnie — zadławił się ekonom, mnie tego nieboraka żal — dodał — od wczoraj, gdy go przynieśli myślę o tém...
Siostra spojrzała nań; zrobił minkę pobożną.
Bardzo, rzekł wzdychając — nieboszczyka ojca mi przypomina...
Wszystko się tym sposobem tłumaczyło. Siostra dla tak poczciwego uczucia miała poszanowanie.
— Już gdyby mi i zapłacić przyszło — dodał niespokojnie ekonom — proszę go przenieść pod Nr. 15. Drzwi nie daleko odemnie, będę mógł naglądać.
Rozczulona siostra Hilarja ścisnęła go za rękę.
— A! kiedy tak, zawołała — to dobrze, bardzo dobrze! Spytamy tylko doktora, czy go teraz ruszyć pozwoli.
— E! i doktora pytać nie trzeba — dorzucił ekonom żywo, siostra dobrodziejka, lepiéj się znasz od niego... Ja stróżów dam... a tam mu przecie będzie daleko lepiéj...
Tak się tedy stało... Lekarz który nadszedł przestrzegł tylko, że lepiéjby go przenieść wraz z materacem... aby spoczynku tak potrzebnego nie przerywać.
W czasie tych przenosin chory niespokojnie oczy otworzył i oburącz za piersi się pochwycił, jak gdyby chciał coś obronić i zakryć...
Ekonom dostrzegł ten ruch... a siostra Hilarja mu go wytłumaczyła...
— Chory, rzekła, ma na piersiach worek skórzany, pewnie z papierami. Jużeśmy mu go wczoraj chciały zdjąć, ale nie dopuścił i choć nie bardzo był przytomny bronił go nie dając zabrać sobie. Musiałyśmy zostawić.
Ekonom dobrze to sobie zapamiętał.
Z tego, co mu prezes powierzył, wnosić było można, iż się tam w tym worku właśnie kryły jakieś ważne tajemnice. Postanowił więc nocą podkraść się pod pozorem czujności nad starcem i odjąć mu po cichu te papiery tak, aby tego nie poczuł. Wprzódy jednak chciał jeszcze pospieszyć z doniesieniem prezesowi o ważném swém odkryciu, aby od niego mieć upoważnienie do konfiskaty. Obiecywał sobie z tego wielkie w przyszłości zachowanie u dostojnego protektora...
Doktorowa nazajutrz po wieczorze u Toli, zamyślała listem prosić profesora z jego gościem do siebie, przyszło jéj jednak na myśl zaraz, że przez posły wilk nie tyje, że na pismo łatwo się pismem odpowiada i odmówić może. Z rana więc po mszy, z książką od nabożeństwa w ręku, mimo że ją wschody zawsze kosztowały wiele znużenia, odpoczywając dostała się na drugie piętro i zadzwoniła tak gwałtownie, że profesor, który właśnie miał brać na siebie surdut, wybiegł z jednym rękawem naciągniętym, a drugim narzuconym. Postrzegłszy we drzwiach doktorową zmieszał się bardzo — ona nic a nic — rada była że się dostała na górę i szukała już gdzie usiąść.
— Gdzie twój pokój profesorze, bo muszę spocząć.
— A! na Boga miłego... usiąść! to chyba do biblioteki krzesełko przyniosą... bo u mnie w pokoju nie mogę przyjąć.
— Dla czego...
— W nieporządku wielkim...
To mówiąc stary Kudełka pobiegł po krzesło, stłukł miednicę, rozlał wodę, i ręcznikiem starłszy zlane siedzenie przyniósł je do biblioteki, któréj drzwi otworzył.
Doktorowa weszła, obejrzała niepewne krzesło i usiadła ostrożnie — musiała wschody wydychać.
Poglądała tymczasem po półkach uśmiechając się. Biblioteka profesora nie miała tego pozoru wytwornego, jaki po domach pańskich zbiory ksiąg miewają, wyglądała nędznie, choć zawierała skarby. Na oprawę jednostajną i bogatą tych rzadkości nie stało profesorowi funduszów. — Pargaminowe więc okładki, świnia skóra, pąsowy safian, szara bibuła, kolorowe papierki, arystokracja i proletarjat okładek mieszały się z sobą, nadając zbiorowi arlekińską fizjognomję pstrą i łataną.
— Cóżeś ty to życia i ofiar tu utopił! zawołała.
Profesor złożył ręce pobożnie.
— A! pani, to mi się tylą godzinami szczęścia wypłaciło! zawołał.
— Ale ja nie do książek tylko do ciebie tu przyszłam i to nie z prośbą, ale z rozkazem... musisz być u mnie na obiedzie... i to — notabene nie sam... z Murmińskim.
Profesor potrząsł głowa.
— To nie może być — on nie pójdzie.
— Potrzeba żeby przyszedł i musi przyjść — stanowczo rzekła doktorowa — idź po niego, nie mów mu, że ja tu jestem, sprowadź mi go koniecznie, biorę na siebie, że go do tego skłonię.
Kudełka chociaż się nieco zawahał... czy bezpiecznie było doktorową samą jednę z książkami zostawiać (małe Elzewiry wchodzą tak zgrabnie do kieszeni) wysunął się jednak posłuszny...
W pół kwadransa potém, usłyszała oczekująca pani chód powolny po wschodach, weszły dwie osoby do przedpokoju — Murmiński więc był... reszta od niéj zawisła. Znała go trochę poczciwa pani, a ufała w to, że prosto od serca mówiąc do serca, będzie zrozumianą...
Gdy jednak przez drzwi otwarte, Teodor zobaczył kobietę, której bytności się tu nie domyślał, chciał się cofnąć, profesor zatrzymał go za rękę — doktorowa wstała i podeszła.
— Nie wiem, odezwała się, czy pan mnie sobie z dawniejszych czasów przypominasz... jestem żoną doktora X... wdową już dziś, mój dobry panie.. i samotnicą. Wiem, żeś wiele przecierpiał, że tu jesteś sam... a profesor cię nie bardzo ubawi... przyszłam was, z dobrego, wierz mi, serca, prosić do siebie...
Todzio mierzył ją oczyma dosyć niegrzecznie.
— Pani dobrodziejko — rzekł powoli — rzadka to rzecz, żeby człowieka w biedzie kto zapraszał do swego domu, powinienbym to ocenić... a taki jestem zepsuty, że podejrzewam szanowną panią o prostą ciekawość i chęć zabawienia się połamanym polyszynelem... Czy już sobie pani co innego nie znajdzie? Ja jestem wcale nie zabawny.
— Ale mój kochany panie Teodorze, przerwała jéjmość śmiało, dla czego przypuszczasz koniecznie, że się tobą chcą bawić, a nie chcesz zrozumieć, że może pragną rozerwać ciebie. — I ja sądzę że nie jesteś zabawny, lecz po prostu mi cię żal.
Murmiński się zmarszczył i rozśmiał.
— Widzi pani dobrodziejka, rzekł — są ludzie co się skarżą aby litość obudzić i lubią by się nad nimi użalano — ja — nie.
— Myślałam, że cię nieszczęścia nauczyły łagodności i wyrozumienia — rzekła doktorowa.
— Nieszczęścia nic nie uczą... oduczają tylko od wiary i nadziei — odparł Teodor. Niech mi pani pozwoli podziękować sobie i odmówić. — Jestem już od salonu odwykły, od towarzystwa, od ludzi.
— Będziemy sami, ja, profesor i pan... nie drożże się, przyjdź.
Murmiński głową potrząsając, widocznie się wzdrygał...
— Na co to się pani zda...
— Żeby waćpana ze zdziczałości i zdziwaczenia wyprowadzić — dodała.
— Mnie to przyjdzie ciężko — odezwał się Murmiński.
— Powinieneś się zwyciężyć — rzekła jéjmość — daj mi słowo, że będziesz.
Murmiński popatrzał na nią długo — wahał się — przykrem mu było to zaproszenie. Doktorowa nagliła.
— Przyjdziesz... proszę.
— Masz pani gusta dziwaczne, rzekł — myślę, że się utrapienie nudzić musisz, kiedy taką niesmaczną jak ja potrawę chcesz mieć u stołu!
Nikogo nie będzie.
— Nikogo nie prosiłam na obiad oprócz was...
— Przyjdziemy — przerwał profesor.
Murmiński się skłonił.
— Byłoby śmieszném gdybym odmawiał — rzekł ruszając ramionami.
Otrzymawszy tę pożadaną obietnicę i pożegnawszy obu, doktorowa rada z siebie, zeszła ze wschodów spiesząc do domu. — Murmiński stał w bibliotece zamyślony.
— Pan profesor chcesz mnie już, widzę, puścić w obieg jak starego kulfona, który w kieszeni zawadza.
— Daję ci słowo, że to nie moja sprawa. Todzio był chmurny i kwaśny... nie odpowiedział na to, milczący powlókł się na górę. — Od czasu uratowania swego mało się on zmienił powierzchownie, sprawiona przez profesora odzież czysta i porządna, nie była wykwintna, dawny elegant, gdyby nie jego mina i ruchy pańskie, wcaleby się w niej biednie wydawał. Odżyła nieco wyżółkła twarz i zagasłe oko... ale nie był to ów Todzio wesoły, zręczny, śmiały, dowcipny, któremu postawy i miny i języka cała zazdrościła młodzież. — Dawniéj znajomym posępne to oblicze, jakby po chorobie ciężkiéj zbolałe — ledwie przypomniećby mogło pięknego Todzia. Rysy zostały szlachetne, lecz łatwo się było domyśleć, ile przez nie przepłynęło fal ostrych i przesunęło się cierni.
Gdy godzina obiadowa nadeszła, Todzio spuścił się ze wschodów powoli, ubrany jak był rano, bez żadnego starania, ubogo, z głowa spuszczoną, z miną znudzoną.
— Chodźmy na tę nieznośną pańszczyznę, rzekł do profesora — wolałbym przez okno patrzeć na moje wróble, niż tam się nudzić zatęchłym salonem staréj, poczciwéj jéjmości. — Ale bo, oryginalna jest, do czegóż są prałaci i kanonicy sześćdziesiątletni, jeśli nie do zjadania takich obiadów i zabawiania gospodyń.
Gderał, ale poszli.
Już samo przechodzenie ulicą było dla Murmińskiego przykrém, obudzał zbytnią ciekawość. — Ludzie co go dawniéj znali, stawali i patrzyli nań niedyskretnie, opowiadając sobie plotki o nim... Niektorzy zaczepili profesora, aby się jego towarzyszowi bliżéj przypatrzeć. — Murmiński wymykał się przodem aby znajomości i rozmów uniknąć.
Nareszcie weszli w bramę i do pokojów ukwieconych poczciwéj doktorowéj, która ich przyjęła serdeczném podziękowaniem. Murmiński był dziwnie milczący. — Nie można go było i u stołu rozgadać, jakby roztargniony, zapominał się, myślał o czém inném, zdawało się, że postanowił być kwaśnym, aby go drugi raz nie proszono. Doktorowa mówiła żywo, wiele, zaczepiała o różne przedmioty; pozostał tak ostygłym jak przyszedł. Co najwięcéj — pół słowem krótkiém zbył odpowiedź. — Roztargnieniu temu winien był może, iż dozwolił gospodyni dolewać sobie wina bez miary, i pił go więcéj, niż wszyscy. Lecz wino to nie wywierało nań najmniejszego skutku... Patrzał osowiałemi oczyma, po kwiatkach, po suficie, na obraz, duszą i sercem był gdzieś indziéj.
Po obiedzie podano kawę. Im bardziéj zbliżała się chwila stanowcza, tém doktorowa widocznie była niespokojniéjszą, — żałowała już może, że do téj sceny rozczarowania i bolesnego dramatu pomoc swą ofiarowała. — Lecz spotkanie było już nieuniknione...
Murmiński stał nad rozkwitłemi liliami wpatrując się w ich świeże kielichy, których przepyszne tkaniny król Salomon podziwiał — gdy w pierwszym pokoju dał się słyszeć chód i powiała suknia kobieca...
Zdaje się, że po latach wielu, poznał czy przeczuł tę kobietę — gdyż nagle podniósł głowę i zdrętwiał nieruchomy. — Potém gniewnym wzrokiem rzucił na doktorową i... nie ruszył się krokiem...
Tola wchodziła blada, milcząca, usiłując próżno być obojętną.
— Przepraszam — rzekła głosem drżącym — przepraszam moją panią, że tak przebojem tu wchodzę — chciałam się pożegnać. —
Oczy jéj spotkały się w téj chwili z oczyma Murmińskiego, który wejrzenie wytrzymał, żaden muskuł nie drgnął na jego twarzy. — Miał czas w mrugnięciu oka przygotować się do tego bolesnego spotkania... Gniew na doktorową, która go wystawiła na taką próbę, całą jego nędzę i upadek na scenę wyciągając — zagłuszył na chwilę inne uczucie.
Tola postrzegłszy go, minęła profesora i wprost podeszła ku niemu...
— Pan Teodor! zawołała wyciągając doń rękę — o mój Boże! jakżeś się odmienił.
— Tak, odparł spuszczając oczy — bardzo — bardzo — a pani nic a nic. —
W głowie jego nie było innego wyrazu nad przykre upokorzenie — oczyma szukał kapelusza...
Stali tak naprzeciw siebie, Tola patrzała nań przestraszona tym człowieka upadkiem...
— Prawda pani — odezwał się usiłując jakby oprzytomnieć i odzyskać odwagę, że losy dziwne z ludzi robią — potwory... Aż mi wstyd pokazać przed panią ten łachman, który ze mnie został... lecz... gdy ścierką bieluteńką długo i podłogi i wschody szorują... brudny z niéj płacheć zostaje. Tak i zemną...
Zaczął się niby śmiać...
— Ja tego nie biorę tak tragicznie — dodał żywo — najpospolitsza to rzecz w świecie, a nawet — doprawdy śmieszna...
Tola nie mogła jeszcze wyrzec słowa... patrzała osłupiona... Pod jéj wzrokiem wił się biedny Murmiński, nie jego litość czując ale upokorzenie tém miłosierdziem, wolałby może gniew lub obojętność...
— Wie pani, że to rzecz szczególna, dorzucił gorączkowo — rzecz szczególna, jak nierówno czas działa nawet na ludzi... pani jesteś jak byłaś wczoraj... niespożytym djamentem pełnym blasku... a mnie afrykańskie i indyjskie żary, gorączki, głody, włóczęgi starły na miazgę... Jak to musi być śmiesznie zobaczyć taką metamorfozę... i ani się nawet dziwię, ani gniewam na szanowną gospodynię, że taki spektakl chciała dla pani urządzić.
— Panie Teodorze — odezwała się wzruszona Tola — jaki pan nielitościwy... Nikt z nas nie myślał... przypadek!
— Tak przypadek — odezwał się Murmiński, gra niezmiernie ważną rolę w życiu — życie się składa ze samych przypadków...
Tola coraz bardziéj była zmieszana, spojrzała nań, chcąc to szyderstwo rozbroić wejrzeniem łagodném — Teodora to jeszcze bardziéj zburzyło...
Szczęściem doktorowa zajęta Kudełką nie dosłyszała wymówki.
Tola co prędzéj schwyciła krzesło — Murmiński został jak wkuty przy koszu z kwiatami.
Przykre milczenie na chwilę — panowało w pokoju. — Teodor z pod brwi patrzał na bladą i drżącą kobietę, która już nań spojrzeć nie śmiała... była zmięszana i smutna.
Podniosła wreszcie oczy na Teodora.
— Mówiłeś pan o zmianach, ja największą nie w twarzy pańskiéj znajduję, odezwała się łagodnie — ale w zapatrywaniu się na świat... Z kilku słów już go się łatwo domyśleć. — Byłeś pan dawniéj pobłażającym, łagodnym, a dziś.
— Człowiek się zmienia, rzekł Teodor.
Doktorowa pod pozorem kwiatów odprowadziła Kudełkę rozmawiając z nim głośno do pierwszego pokoju, tak że Teodor z Tolą pozostali sami. Murmiński oczyma szukał kapelusza...
Tola chciała rozmowę sprowadzić na inne, obojętniejsze pole...
— Zkąd pan tu do nas przybywasz?... zapytała.
— Byłem w Afryce, rzekł Teodor, służyłem w legji zagranicznej, trochę wprzódy włóczyłem się po Meksyku i Brazylji — byłem nawet w Indjach... Zdawałoby się, że przecie gdzieś zginąć byłem powinien — nie...
— Zdziczałeś pan między dzikimi... dodała Tola, spoglądając nieśmiało.
— Powróciłem, proszę pani, do stanu natury. Rousseau miał słuszność, cywilizacja ta sztuczna psuje nas... stan natury to przynajmniéj stan prawdy... Ludzie nie grając komedji zabijają się po prostu, pieką, jedzą — mówią co myślą, a że myślą niewiele więc i nie paplą do zbytku... Śpią więcéj i są bardzo zdrowi.
— Tego po panu nie widać! rozśmiała się Tola.
— Bo człowiek jest animal d’habitude odparł Teodor grając ciągle, gorączkowo, chłód i obojętność szyderską. — Wychowany sztucznie i do sztucznego życia, do dobrodziejstw nowego stanu nie umiałem nawyknąć.
— Jest wiec nadzieja, że powrócisz do pierwszéj swéj natury — odpowiedziała Tola łagodnie — z serca panu tego życzę...
— Na nieszczęście, rozśmiał się Murmiński — jestem teraz zwichnięty, ani dzikim porządnym być nie umiem, ani cywilizowanym jak należy, nie potrafię... Można mnie w istocie pokazywać za biletami.
Jakie to było bolesne, a sarkazm tego nieszczęśliwego brzmiał tak gorzko, że Toli na łzy się prawie zbierało....
— Przyznam się pani — dodał spiesznie, że w tym stanie przed całym światem bym się nie wstydził wystąpić — ale przed panią... to już ostatni cios, jaki mógł mnie spotkać.... Byłbym został w jéj przypomnieniach młodości jakimś zabawnym blanc bek’iem, a teraz... z tą fizjognomją tragi-komiczną jakiegoś Żyl-Blasa... a! to okropnie....
Tola podniosła oczy....
— Panie Teodorze, odezwała się — miéjże litość nademną, dosyć tych sarkazmów, mówmy serjo.... Byliśmy choć chwilę w życiu dosyć dobrymi przyjaciółmi....
— Ale ja wówczas byłem jeszcze człowiekiem, co umiał chodzić po woskowanych posadzkach, a dziś, pani — a dziś — po błocie mi najwłaściwiéj.... Jakżebyś pani mogła się nawet przyznać do znajomości i — tego, co pani raczysz nazywać przyjaźnią — dla takiéj jak ja istoty....
— Bardzo pan surowo sądzisz o mnie....
— A! nie surowo — zawołał Teodor, ale bezwzględnie.... Pani jesteś oranżeryjną rośliną drogą i pieszczoną, co burzy nie znała nigdy... no — a ja wyrwanym chwastem, który rósł przypadkiem gdzieś blizko, dopóki ogrodnik nie przyszedł i porządku nie zrobił!
— Mówić nawet z panem niepodobna! wstając i zaczynając się przechadzać poczęła Tola, któréj zniecierpliwienie coraz się stawało widoczniejszém. — Stanęła spoglądając nań śmiało.
— Sądziłam, że pana znajdę chłodniejszym i naturalniejszym, panie Teodorze... pan się tym sarkazmem drapujesz przedemną.
Zaczerwienił się Murmiński.
— Masz pani słuszność, muszę, bo bez téj draperji gorzéjbym jeszcze wyglądał — nie chciéj mnie pani widzieć bez niéj. Ran i blizn musiałabyś się przestraszyć, a to dla delikatnych nerwów kobiecych niezdrowo. Tak pani — dodał serjo i smutnie — niegodzi się wielkiego bólu, choćby nawet win wielkich używać za zabawkę i karmidło ciekawości — niegodzi! a! niegodzi — wybuchnął gwałtownie — chciałaś pani widzieć poniżenie moje....
— Panie Teodorze — zawołała z równą siłą głosu Tola — pana nieszczęście zepsuło. Byłeś miedzy złymi ludźmi i zaraziłeś się ich chorobą. — Wiem bardzo dobrze, iż się nieszczęściem bawić nie godzi, ale też zabawki, ani nasycenia ciekawości nie szukałam. Zobaczywszy pana, chciałam mu wyciągnąć dłoń pełna współczucia.
W czasie gdy to mówiła Tola, Teodor wynalazł był kapelusz i pochwycił go z ruchem, w którym gniew i rozpacz się malowały.
— Dziękuję pani — zawołał — lecz czyż i tego nie zechcesz pani przypuścić, że są, położenia, w których miłosierdzie boli jak — obelga...
— Pan sam stawiasz się w tém położeniu!
— Okoliczności mnie rzuciły w nie — odparł zimno Murmiński. — Za niespodziane szczęście, które mi się nie należało od losu, szczęście kradzione z miłosiernéj dłoni kobiety, która sobie ubogie dziecko wychowała... ot tak!! musiała przyjść zemsta... zadość uczynienie... Owa ślepa fortuna otworzyła oczy, zobaczyła omyłkę — i... osmagała mnie za skradzione łakocie.
To mówiąc Teodor drzący cały począł się żegnać. Tola nie chciała go puścić w tym stanie rozbolenia i rozdrażnienia.
— Uspokój się pan, rzekła, czekaj.
— Jestem zupełnie spokojny, zawołał Teodor — a doprawdy nie mogę dłużéj zostać ani chwili. Wypędź mnie pani raczéj — nadto się męczę.
Litościwym wzrokiem spojrzała nań w milczeniu i podała mu rękę nieśmiało.
Teodor się cofnął.
— A! nie! nie pani! ani dotknąć ręką, ani bym nawet ustami nie śmiał teraz tknąć jej dłoni. Sprofanowałoby cię dotknięcie biednego włóczęgi... Tyś powinna zostać tu gwiazdą czystą, spokojną, na niebiosach, do któréj tylko wzrok sięga... Bądź pani szczęśliwą!!
Głos mu zadrzał.
— Nie sądź pani tak źle o mnie — błagam — jam tę litość dla siebie umiał ocenić — ale nadużywać jéj nie śmiem i nie chcę — niech los to pani nagrodzi, to była złota — wielka — anielska, ostatnia jałmużna!!
Schylił się i wybiegł. Tola postąpiła kilka kroków za nim, ale wstrzymać go było nie podobna. — Nie pożegnawszy się nawet z gospodynią, nie zważając na profesora, który go wołał szukając kapelusza, Teodor wybiegł, pędem stoczył się ze wschodów i pogonił ulicą, tak, że Kudełka wyszedłszy w chwilę potém, już go nawet oczyma szukał napróżno.
Po wyjściu jego, Tola zsunęła się na kanapę, przy któréj stała — wzruszenie nie dozwoliło jéj zrazu ani się odezwać do nadbiegającéj Teressy i doktorowéj, ani słyszeć, co do niéj mówiono. Oczy miała pełne łez i piersi pełne tłumionego łkania...
— Cóż się z tym człowiekiem stało! zawołała po chwili łamiąc ręce — a! ci — co z istoty wybranéj, szczęśliwéj — prześladowaniem i niesprawiedliwością śmieli taką rozpacz wywołać, tak zgnieść i złamać ją — srodze odpowiedzą przed sprawiedliwym sędzią...
— Moja droga! uspokójże się — przerwała gospodyni — doprawdy gdybym była mogła przewidzieć tę scenę... którą z daleka odgadywałam tylko — nigdy, nigdybym się była nie podjęła ułatwić wam spotkania...
Tola podniosła się z kanapy i ścisnęła rękę doktorowéj.
— Przebacz mi — rzekła — to było nie uniknione — nic się złego nie stało...
Przeszła się po pokoju...
— Wiesz Tereniu, dodała — nie — ja już nie pojadę nad Ren — nie mogę — kilka może dni tutaj — a potém — na wieś!
W domu mi będzie lepiéj, nie chcę oczów ludzkich... Ten widok biednego Teodora zburzył mnie — jak widmo mieć go będę przed oczyma zawsze... z tego potrzeba ochłonąć w samotności...
Uścisnęła gospodynię — i wysunęła się milcząca.


∗             ∗

Pan major Zaklika spieszył się bardzo do domu, wołał ciągle, że mu żyto spasą i pszenicę wytłuką. — Trzeciego dnia meble zostały sprzedane... zostawały książki. Ks. Strużka ich nie potrzebował, pojedynczo je licytować nie było czasu i major uważał, że się to nie opłaci. Kanonik dopiero zreflektował go, że możeby należało kazać ocenić i przekonać się, co są warte... Major się na to zgodził. — Poproszono profesora Kudełkę, który w tych rzeczach za wyrocznię uchodził. Staruszek się nie wymawiał nigdy od katalogowania i cenienia, dawało mu to zręczność dostania czasem czegoś braknącego w bibliotece, i obeznania się z nieznanemi książkami.
Przyszedł więc na kanonję. — Otworzono szafę, z któréj woń zbutwiałych, od dawna zamkniętych foliantów rozeszła się po izbie. Kudełka żarliwie wziął się do roboty... Zbiór nieboszczyka Jeremiego znać w różnych okolicznościach i przypadkowo prowadzony, nadzwyczaj był nierównéj wartości. Obok obrzydłych edycji na bibule z końca XVIII wieku znajdowały się szacowne inkunabuły. Przy dwudziestéj siódméj edycji Alwara i książkach szkólnych, nie mających żadnéj ceny trafiły się zóltarze i biblie polskie prześlicznie dochowane... Pięć czy sześć godzin jedna półka kosztowała, nim nabite księgi wydobyto i na dwie kupki rozdzielono.
Major, który stał pykając z fajeczki i strasznie się nudził, rad był to już jak najrychléj ukończyć.
— Panie profesorze dobrodzieju — odezwał się — zadajesz sobie pracę niezmierną... dalipan to tego nie warto. — Ot tak, powiedzże — hurtem ile za to żądać.
— Na żaden sposób nie podobna tak ocenić — odparł Kudełka — są rzeczy cale dobre, ale i śmiecia pełno...
— No — ale mniéj więcéj, nalegał major.
— Niepodobieństwo bez krzywdy waćpana ocenić.
— Ale bodaj z krzywdą — cóż te rupiecie warte... na żydy...
— Na prawdę, nieśmiałbym cenić...
— No — dziesięć czerwonych złotych? hę? spytał major.
Kudełka, któremu bibliomana serce bić zaczęło — odwrócił się i słabym głosem odezwał się. — A to już ja, choć nie mam pieniędzy, dam panu majorowi piętnaście...
— Dasz? dasz piętnaście? podchwycił major — człowiecze kochany? dasz mi piętnaście?
— A no — dam...
— To bierz bierz! pakuj, zabieraj, bo żydzi szafę kupili i trzeba ją téż oddać... słowo...
— Słowo! zawołał Kudełka drzącym od radości głosem.
— Nie masz już co registrować, patrzeć... nudzić siebie i mnie... chybił trafił... od żłobu do żłobu... komu tam pan Bóg da szczęście — rzekł major i począł Pawła wołać, obawiając się, aby mu kupiec się nie cofnął.
— Pawle — koszów i noszów — zanieść te książki do profesora — kołtun mi ostatni z głowy spadł, a jutro rano — do domu...
Uściskał potém Kudełkę. — Mój dobrodzieju, zrobiłeś mi łaskę wielką, niech ci Bóg za to zapłaci... Jutro rano drapię...
— O któréj? żebym pieniądze odniósł, bo ich przy sobie nie mam... rzekł profesor.
W istocie nie miał ich i w domu, ale tegoż dnia jeszcze chciał biedz pożyczać. —
— Nie wyjadę przed południem — odezwał się major...
— Zatem zgoda, o jedenastéj zapłacę...
Wniesiono kosze. Profesor sam chciał być przy pakowaniu, bo teraz gdy już cała szafa do niego należała, a i połowy jéj nie przejrzał, obawiał się, żeby mu co nie skradziono. Starannie więc liczył najlichsze nawet szpargały, które mogły téż mieć pewną wartość jako drukowane w tych miejscach, gdzie nie wiele co wyszło. —
Nazajutrz, gdy już książki zsypane leżały w pośrodku biblioteki — Kudełka pobiegł po pieniądze. Obawa stracenia nabytku zmusiła go pożyczyć je u doktorowéj. Dla tego gdy późniéj zażądała, aby na obiad przyszedł z Murmińskim, odmawiać jéj nie śmiał i nie mógł.
Z niezmierną chciwością rzucił się Kudełka do przeglądania tego stosu i oddzielania plewy — na nieszczęście, ciągle mu coś przerywało robotę, i gdy na ten obiad szli, jedna trzecia dopiéro część książek po prałacie była rozsegregowana. Jedna biblja Radziwiłłowska, która się na dobréj pułce znalazła, opłaciła we dwójnasób nabycie... Kudełka był szczęśliwy...
W takiém to usposobieniu błogiém znalazła go z rana doktorowa — lecz gdy po ucieczce z jéj domu Teodora, Kudełka za nim pogonił — obawa o uratowanego zatruła mu jego szczęście. Zapomniał już o wszystkich na świecie inkunabułach... prosto popędził do domu. W progu stała służąca. —
— Wrócił ten pan? spytał.
— Jaki pan?
— Z trzeciego piętra...?
— Nie widziałam go.
— Dawno tu stoisz...
— Może godzinę, może więcéj...
Nie było więc w domu Murmińskiego...
Dla sprawdzenia téj wieści poszedł profesor na trzecie piętro i tam nie znalazł nikogo. Gonić za nim po mieście nie na wieleby się przydało. Kudełka osądził, że najlepiéj zrobi, oczekując na niego przed domem, zaczął się więc przechadzać niecierpliwie... Ale zmrok padł, a Murmińskiego nie było... Niepokoju profesora trudno odmalować. — Ścisnęło mu się serce przeczuciem jakiémś, co gorzéj miał sobie poniekąd do wyrzucenia, że mógł być nieszczęścia przyczyną, przez nierozważne dozwolenie na to, żeby go na obiad wyciągnięto...
Późno w noc profesor chodził jeszcze, choć ledwie się na ]drzących nogach mógł utrzymać. — Gdy drzwi kamienicy zamykać miano, wcisnął się do domu chory, zbiedzony, prawie w rozpaczy. Rzucił się tak na łóżko i usnąć nie mógł nasłuchując ciągle, czy kto nie zadzwoni. Lecz noc ta bezsenna, długa, spłynęła aż nadto spokojnie.
O białym dniu Kudełka mimo kropiącego deszczu wybrał się na daremne poszukiwania Teodora, którego śladu nigdzie wynaleść nie mógł. Około dziesiątéj z tym swoim żalem i trwogą poszedł do doktorowéj. Z twarzy jego poznała zaraz gospodyni, że jéj coś złego przynosił.
— Znikł! rzekł nie witając się nawet profesor — niema go — może sobie życie odebrał...
Załamała ręce kobiéta.
W jednéj chwili zarządzono jak najściślejsze w miasteczku i okolicy poszukiwania. — Kudełka poszedł do radzcy, któremu zwierzył się ze swego niepokoju, ruszono policję, ze swéj strony doktorowa najęła kilku żydków nawykłych do podobnego szpiegowania dłużników. — Wszystko to jednak żadnego nie przyniosło skutku. Murminski, wprost wyszedłszy od doktorowéj, nie zachodząc do domu, jak stał — wyruszył gdzieś w świat... lub...
Gubiono się w domysłach, stary Kudełka był tak wzruszony i dotknięty, że nawet owego stosu ksiąg leżącego na podłodze nie tknął...
Wiadomość o tym wypadku rozeszła się wkrótce po mieście i dostała się do uszów pana prezesa, który ją przyjął z pozornym chłodem, ale rzeczywistą radością. Nie powiedział ani słowa, gdy mu o tém doniesiono, wysłuchał, popatrzył, rozjaśniła mu się twarz — lecz zmilczał.
Od wielu tygodni po raz pierwszy widziano go tak swobodnym i wesołym. Tegoż dnia wyszedł po obiedzie na samotną przechadzkę, co mu się nader rzadko zdarzało... i — co mu się jeszcze nigdy nie zdarzyło w życiu, obrócił drogę w stronę gdzie stał szpital Sióstr Miłosierdzia. Zdawało się, że tam go coś ciągnęło, zapewne troskliwość o stan tego zakładu dobroczynnego, który był pod jego zwierzchnią opieką.
Instynktowe to opiekowanie się instytucją, właśnie przypadło w porę, gdyż ze złego zapewne wyrozumienia instrukcji danéj przez prezesa ekonomowi zanosiło się tu na rzeczy wielkiéj wagi i znaczenia.
Mówiliśmy już że posłuszny natchnieniu z góry, zacny ekonom postarał się o przeniesienie numeru 136 do osobnego pokoju. Chory mało co doznał polepszenia, było ono wszakże widoczne, choć przychodziło powoli. Gorączka ustawała, kaszel się znacznie zmniejszył, sen miał daleko spokojniejszy i chwilami otwierał oczy, leżał, zdawał się odzyskiwać przytomność, chociaż siostrze Hilarji odwiedzającéj go, na pytania jéj nie odpowiadał.
Stan ten nie bardzo był na rękę gorliwemu ekonomowi, który wiedząc jak ważnego przestępcę miał w ręku, pragnął — dopóki choroba jego mogła to ułatwić — przyjść w posiadanie papierów, które chory na piersiach miał zawieszone. Parę razy wśród nocy próbował nawet czy mu się nie uda obciąć sznurka, na którym torebka była zawieszoną i wysunąć ją niepostrzeżenie. Zawsze jednak chorego znajdował przebudzonym i z rękami na piersiach skrzyżowanemi, jak gdyby skarbu swojego chciał bronić. — Rodziło to tém większe podejrzenie iż papiery wielkiéj wagi być musiały. Z każdym dniem jednak nabycie ich stawało się trudniejszém. Ekonom chcący pozyskać dobrą notę i wysłużyć się prezesowi, głowę łamał nad zdobyciem tego worka z papierami. — Poprzedzającego wieczora wpadł na pomysł bardzo trafny, który dowodził, że na więcéj coś niż ekonoma był stworzony. — Zważywszy iż chory spał coraz lżéj a sen miewał czujny i przerywany, postanowił w klejku który mu wieczorem noszono, dać zażyć małą dozę morfiny, mogącą przyjemny i spokojny sen sprowadzić. Ekonom, który dostarczał materjałów do apteki szpitalnéj a trochę się znał na rzeczy i zawsze sobie mały zapasik aptecznych ingredyencji zostawiał; — łatwo mógł to wykonać. Jakoż do gotowego klejku wsypał dobrą dozę nie czyniąc żadnéj zgryzoty sumienia — bo się ona tylko do złagodzenia cierpień nieszczęśliwego przyczynić mogła.
Poczciwy ów ekonom był jednym z najpobożniejszych członków kilku bractw i budował swą religijną gorliwością nawet zacne siostry miłosierdzia. Surowy był nad miarę dla drugich i strzegł, ażeby do szpitala nigdy nikt oprócz katolika przyjętym nie był.— Gdy się modlił w kaplicy na książce, wzdychał i bił się w piersi tak, iż wszystkich oczy zwracał na siebie, — lecz musiał téż dbać o to (mając tak liczną familję), aby z władzami i potęgami ziemskiemi być w dobrych stosunkach. Dawszy klejek ten — (extra) — choremu co niezmiernie zbudowało siostrę Hilarję, ekonom oczekiwał tylko rychło morfina skutek zrobi. W szpitalu już było cicho i nocne tylko światła błyszczały na korytarzach i w celach... gdy ekonom we dnie wprzódy olejem napuściwszy zamek izdebki, aby skrzypienie drzwi choremu nie było przykrém — otworzył je i wsunął się do izdebki. Stary spał — snem głębokim i ciężkim — ręce trzymał jak zwykle na piersiach skrzyżowane. Ekonom zbliżył się po cichu... Przy słabém światełku z korytarza przez szklaną szybę we drzwiach wpadającém, dostrzegł łatwo położenia głowy, rąk i szyi. Rąbek koszuli osłaniał właśnie to miejsce gdzie sznurek od torebki spoczywać musiał. Ręką delikatną, zręcznie odchylił go poczciwy dozorca i dojrzał w istocie gruby, mocny sznur. — Nożyczki maleńkie, podłożone pod spód, z niemałą trudnością wprawdzie rozcięły sznur na dwoje.
Szło tylko o to, aby za koniec ująwszy ową torebkę wysunąć tak, aby chorego nie obudzić. Manipulacja ta, dokonywana ze zręcznością chirurga lub kieszonkowego sztukmistrza, w części się powiodła... Ręce spoczywały na miejscu, a worek płaski podchodził do góry...
Widząc się już tak blizkim osiągnięcia pragnień swych celu, ekonom szarpnął trochę za żywo, dobywając całkiem na wierzch torebki, i chory w téjże chwili przelękniony się obudził... Ekonom ledwie miał czas schować zdobycz do kieszeni, gdy stary, bezsilny ów człek pochwycił się za piersi, a wnet i jego za rękę porwał. Mimo osłabienia palce te jak w żelazne kleszcze ujęły przelękłego nadzorcę... Potrzebował nadzwyczajnego wyprężenia, by się z tego uścisku wychwycić i co najprędzéj uszedł cichuteńko do swego mieszkania, gdzie się po ciemku w łóżko położył.
W téjże chwili ruch jakiś dał się słyszeć w szpitalu, ruch niezwyczajny — chodzenie, szeptanie i stłumiony krzyk jakiś. Ekonom zostawiwszy torebkę pod poduszką sam wybiegł się dowiedzieć co się stało.
Około izby nieznajomego kręciła się siostra Hilarja, stróż i doktór... Zdawało się że chory dostał jakiegoś paroksyzmu we śnie, bo wył, krzyczał, rzucał się i bełkotał niewyraźnie... Niczém go uspokoić nie było podobna. — Chwytał się za piersi, darł na sobie koszulę, szukał jakby czegoś zgubionego do koła siebie. — Siostra Hilarja poiła go czemś ochładzającém, ale napój odpychał — doktór przyczyny odgadnąć nie mógł tego nagłego paroksyzmu. — We Śnie znać coś mu się zamarzyć musiało, bo z trwogą powtarzał głosem przerażenia — złodzieje — zbójcy... oddajcie.
Nikt nawet przypuścić nie mógł, ażeby się rzeczywiście ktoś do chorego zakradł, nie miało by to powodu — a przy nadzorze szpitalnym było niepodobieństwem.
Doktor więc szukał przyczyny paroksyzmu w chorobie saméj, a że ten objaw z całym jéj przebiegiem się nie zgadzał — zachodził w głowę...
W kilka godzin potém nastąpiły konwulsje gwałtowne... a nad rankiem... stary — umarł. — Siostra Hilarja i doktor nieodstępowali ani na krok od łóżka, robiono co tylko uczynić się dało; wszelki ratunek okazał się nadaremnym!...
Doktór z pokorą przyznawał się, że całéj téj słabości nie mógł zdeterminować i nazwać jéj nie umiał — Gdy ciało już ostygało, siostra przypomniała sobie torebkę na szyi i chciała zdjąć dla zachowania, gdyby się krewni i rodzina starego znalazła, — zdziwioną była niezmiernie — widząc, że już na piersiach jéj nie miał. Szukano potém w pościeli, w odzieży, a nareście poprzestano... aby smutnego faktu kradzieży w szpitalu nie rozgłaszać. Siostra tylko szepnęła ekonomowi o tém, wyrażając swe podejrzenie na jednego ze stróżów poszlakowanego już o kilka drobnych takich przywłaszczeń, a ekonom przyrzekł, że go natychmiast oddali. — Jakoż tego dnia domniemany winowajca dostał ze szpitala odprawę.
Ekonom który był woreczek pod poduszką zostawił, biegnąc dla dozoru szpitala gdy się zrobiła wrzawa... sypiał w izbie, w któréj żona jego i dzieci téż dwoje nocowało... Ta żona była to najnieznośniéjsza w świecie istota, i wiele godzin spokojnych zatruwała panu ekonomowi swojemi dziwactwami. Kobieta była nerwowa, grymaśna i gderliwa... Najmniéjsza rzecz, na przykład bułki które ekonom przynosił gdy pozostawały od chorych, gniewały ją jako cudza własność. — Mówiła mu że wolałaby z głodu mrzéć niż karmić się chlebem z ust chorych i głodnych wydartym.
Tak samo postępowała z lada butelczyną wina i innemi spiżarnemi zapasami, gdy posądzała że były zaczerpnięte z tego, co do szpitala przeznaczano...
Nie miał od niéj nieborak spokoju, bo go z każdego grosza egzaminowała zgryźliwie, ciągle mu w uszy klekcząc, że Pan Bóg im błogosławić nie będzie, bo to są łzy sieroce. Gdyby jéj był słuchał ekonom, troskliwy o przyszłość swych dziatek, nigdyby pewnie do tego pięknego kapitaliku nie przyszedł, jaki sobie z okruchów zbywających uciułał...
Szpiegowała go ta kobieta, wiecznie we łzach, zawsze w wyrzutach — tak że spokoju od niéj nie miał. Znać i tego wieczora o coś go podejrzywać musiała gdyż udawała wyraźnie śpiącą w chwili cichego wyjścia pana ekonoma, usiadła potém na łóżku i płakała... Po powrocie jego przyłożyła głowę do poduszki, dostrzegła że coś pod materac schował, a gdy powtórnie wyszedł zerwała się z łóżka... Co to może kobieca nieszczęsna ciekawość! Pochwyciła torebkę... szybko wyjęła z niéj papiery jakie się tam znajdowały i próżną wsunęła nazad — a zdobycz swą zawinąwszy w chustkę, położyła się modląc i szlochając...
Nazajutrz skoro świt ekonom wstał i dobywszy torebkę poszedł ją z całą swobodą rozpatrzeć do osobnéj izby. Zdziwił się niezmiernie najprzód, bo mu się zdawało, że była daleko pełniejszą, i wydęte boki skórzanego worka nosiły ślady długo noszonéj paczki papierów — tymczasem wewnątrz oprócz niezmiernie zatłuszczonego kawałka gazety: Giornale di Roma i adresu jakiegoś hotelu w Genui, nie było — nic.... Dało to wiele do myślenia ekonomowi nad przewrotną chytrością ludzi, którzy śmią nosić na piersiach takie torebki — próżne, aby uczciwych zwodzili niemi i nadaremnie na decepcję narażali — schował jednak ów corpus delicti....
Jeszcze myślał o tym wypadku, gdy ciało wynoszono do trupiarni, ale wreszcie się uspokoił, że to być musiał warjat — a obłąkanym i poetom wszystko wolno.... Po obiedzie uspokoił się już zupełnie i dla użycia świeżego powietrza stanął sobie z cygarkiem w progu szpitala — w którym był ważnym i znaczącym urzędnikiem, gdy zwracając głowę przypadkiem postrzegł — nadchodzącego zwolna prezesa. Schował naturalnie zaraz cygaro — przybrał postawę skromną i zdala już podniósł kapelusz, pozdrawiając z pokorą potentata....
Prezes się wstrzymał w pochodzie — i uśmiechnąć raczył oddając ukłon.
— JW. prezes, odezwał się zstępując z dwóch wschodków ku niemu ekonom, gdyż czuł, że mu nie przystało, mówiąc do dostojnéj osoby stać na podwyższeniu. — JW. prezes może zechce raczyć się dowiedzieć o tym... chorym....
— A cóż? a co?
— Chwała Bogu — umarł téj nocy — leży już w trupiarni.
Prezes zimno to przyjął — a ktoby go nie znał, mógłby był posądzić nawet, że mu się twarz wypogodziła....
— A! rzekł — umarł — proszę!
Ekonom zbliżył się do ucha pańskiego....
— Ja kazałem obszukać koło niego, szepnął, czy nie miał czego przy sobie.... Otóż, nie omyliłem się...
Prezes zaczynał słuchać z zajęciem nadzwyczajném....
— Miał bestia na piersiach taki woreczek skórzany, w którym papiery trzymał.
Prezes chwycił za rękę ekonoma — i rzekł szybko.... Na miłość Boga idzie o to, aby nie kompromitować instytucji, gdzie są te papiery?
— Że były papiery, proszę JW. pana, to nie ulega wątpliwości — odezwał się ekonom, ale... licho go wie, co on w chorobie z niemi zrobił.... Dosyć, że woreczek od papierów jest... a ich nie ma....
Skrzywił się mocno prezes.... Ale należało szukać... może się gdzie zatrząsły, wypadły... może je kto pochwycił.
— A! uchowaj Boże! już za to ja ręczyć mogę — przeszukałem łóżka, pościel, izbę, wszystkie kąty... nie było nic....
— A worek? nie możesz mi go pokazać....
— Gdyby się JW. prezes pofatygować raczył....
Po chwili namysłu wszedł dostojny pan w korytarz. Niedaleko od wnijścia był skład rzeczy, do których i torebka została dołożona.... Tu więc mógł ją pan prezes obejrzeć i przekonał się, iż w istocie niedawno jeszcze musiała być napchana, bo się dotąd oddymała... ale prócz Giornale di Roma, który rozpatrzył protektor... nie było nic.... Surową stała się twarz jego i wejrzenie, jakie rzucił na ekonoma, dziwnie się stało groźném.... Zimno i sucho odezwał się, oddając mu torebkę.
— Osobliwsza rzecz, żeby to mogło tu, pod oczyma waszemi... zginąć... bo że zginęło... to pewna....
Ekonom uczuł, że został posądzonym... jął więc zaklinać się, protestować, wzywać na świadectwo swój nieskazitelny charakter, a pomimo to prezes wyszedł jakoś milczący i widocznie mniéj uprzejmy, niż wchodził....
— Taki to los nasz, kiedy im służymy — westchnął w duchu — taka zapłata — jeszcze potém za gorliwość przypłacić trzeba reputacją!!
Ręką machnął i drzwiami okrutnie zatrzasnął, aż się po pustych korytarzach szeroko rozległo.
W tych dniach jakoś przypadło, że dla JM księdza prałata Salvianiego dawano obiad składkowy, chcąc uczcić powrót do kraju, po długich latach pobytu jego we Włoszech, a szczególniéj w Rzymie. — Ks. Salviani z nazwiska tylko cudzoziemiec, syn słynnego swoich czasów cukiernika, który się tu był osiedlił jeszcze za Poniatowskiego, posłuszny powołaniu, które uczuł za młodu, wstąpił w kraju do seminarjum. — Studja swe całe odbył w tém mieście, część znaczną życia tu spędził, miał licznych przyjaciół i znajomych. Później już, mając krewnych we Włoszech, udał się do Romanii i tam, jakoś w ojczyźnie ojców swych upodobawszy sobie kilkadziesiąt lat strawił.
Śmierć kupca Salvianiego, bezdzietnego, po którym nań spadał dosyć znaczny majątek, sprowadziła go do kraju. — Można sobie wyobrazić, z jaką czułością witano go tutaj i jak jemu miło było znaleść się znowu w tych miejscach, gdzie spokojną i szczęśliwą młodość spędził.
Staruszek był miły, łagodny, serdeczny — którego nie kochać nikt nie mógł, kto się doń tylko zbliżył. — Wielkiéj prostoty mimo nauki wielkiéj, ks. Salviani dożył tego świętego spokoju dusz czystych — który jest jedyném szczęściem na ziemi i z sobą dla drugich szczęście przynosi.
Na pół po włosku, pół po polsku zrazu mówiąc, w kilkanaście dni tak sobie przypomniał mowę lat młodych, iż mu ona doskonale wystarczała...
Domy pobożne i nawet takie, co nie słynęły z nadzwyczajnéj gorliwości, wyrywały sobie ks, Salvianiego, który opowiadaniem o Włoszech wesołém, wspomnieniami dawnych czasów, serdeczną swą prostotą dziecięcą, każde towarzystwo ożywiał.
Gdzie się kolwiek biała jego piękna głowa pokazała, kupiono się gromadą, by słodki głos jego posłyszeć. W końcu, ponieważ prałat chciał wracać do Rzymu, gdzie dosyć wysokie przy dworze Ojca św. zajmował stanowisko — wszyscy dobrzy przyjaciele i znajomi, w chęci zatrzymania go trochę dłużéj i uczczenia zacnego starca, postanowili dać dla niego obiad składkowy.
Prezes był jakoś tak zajęty temi czasy, mając mnóstwo instytucji dobroczynnych i innych niebacznie przez zbytnią gorliwość przyjętych obowiązków — iż ks. Salvianiego prawie nie widział i nie był nawet prezentowanym, ale do obiadu wezwano go z konieczności, bo był jednym z tych, co uczty zdobią i bez których obecności ona się odbyć nie może. Zrazu się wymawiał pan prezes, — trudno, było zrozumieć dla czego, lecz gdy zaczęto nalegać przystał i obiecał na obiedzie się znajdować.
Musimy to sobie przyznać, iż między innymi narody odznaczamy się znakomitym darem urządzania takich biesiad uroczystych. Znamy miedzy sobą takie rodzime talenta — młodzież, co mało co za dom wyjrzała, a potrafi ucztę Lukullową na sto osób zadysponować i urządzić, że by się jéj Chevet nie powstydził. Powierzono téż starania o obiad człowiekowi znanemu z tego, że wina złego nie dał nigdy i barbaryzmu w rozkładaniu półmisków się nie dopuścił.
Najpiękniejsza sala w hotelu pod... wybrana była dla przyjęcia miłego gościa, przystrojona ad hoc, wykadzona... i stół zastawiony na osób pięćdziesiąt kilka tak, że oczy bawił swym przepychem i elegancyą. Najlepsza w mieście muzyka na chórze umieszczona została, i gdy wszyscy już byli przytomni, a ks. Salviani w progu się ukazał — urżnęła takiego poloneza, że każdy go poczuł w sobie, jakby kieliszek wódki wypił. — Na osobnym stoliku przygotowano przekąski... Prałat jadał mało — pożal się Boże, było dla niego tak występować, ale szlachta polska zawstydzić się nie da w takich rzeczach. Musi być parada...
Zaczęto siadać do stołu... Prezes ze zwykłą sobie skromnością, miejsce chciał zająć z daleka, lecz na to gospodarze na żaden sposób dozwolić nie mogli, posadzono go na pół gwałtem, zarumienionego tą oznaką poszanowania, przy samym ks. prałacie. Daléj zasiedli na przemiany honoratiores, duchowieństwo i świeccy, kanonicy w dystruktoriach i uroczystych ubiorach z ametystowemi pierścieniami na palcach — świeccy w czarnych frakach i orderach.
Towarzystwo całe było nadzwyczaj wesołe i ożywione. Solenizant w najlepszym humorze. Po drugiej jego stronie posadzony radzca tajny, którego także zaproszono... rozpoczął z nim rozmowę. Znać ks. Salviani tyle ciągle nowe widując twarze, zapomniał raz czy dwa tylko spotkanego prezesa, gdyż spytał na ucho radzcę o jego nazwisko... a ten mu je dobitnie parę razy powtórzył.
Nie uszło to baczności tego, kogo się tyczyło, chociaż w téj chwili nadzwyczaj żywą rozprawą z sąsiadem swym był zajęty... Ks. Salviani popatrzał długo na prezesa i zdawał się namyślać.
W przestankach gdy muzyka nie grała, ponieważ wszyscy radzi byli słyszeć miłego staruszka, który niewinnemi żartami zabawiać umiał towarzystwo, — uciszali się goście i w sali niezwyczajne w podobnych razach panowało milczenie.
Tém dobitniéj więc nie tylko bliżsi ale i dalsi biesiadnicy usłyszeli następującą rozmowę.
— Pan prezes dozwoli mi się spytać, czy téż matka jego nie podróżowała po Włoszech?
Prezes mocno poczerwieniał i potakująco skinąwszy głową, rzekł.
— Tak jest...
— A! to miałem przecie przyjemność nie tylko ją znać... gdy jeszcze była wdową, ale...
Tu prezes okropnie się zakaszlał...
Prałat zatrzymał się i czekał...
Znałem ją też późniéj po jéj ślubie i widywałem synka jéj, a przyrodniego brata pana prezesa... śliczne dziecko...
Wszystkich oczy skierowały się na dostojnego pana, który pobladł, oczy mu błysnęły złowrogo; zdawało się, że się porwie od stołu — ale po chwili mitygując się, gdy ujrzał łagodnie w siebie wlepione wejrzenie prałata — odparł stłumionym głosem z ironicznym śmiechem.
— Mogę czcigodnemu prałatowi zaręczyć, że ś. p. matka moja wcale drugi raz za mąż nie wychodziła, ale swojemu miłosiernemu sercu winną była, że ją o to posądzano... i dziecię guwernera brano za jéj własne... Ale to, albo niegodna potwarz — lub bolesna była omyłka...
Chociaż prezes starał się to wymówić i jak najchłodniéj, głos mu drzał, widać na nim było pomięszanie i oburzenie... Prałat zarumienił się, zakłopotał, nie wiedział już, jak swą omyłkę naprawić i rozmowę zwrócił natychmiast...
Prezes jednak pozostał chmurny, roztargniony z brwiami namarszczonemi, mało co jadł, nie mówił nic, a jak tylko wstawać zaczęto od stołu... zawinął się, chwycił za kapelusz i zniknął z sali. Uważali to wszyscy. Szczególniéj bolesném było dla prałata, iż sobie tak niezręcznie postąpił dotykając struny drażliwéj... Popsuło to nawet niemal cały obiad, bo z końca w koniec stołu, powtarzano sobie komentując słowa ks. Salvianiego i daną na nie odpowiedź. Prałat był upokorzony i zmięszany, napróżno starano się go zabawić i rozerwać. Nawet po małym kieliszeczku wina węgierskiego — pozostał smutny i wzdychał.
Profesor Kudełka, który był jednym z najstarszych przyjaciół prałata, a z tego tytułu miejsce téż u stołu nie daleko otrzymał — słyszał wszystko i czekał znać tylko, aby się mógł swobodniéj po obiedzie do solenizanta przybliżyć.
Uśmiechnął się i siadł przy nim...
— Słyszałeś, doctissime, rzekł do Kudełki, jakiego ja tu bąka palnąłem...
— A słyszałem... i czy to był — bąk?
— Nie — to była szczera prawda — westchnął Salviani, tylko nie w porę puszczona. Znać dostojna rodzina wstydzi się tych powtórnych ślubów ś. p. prezesowéj. Ale cóż się z jéj drugim synem stało?
— Czyż to był syn? zapytał Kudełka.
— Było to tak nieochybnie małżeństwo, i był to tak pewnie jéj syn, że i czas i miejsce ślubu i księdza co go dawał mógłbym oznaczyć.
Kudełka za rękę go chwycił.
— A! zmiłuj się prałacie — zawołał, dotknąłeś istotnie daleko żywszéj sprawy, niż ci się zdawało. — Może téż cię tu sprowadziła opatrzność. — Nie winię ja pana prezesa, lecz — może nie wiedział, może nie wierzył — a bądź co bądź, brata pokrzywdził i ten człowiek raz sobie o mało życia nie odebrał — teraz... znowu kędyś znikł!
— Jest w tém jakaś tajemnica, którą rozjaśnić koniecznie potrzeba — obowiązek święty... Tu nikt o tém małżeństwie nie wie... syn był w największéj nędzy.
Salviani ręce załamał.
Tutto e vero — verissimo — zawołał, — ja o tém wiem najlepiéj, charakter mój kapłański świadczy za mnie...
Zdala zdawał się nie słuchając niby przysłuchiwać rozmowie radzca tajny i zwróciwszy się do prałata, szepnął mu cicho, iż z obowiązku nieubłaganego urzędu swego, będzie go musiał prosić o pewne objaśnienia w tym przedmiocie.
— Nader mi przykro — rzekł ks. Salviani — że muszę tak poważnemu i — jak tu powszechnie słyszę — czcigodnemu człowiekowi przykrość może uczynić — lecz... sumienie... sumienie...
Zaczęto szeptać po cichu, towarzystwo powoli się wysuwało, radzca chciał zaraz do siebie prosić prałata, ten się wymówił znużeniem i odjechał do klasztoru, w którym stał...
Uważał wchodząc, iż braciszek w furcie jakby nań czekał, pobiegł przodem dać znać o jego przybyciu. Zaledwie miał czas zrzucić z siebie fijolety, gdy na progu ukazał się ks. przeor, a za nim — tylko co u obiadu widziany prezes.
Ks. przeor przypominał czasy monachomachji Krasickiego otyłością i rumieńcem... Prezes przy nim wydawał się jak marmur blady i jak pargamin suchy...
Excellentissime! odezwał się przeor ręką wskazując prezesa — mam honor przedstawić w osobie czcigodnego... największego dobroczyńcę naszego konwentu, któremu w wielu złych okurencjach winniśmy prawie utrzymanie przy bycie i życiu, chwale Wszechmocnego poświęconemu. — Niechże pan prezes siada...
Prezes milczał dziwnie usta zagryzłszy.
Prałat podszedł skłopotany ku niemu i wskazał mu miejsce po prawicy swéj na kanapie. — Ks. przeor skłonił się i wyszedł. Jakiś czas panowało milczenie.
Prezes zdawał się oczekiwać i namyślać od czego zacznie.
Ścisnął najprzód czule rękę prałata.
— Nie umiem tego wyrazić, rzekł cicho — jakie to dla nas szczęście widzieć tak dostojnego duchownego między nami. Prawdziwy wzór chrześciańskiéj dobroci i rozumu... Mnie tylko nieszczęśliwego z tych ust, któreby z Chryzostomowemi porównać można, spotkało słówko bolesne...
— A! mój mości dobrodzieju! odezwał się prałat — cóż takiego?
Ks. Salviani z sumieniem nie zwykł był w żadne wchodzić kompromisy.
— Przy stole — księże prałacie — to wspomnienie o méj matce... szepnął wzdychając boleśnie prezes.
Prałat zwolna ujął jego rękę i z łagodną obracając się doń twarzą — odezwał.
— Mój mości dobrodzieju — nieskończenie boleję, bo w istocie ani czas był, ani miejsce potemu, aby się w tak delikatnéj sprawie odezwać. — Jednakże com rzekł, powiedziałem z zastanowieniem i — to jest prawdą!
— Darujesz mi ks. prałacie — gorąco odparł prezes — dałeś się uwieść potwarzy.
— Mój dobry panie, przerwał wolno i spokojnie prałat — mylicie się, wierzcie mi, możecie o tém nie wiedzieć, bo nie przypuszczam, żebyście wiedzieć nie chcieli. Czcigodna ś. p. matka wasza, wyszła w czasie bytności swéj we Włoszech za pana Murmińskiego, znam księdza, który ślub dawał, wiem gdzie i kiedy syn był chrzczony... Rzecz najmniejszéj nie ulega wątpliwości, bom o niéj z własnych ust nieboszczki słyszał i to — kapłańską potwierdzić mogę przysięgą.
Słów tych zaledwie dosłuchawszy prezes się zerwał z kanapy, zburzony i prawie nieprzytomny od gniewu... trząsł się cały.
— Gdyby nawet tak było — zawołał, gdyby tak było, cóż masz waćpan dobrodziéj za obowiązek to głosić? Znakomite familie jak nasza, gdy je spotka podobne nieszczęście starają się je utaić, bodajby największemi okupić miały ofiarami. A wieszże ks. prałat, jakich niecnych środków użyto, aby kobietę zbyt dobrą i słabą, zniewolić do tego ohydnego związku... przez chciwość, przez rachubę... dla pieniędzy...
Prałat wysłuchał cierpliwie.
— Mój drogi panie, ani chciwością, ani rachubą nie mogło to być, boć starego Murmińskiego nim z Rzymu wyjechał dobrze znałem — z głodu prawie nieboraczysko umierał, a do was się nie odezwał.
Prezes to czerwieniał, to bledniał, ręką tarł po czole... jąkał się i przemówić nie mógł.
— Ks. prałacie do jego serca się odzywam — do uczuć szlachetnych.... raczcie o tém zamilczeć, chciejcie podać w wątpliwość; rzucacie na mnie cień — plamę...
Ks. Salwiani spuścił głowę.
— Jakże ja mogę zmilczeć, gdy mnie spytają — odrzekł — a tożby było serce i szlachetność, bym kłamał?
Prezes zerwał się z miejsca i począł chodzić żywo po pokoju, nie mówiąc słowa...
— Przecież zmilczeć nie będzie grzechem! — zawołał.
— Byłoby grzechem — odparł ks. prałat spokojnie. — Dowiedziałem się tu dopiéro, że to dziecię jest w nędzy!
Dostojny pan ramionami ruszył.
— To dziecię, to ostatni był łajdak i wisus, godzień swojego tatka... a prawdopodobnie już go na swiecie niema.
— Ale pamięć jego!
— Ks. prałacie, przerwał gość — to chyba jakaś ku rodzinie naszéj zawziętość, ja tego nie rozumiem... Mamy zasługi w kraju i dla kościoła położone, godzi się nas oszczędzać. Mogę zaręczyć, że takie wystąpienie bardzo źle widzianém będzie.
Prałat słysząc tę groźbę, rozśmiał się równie łagodnie i spokojnie, jak mówił od początku.
— Ale ja, niepytany nie występuję — rzekł — a ilekroć wezwany będę, abym dał świadectwo prawdzie — nie oglądam się, czy to źle widzianém będzie przez ludzi, byle Bóg widział to dobrém.
Jeszcze chwilę zatrzymał się prezes, którego twarz zmieniona świadczyła o okropnéj walce, jaką w sobie toczył — potarł czoło silnie, rozśmiał się sucho i szydersko, ukłonił i zawrócił ku drzwiom.
Ks. Salwiani wstał go odprowadzić, w progu zmierzyli się oczyma, ale prałat się nie zmięszał i na kanapę powrócił. Był to dzień fatalny dla prezesa, pojechał bowiem do — kilku najwyżéj położonych osób, na których wpływ w téj sprawie rachował, jednych nie zastał, drudzy grzecznie się jakoś wymówili, nie chcąc się mięszać do niczego.
Po mieście rozeszły się wieści i plotki szerzone tém żywiéj, iż każdy ma nieprzyjaciół, a nic ludzie chciwiéj nie chwytają nad dowody upadku bliźnich... jakby to ich ułomności usprawiedliwić mogło.
Razem z owemi słowami prałata, puszczono z drugiéj strony nader zręczną ploteczkę o nagłym i bolesnym dla wszystkich umysłowym upadku ks. Salwianiego, który już kilka niedorzeczności powiedzieć miał i widocznie bywał chwilami nieprzytomny.
Z nadzwyczajną ciekawością zaczęli wszyscy śledzić dalszego tego drobnego na pozór wypadku następstwa; przypatrywano się nazajutrz postawie, minie, wyrazowi twarzy prezesa, który zdawał się zupełnie obojętnym.
Z drugiéj strony zagadywano ks. Salwianiego usiłując się dobadać mniemanego upadku na umyśle, lecz prałat pamięć miał bezprzykładną, a żywość, któréjby mu młodsi mogli zazdrościć. — Gdy ktoś Kudełce doniósł, że po mieście się z tém noszą, jakoby stary księżyna zapomniał się i bredził, uniósł się profesor takim gniewem, że się aż z niego naśmiano...
Tymczasem nazajutrz wezwany został prałat do najwyższéj swéj władzy — i uważano, że z pałacu wyjechał zarumieniony i — jak nigdy — poruszony...
Po trzech czy czterech dniach wieść zaczęła się zapominać i na pozór pozostała bez skutków...




Doktorowa znaną była w mieście z dobroczynności, — pomagała biednym chętnie nie tylko pieniędzmi ale dobrą radą. Wiele mając czasu wolnego spełniała to właśnie posłannictwo najrzadsze i najmniéj powabne, iż ubogim ludziom, wysłuchawszy ich skarg i zażaleń, przychodziła w pomoc doświadczeniem, rozumem i stosunkami. Rzadko kto odmawia grosza ubogiemu, ale mało jest osób, któreby czasu swego i serdecznego współczucia nie żałowały.
Doktorowa miała tę rzadką cierpliwość anielską, dozwalającą jéj godzinami całemi trwać na najnudniejszych w świecie rozmowach z ludźmi prostymi, których żal, strapienie — gorycze życia uczyniły wielomównymi i monomanami serdecznych swych cierpień. — Przedpokój jéj w pewnych godzinach pełen bywał wszelakiéj gawiedzi przychodzącéj w najróżnorodniejszych sprawach. Jedni potrzebowali protekcji wstawienia się, pośrednictwa, drudzy rady, inni nawet aż przeczytania listu niewyraźnego lub odpisu pod dyktowaniem... Ubogie kobiety przychodziły prosić laku lub pieczęci.
Właśnie w zaspokojeniu tych drobnych, natrętnych ządań, doktorowa była rzeczywiście dobroczynną. Odrywała się od najmilszego zajęcia, ażeby pójść często radzić z kobieciną jaką, o wykrojeniu sukni dla dziecka z wynoszonego łachmana. Temi małemi przysługami zyskała sobie miłość u ludu... i jedni drugich słali do niéj jako do powszechnéj we wszystkich serdecznych poradach lekarki. Śmiało się wyższe towarzystwo z pani doktorowéj zowiąc ją św. Elżbietą au petit pied, ale ona ruszała ramionami i spełniała co pan Bóg przykazał.
W tych właśnie dniach, w godzinie, gdy zwykle przedpokój był pełny, doktorowa zobaczyła kobiecinę bladą, dosyć porządnie ubraną, która kryła się z razu w kątku, czekając by wszyscy wyszli — a gdy już nikogo nie było, prawie przestraszona, cichym głosem zaczęła prosić, aby ją pani wysłuchać mogła we cztery oczy, bo jéj coś ma powiedzieć ważnego.
Blada i mizerna twarz kobiety nie dała jéj z razu poznać doktorowéj, po głosie dopiero domyśliwszy się jéj — zbliżyła żywo, wołając — a to ty moja Elżusiu!
— A! to ja — kochana pani. —
— Cóżeś to tak zmizerniała...
Kobieta westchnęła. —
— Cóż, proszę pani, dzieci, gospodarstwo, a już tak zdrowia nie miałam!
Była to dawna doktorowéj garderobiana, którą ona lubiła bardzo. Uparła się wyjść za mężczyznę, który się jéj podobał bardzo — a po zamażpójściu — że doktorowa była mu przeciwna — już się nie widywały.
Spojrzawszy na zmizerowaną, biedną kobietę, smutną, do niepoznania zmienioną, dawna jéj pani rzuciła się jéj na szyję i poprowadziła z sobą do sypialni. —
Tu posadziła ją na krzesełku... kobieta była nad wyraz zbolała i biedna. —
— Widzisz, odezwała się doktorowa — wyglądałaś jak różyczka, byłaś wesoła i szczęśliwa... małżeństwo to ci nie posłużyło...
Elżusia ręką w milczeniu machnęła. —
— Cóż ci to jest? spytała pani.
— Nie mogę powiedzieć, bym nędzę cierpiała — dzieci mi też nie źle się chowają, a przecież —
— Mów mi szczerze! mąż bałamut.
— A! i to nie — odparła Elżusia — i zamilkła.
— Przecież, moja droga, jeśli chcesz, ażebym ci poradziła....
— A! tak, pani moja, nagle wybuchnęła płaczem Elżusia, zakrywając sobie oczy, — trzeba się pani ze wszystkiego wyspowiadać. — Męża mam niedobrego. Dla mnie on i dla dzieci jako tako — ale człowiek nie wedle Bożego prawa i przykazu.
— Tak jest, proszę pani, — mówiła daléj — popsuła go pokusa. Dostał dobre miejsce przy szpitalu, ale boję się, by duszy nie zgubił.... Pieniądze bardzo płyną, ino Bóg wie z jakiego źródła. Ja kawałka chleba przełknąć nie mogę — bo mi się zdaje, że chorym jest wydarty.
Załamała ręce biedna.
— Ale cóż tu począć, kiedy się i odezwać nie można. — Robię co mogę, by krzywdy ludzkiéj nie dopuścić.
— A mówiłaś z nim o tém? — zapytała doktorowa.
— O pani, nie ma dnia, żebyśmy się o to nie pokłócili. Co z tego? — kryje się przedemną a źle czyni....
I płakała Elżusia. Doktorowa uściskała ją uspokajając.
— Czyń ty swój obowiązek — czyń co tylko w twojéj mocy, nad siły Bóg nie wymaga.
— A! byle on dzieci i mnie nie karał za niego...
— Bóg jest sprawiedliwy! westchnęła doktorowa, uspokój się....
Elżusia łez wstrzymać nie mogła....
— On to może robi z wielkiego przywiązania do dzieci, odezwała się po chwili — ale zawsze co grzech, to grzech.
— Niech pani mnie z tajemnicy nie wyda — proszę a błagam, poczęła po chwilce, rozwijając powoli pod chustką przyniesiony paczek obwinięty w bieliznę. U nas w szpitalu różni ludzie przybywają i umierają. — Jest tam dozór, ale to trudno upilnować. Dopatrzyłam, że mój mąż po jednym chorym zabrał papiery — zlękłam się bardzo i musiałam je odkraść, żeby się to czasem na złe nie obróciło — i oto je do pani przyniosłam, niech pani rozpatrzy.
To mówiąc dobyła zbrukanych papierów wiązkę i położyła je przed gospodynią.
Doktorowa wstała zmięszana nieco, lecz nie mogła odmówić wezwaniu.
Wzięła więc papiery, zrazu obojętnie spoglądając na nie. — lecz po chwili aż krzyknęła z radości.
— A! to cię Pan Bóg natchnął, kobieto! — zawołała — żeś je tu do mnie przyniosła.
Elżusi aż oczy zabłyszczały.
— Ocalisz może cześć i życie ludziom poczciwym... lecz przy kimże papiery te znaleźć się mogły?
— Tego ja nie wiem — zamyślając się odpowiedziała kobieta — zdaje mi się, że przy starym jakimś ubogim, którego z gościńca chorego do szpitala przywieźli....
— Żyje on? — żywo zawołała doktorowa.
— A! nie — umarł, kochana pani! umarł!
Im daléj przepatrywała papiery doktorowa, tém radość jéj i zdumienie wzrastało.
— Papiery, rzekła, w lepsze ręce dostać się nie mogły — niech ci Bóg płaci, dopełniłaś jakiémś przeczuciem dobrego uczynku.... ale Elżuniu moja — o tém wszystkiém zamilczeć potrzeba.
Rozmówiwszy się jeszcze dłużéj z dawną sługą, doktorowa zawinęła papiery przyniesione w arkusz czysty i natychmiast z domu wybiegła... Z początku wielka radość nie dozwoliła jéj się opamiętać dokąd iść miała, dopiero kilkanaście kroków podszedłszy ulicą... opamiętała się i zwróciła ku mieszkaniu Toli, która dotąd do domu wyjechać nie mogła, bo czuła się słabą i nie przyjmując nikogo, zamknięta pozostała sama z Teresa.
Dla przyjaciółki jednak drzwi się otworzyły — Tolę zastała na szezlągu nie ubraną i mizerną. Rozradowana twarz doktorowéj z razu przykre zrobiła na niéj wrażenie.
— Moja Tolo kochana, instynktowo do ciebie pospieszyłam z dziwną wiadomością, która ci obojętną być nie może...
Cud, wyraźny cud dał mi w ręce dowody urzędowe, że ś. p. prezesowa wyszła była za mąż za Murmińskiego starego, który — jak się zdaje, zmarł tu temi dniami w szpitalu — i że Teodor jest jéj — synem!
Tola zerwała się z kanapki...
— Pani masz te papiery!
— Mam je, mam w ręku... zmieniłyby one położenie tego nieszczęśliwego, i mogły by go ocalić.
Dwie przyjaciółki uściskały się z radości, ale wkrótce smutek okrył twarz Toli.
— Mogłoby go to ocalić — rzekła — gdyby żył...
— Żyje! bądź pewna! profesorowi dał słowo, że sobie życia nie odbierze — ale co tu teraz począć z papierami?
— Przyznam ci się, że ja tak mało jestem praktyczna, że wcale nie wiem co robić. — Czuję tylko że się szala losu przeważać zaczyna w stronę przeciwną. Trzeba się poradzić, przyjaciół, prawników, ja nie wiem kogo — ale trzeba radzić — głosić i odezwać się do zbiegłego... Rób to! rób! moja najdroższa — zawołała Tola ściskając ją zarumieniona — Bóg ci dał posłannictwo drugim szczęście gotować, choć sama nie wieleś go skosztowała....
Po krótkiéj naradzie posłano zaraz ztąd jeszcze po profesora Kudełkę z pilném wezwaniem. Doktorowa papiery miała przy sobie.
Stary nastraszywszy się nieco takiego nagłego rozkazu, by natychmiast przychodził — cały drzący przybiegł do hotelu.
Jeszcze się nie witając, spojrzał po twarzach, co mu one powiedzieć miały, i uspokoił się widząc je uśmiechnięte.
Doktorowa nie oznajmując mu o niczém, posadziła go na krześle, kazała wziąść okulary, dobyła papiery i pierwszy z nich położyła przed nim.
Kudełka popatrzał i krzyknął ze zdumienia.
— Jakim sposobem? Zkąd? toć metryka ślubu Murmińskiego!
— Tak jest... odezwała się doktorowa a to, a to...
— To metryka urodzenia Teodora! Więc Teodora! Więc Teodor jest synem prezesowéj...
— A oto reszta papierów tyczących starego Murmińskiego?
— Gdzież on?
— Zdaje się, że temi dniami zmarł tu w szpitalu...
Żywa się tedy rozpoczęła narada, co robić.... Panie te słyszały już historję o ks. Salvianim, któréj Kudełka będąc naocznym i nausznym świadkiem, powtórzył ją, jako dziwnie potwierdzająca się właśnie temi papierami....
— Papiery trzeba podać do akt — odezwał się Kudełka — ale nie trzeba bezużytecznego czynić skandalu — i najpierw należałoby się naradzić z prezesem samym.... Niech go pani każe prosić do siebie — wzgląd na familię nakazuje mu to wprzódy ukazać....
Zgodziła się na to doktorowa i po dłuższych jeszcze naradach, profesor odszedł a panie zostały i Toli tak się polepszyło, że cały wieczór spędziła u przyjaciółki.... Wspólnie ułożyły bilecik do prezesa zapraszający, w bardzo grzecznych i ogólnych wyrazach, dla narady w pilnym i ważnym interesie.... Bilet wysłany został tegoż wieczora, a służący przyniósł od niego odpowiedź, że przybędzie....
Nazajutrz o godzinie dwunastéj, pomodliwszy się w duchu na intencję przykréj sprawy, która na nią spadła... doktorowa z bijącém sercem czekała na przybycie prezesa. Sama potém powiadała, że nigdy jéj tak poczciwe serce nawet na przybycie nieboszczyka męża nie biło.
O godzinie dwunastéj, punkt, chód się dał słyszeć na wschodach, prezes pewien, że idzie radzić w interesach kuzynki żony, z miną poważną i spokojną wtoczył się mierzonym krokiem na pokoje.... Gospodyni przyjęła go, nie jak zwykłe — wesoło i żartobliwie, ale surowo jakoś i smutno....
Prezes całe życie był sztywny, a w razach gdy się czuł potrzebnym, stawał się nieznośnie chłodnym i biurokratycznie wysznurowanym....
Poprosiwszy go siedzieć, doktorowa zaczęła sama....
Przepraszam pana prezesa z góry — jestem zmuszoną narazić mu się i zrobić nieprzyjemność — lecz — obowiązek przedewszystkiém. Jnteres nie miły, delikatny i na moja słabą głowę za ciężki....
— Racz pani bez przemowy przystąpić do rzeczy, odezwał się urzędnik — czas mam krótki.
— Musisz mi go chwilkę poświęcić, we własnym interesie.
— Jak to we własnym? zdumiony zapytał prezes....
— Tak jest w istocie — mówiła gospodyni. Wypadek dał mi w ręce dowody urzędowe, metryki ślubu Murmińskiego z prezesową i urodzenia Teodora. — Co mam z niemi zrobić?
Prezes porwał się z kanapy przerażony, ale w prędce ochłonął, — twarz okryła mu się bladością śmiertelną....
— To nie może być! zawołał.
— Tak jest! zimno mówiła doktorowa. Nim papiery tu doszły do mnie, były w rękach innych, są uznane za ważne.
Co mam z niemi zrobić? powtarzam.
— Co zrobić? krzyknął prezes rozgniewany, — spalić te fałszowane dokumenta! To robota intrygantów, nieprzyjaciół, zawistnych mi ludzi. To cała sieć osnuta do koła mnie, aby człowieka prawego obalić, aby splamić rodzinę, wydrzeć majątek. — To infamia!
Papiery! dodał — czemuż się one dopiero teraz — i zkad zjawiają? Jaką drogą doszły do pani?
— Zdaje mi się, że stary Murmiński umarł tu w szpitalu...
Prezes drgnął nieznacznie.
— Stary Murmiński! imaginacja! intryga! wszystko intryga! — wszystko intryga! — Fałszerstwa.... Wiadomo, jak we Włoszech łatwo jest podrobić co się podoba. Sprowadzili aż z tamtąd na mnie i ks. Salvianiego, dobrodusznego starca, który pamięć stracił — i — jak widzę, papiery....
— Papiery! powtórzył z oburzeniem — rób z niemi pani co zechcesz! proszę! Każcie je położyć na rynku, ogłoście przy trąbach — mnie to wszystko jedno, ja honoru domu i pamięci matki bronić będę do ostatka.
Doktorowa pobladła.
— A jeśli papiery są prawdziwe! spytała.
— Prawdziwe być nie mogą! to podłe roboty wydrwigroszów!
— Wolisz więc, aby na pamięci matki ciężało podejrzenie stosunków nieślubnych niż ślub i pożycie z uczciwym człowiekiem.
— Z uczciwym? z łajdakiem! z intrygantem — zawołał prezes unosząc się. — Zkąd pani masz te papiery? pokaż mi pani te fałszerstwa...
— Gdy trochę ochłoniesz, panie prezesie, bardzo chętnie ci je pokażę, odpowiedziała doktorowa, w téj chwili obawiałabym się roznamiętnienia — nie jesteś przytomnym.
— Ja nie przytomnym!! stanął prezes i usiłował zebrać myśli i panować nad sobą. — Wolniejszym głosem począł na nowo.
— Najcierpliwszego człowieka przyprowadzić może podobne postępowanie do chwilowego zapamiętania... Pani! nasza krewna, należącą do familji — pani, którąśmy szanowali — dałaś się wciągnąć w te demagogiczne podziemne roboty! czyż nie widzisz, co ich za cel? Oto poniżyć szlachtę, oto uczciwą i szanowną rodzinę zbłaznić. I pani miałaby do tego podać rękę?
Doktorowa zarumieniła się.
— Prezesie kochany, rzekła, nie należę ani do arystokracji ani do demagogów, choć z pierwszą krew mnie łączy, a z drugimi często uczucia podzielam... Jestem chrześcianka, widzę lud Boży we wszystkich bez różnicy. — Tak, bez różnicy pochodzenia, wiary i narodowości. Nie mam ani nienawiści przeciw demokracji, ani niechęci przeciw wyższym, widzę porządek świata i prawo ogólne, które klasom wykształceńszym daje pewną przewagę, aby jéj na dobre użyły — odpycham twe posądzenie... przeczę twemu domysłowi, w tém nie ma intrygi — ale jest sprawiedliwy palec Boży.
— I pani mówić to możesz?
— Najspokojniéj w świecie, bom tak przekonana..! Ciebie przecie uwodzi namiętność...
— Ja bronię co mam najdroższego!
— Nie sławy ale sumienia broń...
— Zostaw pani staranie o nie przy mnie, rzekł obrażony prezes. Nie od dziś znam te pokątne knowania przeciwko nam... Ci ludzie do wszystkiego są zdolni...
— Ale jakiżby cel mieli!
— Obedrzeć nas i zniesławić!
— Powtarzam ci, to być nie może! Miarkuj się, ratuj i nie narażaj na gorsze jeszcze następstwa. Już ks. Salviani ci mówił...
— Głupi starzec! wybuchnął prezes, nabechtany..
— Zlituj się...
— Gdzież są te papiery? pokaż mi je pani! zawołał zbliżając się natarczywie.
— Nim ci je ukażę, rzekła spokojnie doktorowa, muszę cię przestrzedz, że przeszły przez rąk kilka, że je widziano u mnie. Jesteś tak rozdrażniony, iż się obawiam widokiem ich więcéj jeszcze roznamiętnić.
Blady i drzący starał się znowu prezes udać uspokojonego.
— Cóż pani myślisz poczynać? na co się to komu zdało? dla satysfakcji chyba upokorzenia nas — podchwycił. — Pani sama powiadasz, że stary Murmiński nie żyje — młody się pewnie gdzieś obwiesił, unikając tego, aby go nie powieszono... komuż pani oddać chcesz i jakiego rodzaju przysługę? Gawiedzi, która mnie będzie palcami pokazywała?
— Młody może żyć i spodziewam się, że żyje — odezwała się doktorowa.
— A ja mu życzę, żeby nie żył! — krzyknął prezes — bo wstyd robi pamięci téj, która go wychowała! Jest to człowiek zepsuty, zawistny, zły.... wszystkie instynkta plugawéj kasty, do któréj należy... rewolucjonista obrzydły....
Na szubienicy gdzieś skończy....
I dla takiego to człowieka pani chcesz poświęcać nas... swoich — krewnych, nas, cośmy ci w szczęściu i nieszczęściu dawali dowody przyjaźni i współczucia....
Doktorowa się zachwiała.
— Całkiem inaczéj spodziewałam się cię znaleść usposobionym — odpowiedziała zwolna gospodyni i dla tego chciałam sam na sam mówić wprzód z tobą — posłuchaj mnie... Sądziłam, że czczisz pamięć matki, jak rozumiałam, że ją szanować powinieneś — że to co było jéj wolą, spełnisz w pokorze, że to co było jéj drogiem ukochasz, że dla tego którego uważałeś za brata, choćby był obłąkanym, zachowasz serce braterskie, dasz mu pomoc, opiekę — miłość...
Prezes zaczął się śmiać.
— Kobiece romanse! sentymentalizmy! ze złodziejami! ale pomyśl że pani, rozbierz całą tę historję i obrachuj a osądź czy nie mam prawa się oburzać!! — Matka nieboszczka przyjmuje dla mnie nauczyciela, człowiek ten wchodzi do naszego domu... ogląda się, że bezbronną znalazł w nim kobietę, liczy że ją grając sentymenta wielkie za serce pochwyci... pochlebia, płaszczy się... wciska, zyskuje zaufanie by go nadużył... Oto smutne dzieje naszego domu... Narzucają nam potém jakiś fikcyjny ślub, jakieś dziecko podrzutka...
— Ależ zlituj się — przypomnij jak go twa matka kochała?
— Co to dowodzi? zawołał prezes — przywiązała się do sieroty.
Znużony mówiąc rzucił się na kanapę i podparł na ręku...
— Nie — dodał — niech mnie szkalują, niech dowodzą, niech procesują — będę się bronił do ostatniego...
— Nikt przecie procesować cię nie myśli...
— Gdzież są te papiery? oglądając się w koło mówił daléj i jak one do rąk pani doszły? Sama pani mówisz że człowiek ten zmarł w szpitalu, któż śmiał je wziąć ztamtąd!
— A któż ci mówi, że on ich wprzódy nikomu nie powierzył...
Prezes się tak zapomniał, tak niesłychanie był zburzony, iż bez zastanowienia wyszło mu z ust...
— Jak to mógł uczynić, kiedym zakazał, żeby żywa dusza przystępu doń nie miała...
Jeszcze nie dokończył, gdy zmiarkowawszy, iż te słowa były zeznaniem straszliwie go kompromitującém, zaczerwienił się cały i rozśmiał patrząc dziko na doktorową, która ręce załamała i zbladła.
— Więc wiedziałeś o nim, że był w szpitalu!
— Ja nie wiem, co plotę — poprawił, się prezes gniewnie — chciałem powiedzieć, żeśmy ogólny rozkaz wydali, aby chorym nie wolno było komunikować się z przychodzącymi. Jest to prawo ogólne... Często chorym krewni przynoszą rzeczy szkodliwe...
Gospodyni spojrzała na niego bystro i zamilkła znacząco.
— Myśl sobie pani co chcesz — ruszając wzgardliwie ramionami — począł prezes — to mi wszystko jedno...
Gdzie są te papiery?
Doktorowa wahała się, czy ma mu je pokazać lub nie — zdawało się jéj wreszcie, że nie podobna aby się gwałtu jakiegoś miał dopuścić... Prezes widocznie wrzał, stał drżący, konwulsyjnie się rzucając.
Był to jeden z tych smutnych dni wiosennych, majowych, w ciągu których zimny deszcz ostudza atmosferę i dreszczem przejmuje. — Doktorowa lubiła ogień na kominku i nieopodal paliło się na nim... na co nikt nie zwracał uwagi. Przynaglona o pokazanie papierów wahając się jeszcze, wreszcie po namyśle długim, otworzyła biurko wyjęła z niego i przyniosła zwitek Prezesowi. Chciwie porwał go rękami drżącemi nie mówiąc ani słowa, brwi mu się zmarszczyły, palce dygotały, przewrócił cały plik żywo i nagle ścisnąwszy w kłąb — cisnął w ogień.
Doktorowa z krzykiem chciała się rzucić do komina, aby wyrwać z płomieni papiery, lecz prezes rozkrzyżował ręce i odpychając ją silnie, nie dopuścił. Twarz jego nabrała dzikiego rozpaczliwego wyrazu.
— Ty śmiesz! zaryczała kobieta.
— Śmiem!! tak! prawdziwe czy fałszywe, spalę, zniszczę, zdepczę i odepchnę kto mi na drodze stanie. Zapowiadam to pani! Będę się napastowany bronił jak zwierz, wszelkiemi możliwemi środkami... nie poszanuję nic. Są w życiu chwile szału... tak... mów pani: czyń co się jéj podoba — ogłoś mnie rabusiem, gwałtownikiem, nikt ci nie uwierzy. Ja cię ogłoszę warjatką i zrobię to tak, że mi wiara będzie daną... Je suis dans mon droit de legitime defense!
Kobieta padła na krzesło przestraszona i zaczęła płakać, łamiąc ręce... Prezes chodził po pokoju chwyciwszy za kapelusz z miną człowieka, który w rozpaczy popełnił czyn, już się na nim samym mszczący zgryzotą sumienia.
Stanął na chwilę przed gospodynią, — miarkując się.
— Moja pani, odezwał się — nie żałuję tego com zrobił. Tak powinienem był postąpić, tak mi moje dyktowało sumienie... Nie burz się pani nadaremnie, fakt spełniony, oszczerstwa te, dzieło podłéj intrygi nie egzystuje...
Opamiętaj się pani, uspokój i proszę się nie gniewać.
Widząc, że doktorowa za łzami odpowiedzieć mu nie mogła, ośmielił się podać jéj rękę — którą odepchnęła ze zgrozą, odjęła chustkę od twarzy.
— Mości panie — zawołała, nie przystępuj do mnie i niech nikt z was nie ośmieli się przejść progu mojego domu! Znać was nie chcę!! Popełniłam przez zbytek zaufania winę, za która odpokutuję. — Papiery te w wierzytelnéj kopii dostanę — choćbym miała jechać za niemi sama! choćby mnie majątek mój kosztować miały, choćbym życiem przypłaciła! Wypowiadasz wojnę — przyjmuję ją. — Ogłoś mnie za warjatkę, ja znajdę takich, co mi uwierzą, żeś — nikczemny...
Słuchając prezes bladł... ale uśmiech skrzywił mu usta sine.
— Dobrze — odezwał się — zgoda! Przestrzegam tylko panią, że bądź co bądź, ja téż użyję wszelkich środków jakie są w mocy człowieka, który ma stosunki, stanowisko i majątek... Nie ulęknę się procesu, nie cofnę przed użyciem w méj obronie wszelkich godziwych i niegodziwych środków. Cel mój święty! bronię pamięci matki. — Miejcie się na baczności. — Żegnam panią...
To mówiąc niepewnym krokiem potrącając o wszystkie sprzęty stojące na drodze, wyszedł, a raczéj zataczając się wysunął z salonu i zniknął w przedpokoju. Doktorowa długo, niema, przybita pozostała w krześle, z załamanemi rękami... na przemiany płacząc jak dziecię i burząc się...
Na dwunastą godzinę zaprosiwszy prezesa, obliczyła, że dłużéj nad pierwszą lub pół do drugiéj nie zabawi, a że Kudełka i Tola ciekawi byli dowiedzieć się o rozmowie jéj z dostojnym kuzynem, na druga godzinę wezwała ich na obiad... Gdy Tola weszła wreszcie po cichu... a za nią profesor, który ją z hotelu prowadził znaleźli jeszcze doktorową siedzącą w tém samém miejscu i prawie nie przytomną. Tola chwyciła ją za rękę. Widziała już że skutek tego widzenia się z prezesem musiał być nieszczęśliwy, lecz ani przypuścić mogła, ażeby taką katastrofą i gwałtem się to skończyło.
— Nie pytaj mnie — podnosząc oczy odezwała się gospodyni — nie pytaj mnie — jeszcze ochłonąć nie mogę. — Stało się, czego ani ja ani nikt w świecie spodziewać się, przewidywać nie mógł, coś gorszego nad wszelkie pojęcie...
Kudełka przestraszony patrzał cisnąc kapelusz do piersi.
Doktorowa wskazała na komin...
— Rzucił papiery w ogień!
Okrzyk zgrozy wyrwał się z ust wszystkich.
— Tak jest, mówiła daléj — nie potrafię wam powtórzyć, com słyszała od niego gróźb i wyrzutów. Skończył na tém, że jeśli ja czyn jego rozgłoszę, nikt mi nie uwierzy, bo on osławi mnie jako warjatkę... a nawet!... jako krewny, któż wie — gotów mnie kazać zamknąć w domu obłąkanych...
Kudełka rzucił się, mimo swych lat osiemdziesięciu z żywością gniewu młodego...
— Pani mnie masz za świadka!
— Na ciebie powiedzą, żeś zdziecinniał, tak jak na Salvianiego mówią że na umyśle osłabł... Musimy się przygotować na porażkę...
— Nigdy w świecie — ze szlachetnym zapałem — podchwyciła Tola, stojąc pąsowa od gniewu przy krześle doktorowéj. — Ja nie wiele mogę, lecz proszę przyjąć pomoc moja...
Pani zawsze broniłaś przedemną prezesa, ja go znałam nadto dobrze, jam wiedziała, że gdzie go namiętności lub interes wiedzie — na wszystko jest gotów... Niema szlachetniejszéj w świecie roli, jak obrońcy uciśnionych...
Dzisiéjszy nikczemny materjalizm tylko może powiedzieć, że słabi nie mają prawa do życia — nauka boskiego mistrza powinna rządzić nami — słabych bronić... złych upokorzyć!
Kudełka aż się rozpłakał, przybiegł do Toli i zaczął ją w ręce całować...
— O! moja droga pani — zaczął gorąco — jaka to pociecha jest posłyszeć jeszcze takie słowa. Jam już o świecie zrozpaczył... Dziś inne mu prawo panuje... 1800 lat uczono nas poszanowania słabych — res sacra miser — sinite parvulos venire ad me — dziś mówią słabym śmierć, silnym życie — i vae victis i chce się umierać, by tego nowego świata nie widzieć!
— Dajmy sobie ręce — przerwała Tola — jesteśmy słabi — lecz walczyć będziemy za sprawiedliwość, za uciemiężonych i pokrzywdzonych... zwyciężym!!
— A jednak — pani moja — rzekł po chwili profesor — po co mu z rąk było dawać te papiery.
— Musiałam przecież je pokazać — gdybym ich była nie dała, byłby mi je wyrwał — przecież nie wahał się mnie rzucającą się w ogień dla wyrwania ich z płomieni, popchnąć tak silnie, żem o mało nie padła...
— I to jest człowiek — rozśmiał się Kudełka — powszechnego używający szacunku, okryty czcią współobywateli — człowiek, któremu płaszczyk cnoty służy do pokrycia...
— Zbrodni! dorzuciła Tola. — To mówiąc zawisła na szyi przyjaciółki. — Droga moja — zawołała... nie płaczmy, ale czyńmy co potrzeba, ażeby... prawdzie dać zwycięztwo. Jest nas dwie słabe kobiety... i jeden...
— Staruszek do niczego! wtrącił Kudełka.
— Tak — ale z nami jest siła sprawiedliwości... Trzeba zedrzeć maskę z tych sykofantów... wołała zapalając się panna... Cicho więc! ani słowa — ale do czynu!! nie skarzyć się, nie płakać, nie głosić... nie budzić ich czujności — działać trzeba!!
Odwróciła się do Kudełki.
— Czy ks. Salviani wyjechał? spytała.
— Jeszcze nie...
— Polecić mu trzeba wyjęcie urzędowych papierów, on najlepiéj wie gdzie i jakich... Wiele potrzeba pieniędzy... wielekolwiek ich zażąda... ofiaruję... Posłać umyślnie — obmyśl pan środki. Dziś, niezwłocznie — natychmiast.
Kudełka się skłonił, a doktorowa otarła łzy. — — Z ciebie prawdziwa heroina!...




Całe dwa lata upłynęły po opisanych wypadkach — dwa długie lata, które po sobie prawie żadnego nie pozostawały widomego śladu. Często tak zewnętrzna skorupa człowieka pozostaje nienaruszona na pozór, chociaż ją powoli, wewnątrz wykruszają siły, których działanie dopiero w chwili ostatniéj się objawia.
Po pamiętnym dniu tym u doktorowéj — prezes przez tydzień może nie wychodził z domu, — znać obawiał się jakiegoś wybuchu, który wcale nie nastąpił. Mógł sobie nawet wyobrazić, że się go zlękła biedna kobieta i że wszelkich kroków dalszych zaprzestała. — W istocie nic na zewnątrz nie wyszło z tego co uradzono naówczas... Po gromie, który padł tego dnia uroczysta nastąpiła cisza — cisza śmierci i grobu. Panna Tola wyjechała wkrótce na wieś, Kudełka zakopał się w swoich książkach, ks. Salviani powrócił do Włoch, doktorowa chodziła do kościoła, odwiedzała ubogich, przyjmowała małe kółko znajomych, i tylko się już więcéj u prezesów nie ukazała. Sama prezesowa, piękna owa Żuljetta znać przez męża nie wtajemniczona, pukała po kilkakroć do jéj drzwi, zawsze zbywana grzecznie tém, że pani w domu nie ma. Gdy się spotkały gdziekolwiek; doktorowa jéj widocznie unikała a naglona w rozmowie dała uczuć, że dawne stosunki zostały zerwane. Przyczyny nie mogła odgadnąć piękna Żuljetta, spytała o nie męża — a ten obojętnie i pogardliwie odpowiedział.
— Kto tam może odgadnąć, co się kobiecie takiéj jak ona w głowie ubrda? Cóż dziwnego, że zrywa z nami bez przyczyny... tak samo postępowała całe życie. Hrabianka, mimo woli familji poszła za proletarjusza — osoba majętna, owdowiawszy mogła to głupstwo naprawić — nie — została wdową, aby grać rolę nieszczęśliwéj, poświęcającéj się dla biednych. — Chciała się im oddać czemuż nie wstąpiła do klasztoru... Bzdurstwo i nic więcéj.
Rozmyśliwszy się prezes z miną jakąś tajemniczą dorzucił.
— Bardzom rad, że stósunki się zrywają, nie były one dla ciebie właściwe. Dałem uczuć doktorowéj, że mi się nie podobają pewne figury zbyt poufale do jéj domu, w różnych porach uczęszczające... Ludzie już gadają o jesiennych romansikach... wcale nie ładnych. Babie się chciało być swobodną, odwróciła się do nas plecami — to i lepiéj.
Żuljetta zamilkła — skończyło się na tém, starała się coś dowiedzieć o tych romansikach jesiennych doktorowéj, ale mimo bacznego nastawianie ucha, najmniejsza ją nigdy o nich wieść nie doszła. — Piękna Żuljetta nie zwykła była nazbyt ściśle roztrząsać tego co jéj mąż mówił, wierzyła w niego jak w ewangelję.
Prezes ze swéj strony po kilku miesiącach, sądząc że doktorowa miała czas ochłonąć i że sama musi pragnąć zbliżyć się do niego, próbował spotykając ją — zapomnieniem okrywszy przeszłość — odnowić dawne stosunki — lecz doktorowa nie odpowiadając na pytania, nie chcąc go znać ani widzieć, odwracała się uparcie. — Musiał więc zaprzestać, ale go ta wzgarda bolała i zemstę za nią żywił w sercu. Ludziom dawał do zrozumienia, że oni sami zerwali z doktorową, przekonawszy się, iż ma początki lekkiego pomięszania, które obcowanie z nią czynią, co najmniéj nieprzyjemném. —
Starania doktorowéj i Toli o odzyskanie zniszczonych papierów, niezmiernie przeciągnięte zostały najprzód chorobą ks. Salvianiego, a następnie jego zgonem... Nie przestawano wszakże zabiegać i kołatać — choć zdawało się, że z przeciwnéj téż strony usiłowano przeszkodzić. —
Wszystko to przez lat dwa tak się utarło, zapomniało, tak nowemi gruzami życia narosło, jakby na wieki pójść miało w zapomnienie.
Profesor Kudełka jakkolwiek w jego wieku rok każdy brzemienia znacznego dodawał — nie posunął się bardzo. Pozostała mu dawna żywość i poczciwe niezawiędłe serce. Spał mniéj to pewna i jadł bardzo mało, szkieł mocniejszych do czytania używał, ale na mózgu nie postarzał, pamięci nie stracił — i nawet owego pięknego fraka granatowego nosić nie poprzestał...
Panna Tola przyjeżdżała czasem do miasta dla odwiedzenia doktorowéj, ona jeździła do niéj na wieś, spędzając tam czasem po kilka tygodni. Kudełka nawet spędzał wakacyjnych dni kilkanaście herboryzując w lasach pięknéj heroiny, ale na dłużéj od książek swoich oderwać się nie mógł. — Przez cały ten czas, mimo najtroskliwszych poszukiwań śladu pobytu pana Teodora Murmińskiego nie odkryto.
Że jednak żyć musiał wszelkie było prawdopodobieństwo, gdyż dwa razy w sposób tajemniczy zgłaszał się do profesora. Listy te przychodziły mu przez jakieś okazje, bez żadnego stępla i nie zawierały nic oprócz pozdrowienia. Ton ich wszakże, sposób pisania pocieszał tém, że zdawał się dowodzić pewnego spokoju ducha i przejednania z życiem.
Za każdym razem profesor z listem biegł do doktorowéj, doktorowa posyłała go Toli. Nie było tajemnicą dla przyjaciółki, że piękna panna, która się tego dawniéj zapierała — od ostatniego spotkania z Teodorem zachowała dlań ożywione uczucie — które próbę dwóch lat przetrwało zwycięzko.
Właśnie w tym roku wiosną, zaproszona doktorowa pojechała była na wieś do Toli, aby tam słowików posłuchać — gdy jednego dnia około godziny trzeciéj, profesor Kudełka przez wszystkich mieszkańców tego domu, w którym od tak dawna zamieszkiwał, posądzony został o nagłego oszusta.
Rzecz się miała w sposób następujący:
Profesor swoim zwyczajem udał się był do biblioteki po obiedzie. Dla pomocy wziął z sobą ubogiego ucznia, który mu książki zdejmował, otrzepywał i na pułki układał.... Tego dnia po dwu leciech oczekiwania przypadła koléj na stare bukiny, nabyte po ks. Jeremim, których dotąd baczniéj nigdy nie rozpatrywał Kudełka... Na górnéj pułce stał w futerale dobrze zamkniętym, gruby tom z napisem złoconemi głoskami: Breviarium romanum.
Profesor wskazał go uczniowi ręką i rzekł.
— Pokaż no mi ten brewiarz w futerale, raz go trzeba przecie wyegzaminować jak należy, bo jeśli edycya nowsza, to go któremu księdzu daruję.
Pyłu było na futerale co niemiara. Otrzepawszy starannie, uczeń chciał ułatwić staremu zajrzenie do książki dobywając ja z tego pudełka. Wierzch zszedł dosyć łatwo, ale gdy przyszło wysuwać samą książkę, student, choć ją między kolana wziął i z całéj mocy męcząc się usiłował wydostać, upadł a nic nie zrobił. Dopieroż Kudełka podniósłszy i brewiarz i chłopca, kazał mu z całych sił trzymać za futerał, a sam dobrze księgę ująwszy, z wielkim wysiłkiem ledwie nie ledwie ją z tych kleszczów uwolnił. Spotnieli oba. — Profesor położył książkę na kolanach i miał tytułu szukać, gdy mu się sama rozpadła na dwoje... i — między kartami drukowanemi... ukazał się ogromny pakiet papierów, pięciu pieczęciami obwarowany...
On to sprawił, że brewiarzowi tak nie łatwo przyszło się wydostać na światło dzienne... Profesor chwycił kopertę... i krzyknął ze zdziwienia.
Stało na niéj charakterem bardzo wyraźnym.
„Na ręce ks. prałata Jeremiego Zakliki, dla syna mojego Teodora Murmińskiego, do rąk własnych.“
Niżéj był podpis prezesowéj, imię de domo, primo voto i secundo. — Podpisała się Murmińska!“
Był to ten nieszczęsny depozyt, który ks. Jeremiemu spokojnie umrzeć nie dawał, którego tyle się naszukał ks. Strużka, a który z książkami razem dostał się opatrznościowo w ręce poczciwego staruszka. Pakiet był gruby, tak że łatwo go było posądzić iż oprócz papierów, znaczną snmmę pieniędzy zawierać musiał.
Profesor uchwyciwszy go oburącz, rzucił brewiarz, potrącił chłopca i wyleciał jak oparzony, wołając — koni! koni!
Krzyczał tak głośno i tak niepomiarkowanie, iż służba cała z domu wybiegła, i poczęli się ze starego szaleńca śmiać trzymając za boki — był bowiem na pół nieprzytomny. W chwili gdy ten legat znalazł, przyszło mu na myśl, że ma lat przeszło osiemdziesiąt, że tak samo jak ks. Zaklika umrzeć może, a koperta w gorsze niż jego ręce wpadnie. Chciał ją natychmiast sam odwieść i złożyć pannie Toli, do przechowania, wiedząc, że panny dwudziestokilkoletnie zawsze więcéj mają widoków życia, niż osiemdziesięcioletni profesorowie.
Dopiero śmiech panny Doroty i panny Klary, dwóch garderobianek z pierwszego piętra i dołu — oblał go jak zimna woda. — Profesor kopertę schował do kieszeni, wrócił na górę, chłopca odprawił dając mu talara, aby nie paplał — sam zaś opatrzywszy się w płaszcz, pozamykawszy drzwi, poszedł dopiero na miasto, aby nająć furmankę u znajomego żydka, który go już parę razy na wieś woził.
Nie rozrachował profesor, że będzie musiał w drodze nocować — i ze strachu by mu kto tych papierów nie odkradł, w małéj karczemce na gościńcu zmuszony kilka godzin przepędzić, świecę palił i ani oka nie zmrużył.
Dopiero około dziesiątéj nazajutrz dojechał do dworu w Kalisku... Obie panie siedziały jeszcze przy śniadaniu pod zielonym bluszczem okrytym gankiem od ogrodu, gdy kurzem cały osuty, z resztą włosów w nieładzie — profesor zjawił się wśród nich i padł ze znużenia mówić nie mogąc, na ławkę...
Doktorowa poznała po nim zaraz, że nie darmo przybył... ale twarz poczciwego Kudełki uśmiechała się mimo śmiertelnego zmęczenia — to pocieszało... Tola co najprędzéj zakrzątnęła się około herbaty.
Odetchnąwszy wreszcie, pierwsze słowo, które wyrzekł. — Otom się zhasał!
— A czegożeś się tak spieszył? zapytała doktorowa.
— Obawiałem się umrzeć, mam przeszło osiemdziesiąt lat!
Obie panie rozśmiały się.
— Nie śmiejcie się, zawołał profesor dobywając z kieszeni koperty i rzucając ja na stół — Ot co wiozłem!
Można sobie wystawić zdziwienie i radość tych pań, gdy ujrzały zdobycz. Profesor musiał opowiadać jak się do rąk jego cudownie dostała i przechowała.
— Ale, widzi pani — dodał — a nużby mi fantazya przyszła powrócić na łono Abrahamowe niespodzianie? Biedne człeczysko mógłby był na tém ucierpieć. Nie chciałem mieć na sumieniu.
Nastąpiły narady co poczynać.
— Ani chwili się nie namyślam — zawołał Kudełka — wracam do miasta złożywszy w pewnych rękach depozyt i jutro ogłaszam w gazecie.
— Jak? zapytała doktorowa.
— A no — jak jest. „Daje się wiedzieć panu Teodorowi Murmińskiemu i uprasza znajomych, aby mu oznajmili, gdzie się kolwiek znajduje, — iż depozyt przez ś. p. matkę złożony dla niego, pod jego adresem, ostatnią wolę jéj i legat zawierający... znajduje się w ręku prof. Kudełki. A że wymieniony przeszło lat osiemdziesiąt życia sobie liczy, uprasza pana Teodora, aby go jak najprędzéj odebrać raczył.“
W téj myśli zredagowano ogłoszenie.
Profesor wypoczął, objad zjadł, żydka, który go na trzęsącym wózku przywiózł, odprawił, panna Tola dała mu wygodniéjszy powóz i nim się do miasta dostał, chociaż dosyć późno w nocy.
Drugiego dnia sam poszedł do redakcji i inserat swój zaniósł.
Wieczorem już go w mieście czytano i komentowano, a hałasu i wrzawy narobił nie małéj. Kudełka wcześniéj tego dnia poszedłszy spać, wcale o tém nie wiedział. O dziewiątéj, gdy jeszcze nie ubrany był, zadzwoniono do drzwi.
Prezes majestatyczny, wyprostowany, z namarszczoną brwią ukazał się na progu. Spojrzał na otwierającego mu staruszka, zaledwie skinął mu głową, dobył gazety z kieszeni, wskazał palcem inserat i zawołał głosem groźnym —
— Co to jest?
— To? ogłoszenie.
— Kto to podał?
— Ja.
— Waćpan? Co to ma znaczyć? Nowa intryga czy kalumnia? zawołał prezes, ale jak inne pokuszenia potrafiłem zetrzeć na miazgę, tak i temu podołam.
Kudełka był człek spokojny, podniósł oczy do góry i skłonił się, jakby żegnał prezesa. Ten stał.
— Wytłumaczysz mi pan, co to znaczy?
— O tyle, o ile ja sam to sobie wytłumaczyć umiem — rzekł cicho i bardzo łagodnie profesor, który się wcale nie uląkł groźnego głosu, owszem coś na kształt szyderskięgo uśmieszku sarkastycznego błądziło po jego ustach. Ś. p. pani prezesowa secundo voto Murmińska...
— Co mi waćpan pleciesz? ofuknął prezes.
— To co stoi na kopercie — mówił sobie wolno Kudełka. Ś. p. prezesowa secundo voto Murmińska — powtórzył wyraziście każdą zgłoskę wymawiając — gdy się czuła blizką zgonu, powołała Im. ks. Jeremiego Zaklikę — Panie świeć nad jego duszą — do ostatniéj spowiedzi i wręczenia mu dyspozycji, któréj znać komu innemu powierzyć nie chciała.
Prezes szydersko się śmiał, a Kudełka mówił daléj, nie zwracając na to uwagi.
— Depozyt złożony u ks. Jeremiego nie mógł być wynaleziony po jego śmierci.
— Tak, aleście go sfałszowali — wtrącił prezes.
— To się okaże, to się okaże — spokojnie ciągnął profesor. Z książkami po prałacie, które ja kupiłem, doszedł do rąk moich i dopiero wczoraj go znalazłem.
Głośniéjszym jeszcze śmiechem powitał to prezes.
— Doskonale — tylko trochę niezręcznie! zawołał. I któż to waszym bredniom uwierzy! Za kogóż ludzi macie... intryganci...fałszerze... i ty — stary.
— Za pozwoleniem — wtrącił profesor — ja o zarzut fałszerstwa do sądu pozwę.
— Gdzież te wasze legaty imaginacyjne? Gdzie? to paszkwil tylko ten inserat — wołał prezes — gdzież ten legat?
— Za pozwoleniem, ukłonił się z uśmiechem Kudełka; choć u mnie się na kominku nie pali, lecz cudzém doświadczeniem nauczony, nie mam ochoty zdawać się na dyskrecję Jaśnie Wielmożnego pana. Legat okaże się w swoim czasie.
Krew wystąpiła na twarz dostojnemu panu, popatrzał z góry na małego profesorzynę, który śmiał mu stawić czoło — i począł z innego tonu...
— Panie profesorze, rzekł, ani to jego wiekowi, ani powołaniu właściwém nie jest leść w brudne takie intrygi. Życzę mu, jeśli spokój miły — rzuć to i nie bądź narzędziem ludzi podłych... których ja wcale się nie lękam.
— Pan prezes znasz mnie od lat wielu — odezwał się stary — jestem człowiek spokojny, procu negotiis, ale kiedy mnie Opatrzność używa za narzędzie, takiéj wielkiéj pani trudno nie służyć.
— Ale to są kłamstwa oczywiste! Legat! cóż to za legat! Niema go na świecie, chcieliście tylko mnie i matkę oszkalować w interesie... o to wam szło...
— Jeśli pan prezes sądzi, iż ja dotknięty zarzutem tym — odezwał się stary — pójdę zaraz do kantorku, wydobędę kopertę z pięciu pieczęciami i zechcę mu ją pokazać, abyś mi ją tak wyrwał jak doktorowéj — to się mylisz, JWPan. — Nie — choć stary ale tak niedorzeczny nie jestem.
Bystrem okiem pełném jadu zmierzył go prezes.
— Będę zmuszony prawnie się upomnieć o potwarz... o paszkwil... zawołał groźno.
— Nie jestem od tego — odpowiem i obronię się rzekł profesor.
— Przypuściwszy nawet że coś egzystuje, w chwili gorączki niedorzecznie i nieprzytomnie lub figurycznie zapisanego... mówił dostojny pan — cóż z tego? łajdak ten nie żyje, to jawna rzecz, a sukcesorem ja jestem...
— To sąd rozstrzygnie — dodał Kudełka — nie moja rzecz — nie moja!!
— Powiesz, że mi gdzieś złożył? tu? w sądzie?
— Nie mam obowiązku, zdaje mi się, zdawać panu rachunku — odpowiem przed sądem...
— Stary głowę stracił! w piętkę gonisz! trzęsąc się dodał prezes — z tobą nie ma co gadać.
Kudełka otworzył drzwi i skłonił się.
— Jeszcze raz po ludzku mówmy, — zapierając drzwi silnie krzyknął prezes — masz kopertę jaką?
— Mam...
— Moja matka, w ostatnich chwilach była skutkiem newralgji często pomieszana na umyśle — to wszystkim wiadomo. Kochała do zbytku tego gałgana, mogła mu z czułości dać nazwisko dziecka... to nic nie dowodzi. W takim stanie w jakim ś. p. matka moja schodziła ze świata, czynności żadne nie są ważne. Gdybyś miał sumienie.
— Panie prezesie, przerwał Kudełka, — to rzecz sądu nie moja rozstrzygać. Jeszcze prezes stał, bełkotał, ociągał się, sam wreszcie nie wiedział jak sobie począć z upartym starym.
Zmierzył go parę razy od stóp do głów — mrucząc...
— Jeśli się nie zgłosi to znać nie żyje, dodał — a w takim razie — ja opozycję kładę... aby mi ten falsyfikat był oddany. Panowie przerachowaliście się — dodał śmiejąc...
Kłaniam uniżenie.
— Ja także! rzekł Kudełka i za odchodzącym drzwi zamknął.
Smutne to było życie téj istoty, która chwilkę błyszczała na wielkim i płochym świecie, skosztowała jego przyjemności, doznała od nich niesmaku i wyniósłszy serce złamane cofnęła się tak z całym zasobem młodości na rodzaj dobrowolnéj pustelni wiejskiéj. Tola wychowana przez dosyć płochą ciocię, która życia innego nad sztuczne, podniecane, gorączkowe i fałszywe nie rozumiała, dobyła się z tego wrzątku o własnych siłach. Dopomogło jéj trochę spotkanie człowieka, który naówczas był jeszcze w całym rozkwicie młodzieńczego ducha i najszlachetniejszych prądów ku ideałom. Teodor Murmiński, ukochane dziecię kobiety zacnéj a prawéj lecz nieco słabéj, pod kierunkiem ojca wyrobił w sobie pierwsze zdrowe świata i życia pojęcia. Stary Murmiński był aż do zbytku idealistą i w utopię wierzył więcéj niż w rzeczywistość. Zdawało mu się, że świat jest już na drodze do odrodzenia i pochwycenia celu wiekowych wysiłków; dziecię toż wykarmił jakby je nie dla teraźniejszości, ale dla przyszłości sposobił. Syn całą duszą młodzieńczą przejął ojca nauki i z niemi wyszedł w świat, który znalazł zupełnie od spodziewanego odmiennym. Musiał więc walkę staczać nieustanną, a z młodzieńczą wiarą i siłą stając do niéj nie rachując się z nawyknieniami i obyczajem wieku, doznał zawodów, wyszedł z niéj ranny, rozbity... zwątpiały. Był to po części także los jego ojca. Prezesowa pokochała go, przywiązała się do niego, oddała mu rękę i nalegania familji zmusiły nieszczęśliwą do ukrywania tego związku. Murmiński dotknięty boleśnie cofnął się by jéj życia nie zatruwać.
Syna miała przy sobie prezesowa... lecz o niego musiała w nieustannéj być trwodze. Starszy (pan prezes) powziął ku niemu jakąś instynktową nienawiść. Pierwszym jéj powodem była zazdrość o serce matki, później oba niemal razem zobaczyli Tolę i oba się w niéj rozkochali. Teodor był żywy, dowcipny, otwarty aż do zbytku — temperamentu poety i artysty. Prezes ponury, sztywny, zimny, szyderski nosił piętno biurokraty nim został urzędnikiem. Piękna, żywa i śmiała Tola nie mogła sympatyzować z potomkiem znakomitéj rodziny, któremu się zdawało, że go dla imienia i majątku wszyscy miłować i szanować musieli — wolała trochę płochego ale miłego chłopca, jakim był Teodor. Prezes jéj tego darować nie mógł. Miedzy braćmi powstała walka, w któréj Murmiński wojował szyderstwy — prezes groźbami. Przyszło do tego, że wyrzucał dziecku z łaski przyjętemu do domu, iż śmiał z nim rywalizować. Walka ta wrzała zrazu skryta, wyrywanemi tylko pół słowami się objawiając, ale z każdym dniem stawała się gorętszą, zajadléjszą, zażartszą. Teodor, choć obrażony, lekko brał wszystko, prezes mściwie i namiętnie. Tola tak wyraźnie dawała pierwszeństwo Murmińskiemu, iż prezes w końcu usunąć sią musiał, ale postarał się, żeby ciocia i familia rywalowi téż dali odprawę; potrafił nawet pannę zniechęcić i rozgniewać ją na Teodora.
Murmiński musiał uchodzić — lecz całe to krótkie a gwałtowne starcie dwóch braci zostawiło po sobie nięzmazane ślady, które na życia resztę wpłynąć miały. Prezes poprzysiągł zemstę.
Tola, która się sercem i duszą przywiązała do Teodora, raz wyrzekłszy, że za nikogo wyjść nie chce, jeśli jéj własny wybór nie pokieruje losem, odepchnęła starających się wielu, a potém usunęła się usamowolniona na wieś i poczęła życie samotne w towarzystwie jednéj pani Teresy. Rzadko się to u nas trafia, aby panna mogła wyzwolić się z więzów rodzinnéj zależności i mieć odwagę rozpocząć życie o własnéj sile. Nie było to w obyczaju kraju nigdy — sieroty chroniły się zwykle pod strzechę krewnych, oddawały w ich opiekę i uznając swą słabość, losy swe zwierzały w ręce starszyzny. Panna Tola dawała niebezpieczny przykład samowoli, z którego zrazu źle na przyszłość wróżono, naśmiewano się, uczyniono z niego przedmiot powszechnych pogadanek i szyderstwa. W krótkim jednak przeciągu czasu podziwienie zastąpiło śmiechy i ciekawość tylko obudzało życie i gospodarstwo młodéj dziedziczki.
Zasiadłszy na wsi z panią Teressą, Tola znalazła dom dawniéj rodzicielski opuszczonym, majątki jak po wojnie z rąk dzierżawców wyszłe, ruinę smutną i nieład wszędzie. W czasie jéj małoletności gospodarowano tu — nie bardzo myśląc o przyszłości — panował kto chciał i robił każdy co mu się podobało. Zacząwszy od domu spustoszenie było wszędzie, prawdziwie przerażające. Wspomnienia dziecinne ledwie się do czego przyczepić miały. Dzierżawcy, ekonomowie, plenipotenci nie poszanowali nic — każdy co tędy przeszedł, zostawił po sobie tylko trochę jeszcze większe zniszczenie. Pierwszy raz przybywszy do Kaliska, pomimo energji swéj i rezygnacji panna Tola łez powstrzymać nie mogła. — Dom był prawie niemieszkalnym, tak go opuszczono, ogród na pół zdziczały, pół wycięty i nieoparkaniony, budowle się waliły, inwentarz w najnędzniejszym stanie, pola nieobsiane... ludzie zdziczali także... oto co ją spotkało w progu. — W kilka dni potém z wielkiego smutku przeszła do pracy wielkiéj i niezmordowanéj... Trzeba było stworzyć na nowo wszystko, a Tola znalazła w tém zajęciu pociechę. Kalisko przerobiła po swéj myśli. Dom, ogród, zabudowania powoli powyrastało wszystko, a ręka kobiety zdradzała się w staraniu o nadanie wdzięku odrodzonemu dworowi. Jak większa część naszego kraju, okolica, w któréj leżały dobra panny Toli, była płaska, a znać dawniéj lasami i moczarami pokryta. Z tych puszcz pozostały tu i owdzie olbrzymie dęby i lipy, które ogród przyozdobiły. — Dwór stary, murowany, niewygodny, poszanowawszy ściany co lepsze widziały czasy, przerobiono na piękna siedzibę na pół okrytą dzikiem winem i bluszczami. Mnóstwo kwiatów wyrosło wśród trawników. — Dom przyozdobił się wewnątrz bez zbytku, ale dla oka mile. Nie wielkim kosztem potrafiła dziedziczka kaliska uczynić z niego jedną z najwdzięczniejszych wiejskich posiadłości w okolicy. Na gospodarzy znalazła dzierżawców długoletnich, którzy mając sobie zapewnioném że plony zbierać będą, mogli téż jak dziedzice wkładać w ziemię i rolę ulepszać. Na wszystkie te rozporządzenia panieńskie spoglądano z rodzajem niedowierzania i zazdrości; szukano coby się dało wyśmiać i skrytykować — w końcu wszyscy zmuszeni byli uznać, że panna była bardzo praktyczną. Uczczono ją tym wyrazem, który uśmiech wywoływał jéj na usta.
Mnóstwo różnego rodzaju pretendentów zgłaszało się do jéj ręki — z rozmaitemi kwalifikacjami — ludzie praktyczni sądząc że ich potrafi ocenić, młode chłopcy myśląc że urokiem młodości za serce ją wezmą, diletanci, literaci wiedząc że lubi książki... lecz nikomu się tu jakoś nie powiodło. Mamy, ciocie, ojcowie, przywozili jéj synów, siostrzeńców, kuzynków. Tola przyjmowała ich bardzo grzecznie, bardzo obojętnie — ale po dwóch lub trzech odwiedzinach, nie mieli ochoty powracać.
Ten chłód pięknéj panny, ta miłość niezależności wydawały się czemś tak potworném, iż na wytłumaczenie ich potworzono najrozmaitsze legendy i baśnie... Najpowszechniéj jednak utrzymywano, że musiała się kochać nieszczęśliwie i zakląć, że nie pójdzie za mąż. Znaczne dobra, i wyraźne tu zamiłowanie odosobnienia od ludzi, naprowadziły nawet na myśl, że mogła by ufundować klasztor i zostać zakonnicą — próbowano i to jéj poddać, obiecując ułatwić — ale Tola wręcz odpowiedziała, że powołania do klasztoru nie czuje. — Zbyt się ludzie zajmowali nią — co ja w końcu gniewać przestało i półuśmiech tylko wywoływało na usta... Żyła wedle raz zakreślonego planu, ani się szczęściem chwaląc, ani użalając nad swym losem. — Goście zastawali ją, zawsze w jednym humorze, spokojną i zadowolnioną.
Bardzo często od niejakiego czasu przebywała tu doktorowa, któréj miasto obrzydło... Razem z nią odbywały wycieczki po okolicy, czytały, porządkowały w ogrodzie, a nowy wykwitujący przysłany z Erfurtu krzaczek jaki lub cebulka... doskonale je ubawiał.
Od przeszło dwóch lat miała panna Tola sąsiada nowego. Był nim Niemiec, który dobra wystawione na licytacją zakupił. Był to stary pański majątek, należący niegdyś do rodziny nagle w końcu XVIII. zbogaconéj i równie nagle w XIX. upadłéj. Nazwisko dawnych dziedziców stare i piękne dało im możność zbliżyć się do dworu Augusta III. późniéj czynnymi być już w czasie zawikłań od 1775 do 1795 roku.
W ciągu tych lat dwudziestu — ubodzy dawniéj stosunkowo... scy przyszli do ogromnych bogactw, w sposób jakiś tajemniczy, — kupowali dobra i sąsiednie właśnie obrawszy sobie za rezydencję, nieopatrznie w nich, nagle, wielkim kosztem zaczęli się budować, nie bacząc, ile w to włożą. Pałace, oranżerje — stajnie z kolumnadami, oficyny, altany, kościoły... wszystko to jakby różczką czarodziejską z ziemi wyprowadzone powstało w końcu XVIII. w. — Ale, nim dokończono pałace, owe ogrody i gmachy... państwo... scy zbankrutowali... Budowy zostały nie pokończone, mury pozamakały, stały pustkami, porozsypywały się w znacznéj części... Majątek przechodził z rąk do rąk, niszczał coraz bardziéj i w końcu baron Opern go kupił. — Pochodził on z nad Renu, z dawnéj bardzo rodziny, zubożałéj — która się pracą i handlem wielkiéj dorobiła zamożności. — Typ téż człowieka był osobliwszy i u nas nie spotykany. Nazwisko arystokratyczne, wychowanie staranne, formy wielkiego świata, nauka gruntowna — a przytém praktyczny zmysł nowego człowieka XIX. wieku.
Nie przywiązywał nadzwyczajnéj wagi do swojego baronostwa — ale rozumiał doskonale, że ono mu w jego niemieckiém społeczeństwie, z wielu względów posługiwać mogło i być użyteczném.
Opern nabywszy dobra nie zbyt drogo urządzał je na sposób niemiecki. — Był młody, nieżonaty i niezmiernie czynny. — W pierwszym roku zajął się zaraz postawieniem majątku na stopie nowożytnemu gospodarstwu odpowiedniéj, zrozumiał, że i rudera były materjałem do zużytkowania, wartym zajęcia. — A że mu na odpowiednim kapitale nie zbywało, wziął się zarazem do restauracji pałacu, oranżerji, ogrodu i wszystkiego, co rezydencję wiejską przyjemną uczynić może.
Ojciec barona był krewnym i przyjacielem księcia Puckler-Muskau; młody Opern bywał często u znakomitego kuzyna swego i nabrał w jego towarzystwie zamiłowania do ogrodów...
Położenie i ogromne obszary gruntów dozwalały mu także o parku pomyśleć... W rok prawie zarysowany został i wykonany plan ogromnego i przepysznego ogrodu... Stare drzewa jak w Kalisku ułatwiły bardzo i przyśpieszyły robotę. — Była to jedyna mania i fantazja pana Opern... ale téż na nią nie żałował. W okolicy mówiono, że się Niemiec zrujnuje nieochybnie... nie wiedząc tego, że wiele pięknych rzeczy, tanim kosztem się daje zrobić, kto umie. — Co najdziwniéjsza opowiadano téż w sąsiedztwie: że głównym pomocnikiem barona w tém całem ogrodnictwie był Polak... z którym on jak z przyjacielem się obchodził. — Ale był to jakiś człek zdziwaczały czy wynarodowiony, bo z nikim nie żył, do nikogo prawie nie mówił i cały zatopiony w ogrodzie był mu tak oddany, że go prawie nie widywano. Sąsiadom baron mówił, że człowieka tego znał od dawna, spotkawszy się z nim w jednéj ze swych podróży na wschodzie, ale że go tu znowu znalazł i winszuje sobie tego skarbu, który mu opatrzność dała.
Dziki ten ogrodnik mieszkał w domku w samym parku i prawie po za jego granice nie wychodził. Namówiwszy barona, ażeby u siebie zaprowadził szkółki i szklarnie dla wyprzedaży drzew, krzewów i roślin, dobrawszy sobie pomocników, nieustannie z nimi pracował. — Wieczorami jednak widywano go długie często godziny spędzającego sam na sam z baronem, na stopie przyjacielskiéj.
Opern zresztą nigdzie nie bywał w sąsiedztwie będąc wtajemniczony w ten stósunek nieprzyjacielski, który autochtonów od kolonistów dzielił na dwa obozy. Zdawał się zrezygnowany na życie samotne i nie próbował nawet robić znajomości, chociaż ich nie unikał.
Z pustelni swéj w Kalisku panna Tola mogła widzieć w dali drzewa i mury sąsiada swego, od którego dzieliła ją tylko znaczna pól płaszczyzna. Sprowadzając często rośliny i krzewy zdaleka, gdy się dowiedziała o zakładzie ogrodniczym pod bokiem, posłała parę razy dowiadując się o różne nowości ogrodowe i z łatwością je tam nabyła. Dwa piękne dęby piramidalne rosły przywiezione ztamtąd na gazonie. Mówiły o tém z doktorową właśnie po odjeździe profesora i śmielsza daleko jéjmość odezwała się, że na miejscu Toli nie wytrzymałaby, żeby tego zakładu niemieckiego nie widzieć...
— Niemiec tam podobno nikogo nie puszcza.
— Jak to może być — dodała doktorowa — jeśli sprzedaje, toć można pojechać coś kupić, a kupując zobaczyć owe ogrody...
— Jeśli chcesz to się poślę spytać? odezwała się Tola.
— Po co pytać? to najgorsza rzecz, odpowiedzą, że nie puszczają — a gdy zajedziemy pod bramę, nie podobno ażeby nas tak niegrzecznie odprawili. Nawet Niemiec bywa dla kobiet względny.
— No, to jeśli chcesz, możemy się po obiedzie zaawanturować. Z tobą będę śmielszą — odezwała się Tola, bo przyznam ci się, pannie do kawalera, chociażby Niemca, jechać z pierwszą wizytą — i mnie się już wydaje trochę niestósownem.
— Ależ nie do kawalera! cóż mi za kawaler, Niemiec — odezwała się śmiejąc doktorowa — pojedziemy do ogrodu. — Tola ruszyła ramionami.
— Dobrze, po obiedzie parę koni do koczyka i — spróbujemy...
Śmiały się, domyślając z góry jak zostaną przyjęte... Wieczór był piękny, droga dobra... obie panie wyjechały w wybornym humorze, a zbliżając się do dworu barona Opern, przezwanego Opernhoffen, mogły podziwiać już przepyszne budowy i sam zarys parku, utrzymanego z niemieckiém staraniem. Żelazne w murowanych słupach ogrodzenie, z bramą ozdobioną w dwa przepyszne wazony rzeźbione, wiodło w podwórzec pałacowy. Było to razem wnijście do ogrodu...
Posłano służącego z biletami prosząc dziedzica o pozwolenie obejrzenia ogrodu i oranżerji. Służący bardzo długo zabawił i kazał na się czekać, nareszcie otworzono bramę, a w podwórzu ukazał się wysokiego wzrostu młody jeszcze mężczyzna, wojskowéj postawy, nieco na Anglika wyglądający, który pozdrowiwszy wysiadujące panie, zarekomendował im się jako dziedzic. Rozmowa toczyła się po francuzku. Tola przeprosiła go za natręctwo, tłómacząc swą miłością ogrodów i kwiatów. Mówiąc o nich dziedzic wprowadził je do ogrodu. Nieopodal od pałacu były ogromne oranżerje, ananasarnie, cieplarnie różnego rodzaju i na wielką skalę znać prowadzone ogrodnictwo. Panie zwróciły się tutaj podziwiając rzadkie rośliny spotykane co kroku. Baron Opern nadzwyczaj grzecznie i uprzejmie ciceronował okazując niepospolite obeznanie z florą exotyczną. Osobna część ogrodu osłoniona od północy, wydzieloną była na to gospodarstwo, które z wzorową starannością było prowadzone. Chwalono niezmiernie.
— Wszystko ja to winienem, odezwał się baron śmiejąc — jednemu z ziomków waszych — którego nieszczęścia doznane zapędziły tu do mnie. — Nieoszacowany człowiek!! Oddał się cały ogrodnictwu. Ale to ciekawa zaprawdę historia mówił Opern. — Spotkaliśmy się z nim raz pierwszy w Algierze, polowaliśmy nawet na lwy razem... Po latach wielu na pół obłąkanego, głodnego, odartego wypadkiem znalazłem niedaleko od gościńca, na drodze z... Żem go poznał — to istny cud, bo się bardzo odmienił... Zdawał mi się tak nieszczęśliwym, żem go nie puścił i zmusiłem, by jechał ze mną. Tu powoli nabrał namiętności do ogrodnictwa odemnie, wyuczył się, przeszedł mnie samego, i jest dla mnie — nieoszacowanym skarbem. Żyje życiem swych roślin i krzewów.
Baron się rozśmiał.
— Dziki, dziwak, ale dusza szlachetna, zbolała — piękna, sympatyczna... Jest mi dziś równie drogim towarzyszem w samotności jak pomocnikiem w pracy.
Tak mówiąc weszli do parku zakreślonego na bardzo obszerną skalę. — Umiejętne rozporządzenie klombów, prześliczne aksamitne trawniki, stare drzewa, harmonijnie posprzęgane tony różnych liści — stanowiły prawdziwy krajobraz przypominający parki Anglji. — Nie brakło nawet wody, bo umiano zużytkować mały strumyk, który powstrzymany tworzył parę stawków w ogrodzie... Obie panie mówiły niewiele, ale patrzały chciwie — bo istotnie widoki były prześliczne, a Kalisko nawet widziane ztąd tworzyło wcale ładny punkt, na którym oko się mile zatrzymywało...
Droga, którą te panie szły z baronem wiodła około domku owego tajemniczego a nieszczęśliwego rodaka... ale Opern zapewniał, że dziki jego przyjaciel zobaczywszy obcych uciecze pewnie i schowa się w najciemniejszy kąt ogrodu...
Domek malutki, wśród starych olch — z ganeczkiem osłonionym pnącémi się roślinami, stał bardzo wdzięcznie ukryty w cieniu... Drożyna zawracała się tu nagle i tworzyła kąt, tak że przybywających wcale widać nie było, i temu zapewnie winny były panie, iż zapowiedzianego samotnika zastały nad stolikiem z książkami w ganku...
Usłyszawszy chód podniósł głowę i — zdziwiony stanął jak osłupiały...
Baron Opern jeszcze bardziéj zdumieć się musiał, bo doktorowa krzyknęła aż — pan Teodor!
Tola podniosła oczy drgnąwszy na to imię. Był to w istocie Murmiński, lecz znowu zmieniony wielce. Nie był to ani ten młodzieniec pełen zapału jakim go znała Tola przed laty, ani ten rozdrażniony i zbolały szaleniec, z którym się spotkała u doktorowéj, ale mężczyzna smutny, uspokojony, zrezygnowany...
Na widok tych pań, podniósł się z ławki, jakby chciał uciekać, popatrzał na Tolę i twarz mu oblał rumieniec... Baron Opern to na niego, to na gości patrzał nie wiedząc co to ma znaczyć.
— Prawdziwy cud, żeśmy tu na pana trafiły... chyba nas opatrzność i przeczucie prowadziło — zawołała szybko doktorowa... Wszyscy pańscy przyjaciele szukają go po świecie... Skryłeś się umyślnie, aby ich niepokojem nabawić!
Teodor zszedł powoli ze wschodów ganka... uspokojony już i uśmiechnięty łagodnie.
— Prawdziwie, rzekł, żem na to współczucie nie zasłużył... Ale wartoż mnie szukać... i po co mnie ztąd wyciągać?
— Czytałeś pan ogłoszenie w gazetach!
— Żadnego, bo gazet nie czytam — odparł Murmiński... przepraszam — jednę, ogrodniczą... To mówiąc uśmiechnął się. Ale cóż mnie tyczącego się mogło być w nich.
— Bardzo dla pana ważna wiadomość, przerwała Tola — profesor Kudełka, który kupił książki po zmarłym prałacie Zaklice, znalazł w nich powierzone mu przez nieboszczkę matkę pana... kopertę do niego zaadresowaną. Jest to jéj testament i legat...
— Mojéj matki! powtórzył Teodor — ale ja... matki nie znałem... mógłem ją tylko przeczuwać...
— Prezesowa jako żona ojca waszego i wasza matka podpisała się na tym depozycie.
— Gdzież on jest? u Kudełki? zapytał mimowolnie wzruszony Murmiński.
— Profesor obawiając się jakiéj napaści, przypadku, powierzył go mnie.... Jest tu... wskazała ręka Tola na bielejący dom w Kaliskach... Przyjeżdżaj go pan odebrać.
Baron Opern, który słowa po polsku nie rozumiał, patrzał na żywo rozmawiających i po twarzach ich tylko czytał, domyślał się jakiegoś nadzwyczajnego spotkania.
Doktorowa podjęła mu się to wytłumaczyć.
Teodor stał trąc czoło rękami, jakby się ze snu chciał przebudzić.
— Pan jesteś przyrodnim bratem prezesa! dodała Tola...
— A! pani, zawołał Teodor, to mi najmniéj czyni honoru i przyjemności, lecz jestem synem zacnéj, dobréj, świętéj kobiety, która dla mnie ucierpiała wiele, i dla któréj pamięci — ciężar tego spadku przyjąć jestem obowiązany.
— Kochany baronie — rzekł po niemiecku zwracając się ku niemu i wyciągając doń rękę — bardzo się lękam, żebyś nie stracił ogrodnika, ale przyjaciela wdzięcznego nie stracisz we mnie nigdy!
Musiano znów Opernowi tłumaczyć całą tę zawikłaną historję.
— A widzisz Tolo kochana, przerwała śmiejąc się doktorowa, że czasem natrętną i ciekawą jak ja być — na coś się przydać może... Lecz czyż podobna panie Teodorze, abyś patrząc ztąd co dzień na dwór w Kalisku, nie spytał o to, do kogo on należy i nie wiedział o Toli, a jeśliś wiedział o niéj...
Teodor z wyrazem szczerości położył rękę na piersiach.
— Trudno temu uwierzyć — zawołał, ale ja o tém nie wiedziałem. — Winą moją, żem nie przeczuł. — Mówiono mi zawsze o dzierżawcy majątku nigdy o dziedziczce, bo w ogóle nie dopytywałem o nic, chciałem się zamknąć cały w tym ogrodzie i żyć nim i dla niego, a o całym świecie zapomnieć...
— Panie Teodorze — odezwała się Tola — profesor Kudełka znalazłszy w brewiarzu kopertę na całą noc przyleciał do mnie, tak się lękał o nią... teraz ja bać się będę jeśli pan jéj dziś jeszcze nie weźmiesz odemnie. Prezes z ogłoszenia w gazecie wie o niéj — może się domyśleć u kogo jest złożoną... a ja... boję się prezesa.
— Ja się go dziś nie lękam! zawołał Murmiński — pamięć matki każe mi się starać o odzyskanie należnego w świecie stanowiska. Ojciec... którego może wynajdę.
Doktorowa z Tola spojrzały tylko po sobie, ale w téj chwili nie chciały mu jeszcze powiedzieć o ojcu.
— Będziesz pan dziś u mnie! dodała Tola. Teodor się skłonił. — Będę pani...
— Jedźmy więc — zawołała — ogród już nas nie zajmuje — choć doprawdy bardzo ładny. Lecz zkąd — że panu ta ogrodów miłość?
— A! pani, coś w życiu kochać trzeba, lub umrzeć — rzekł Teodor — wybrałem kwiatki, bo one ciągle i życie i śmierć i los nasz przypominają, a są najwdzięczniejszą istotą w całém stworzeniu.
— Mnie się zdaje, że przez kwiatki pan się powoli i z ludźmi pogodzisz — dodała doktorowa.
Rozmawiając tak doszli do dziedzińca. Baron Opern zapraszał na podwieczorek, ale odmówić mu musiały. Tola dopiero usiadłszy do powozu, rzuciwszy się w głąb jego, odetchnęła swobodniéj. Wzruszona ściskała swą towarzyszkę nie mówiąc słowa i łzy płynęły po twarzy... Prawie nie przemówiwszy do siebie dojechały do Kaliska. Tola pozostała zamyśloną i milczącą, doktorowa za to niezmiernie ożywioną z góry obmyślała plan kampanji przeciwko prezesowi, z którym się jeszcze bez walki obejść nie mogło.
Siedząc w ganku oczekiwały aż do zmroku na Murmińskiego. — Zmierzchało już gdy kłus konia dał się słyszeć w dziedzińcu i Teodor wszedł w tém samém skromném ubraniu, w jakim go panie u barona widziały.
— Przebaczy mi pani, rzekł w progu, że się tak stawię po ogrodniczemu. Dwa lata nie ruszałem się nigdzie z tego domku, nikt mnie nie widział, ja nie widywałem nikogo... otwarcie powiem, nie mam się w co ubrać.
— Dajże pokój i nie mów o tém! przerwała doktorowa — siadaj.
Tola z pod chusteczki, którą miała narzuconą na szyję, dobyła pakiet opieczętowany i położyła go przed Teodorem.
W oczach jego łzy widać było i twarz mieniła się wzruszeniem, nie śmiał dotknąć téj spuścizny — patrzał na nią z poszanowaniem, jakby martwa dłoń z mogiły mu ją podawała.
— Za pozwoleniem — odezwała się doktorowa w położeniu pana — wszystko trzeba czynić z rozwagą. Czy nie stósowniéjby było złożyć ten legat w sądzie i prosić o świadków urzędowych przy rozpieczętowaniu?
— Tego ja rozstrzygnąć nie potrafię — odparł Teodor — radbym ostatnie wyrazy méj matki jak najrychléj czytać — lecz... któż wie?
Zawahał się... — Jam nie prawnik... ale koperta adresowana jest do mnie... bądź co bądź, naprzód ja wolę matki znać muszę.
Tola patrzała z daleka blada i równie jak on poruszona.
Teodor z poszanowaniem rozciął papier nie naruszając pieczęci. —
Zawierał on na osobnym papierze kilkanaście słów pożegnania i błogosławieństwa podyktowanych księdzu Zaklice... podpisanych ręką umierającéj i poświadczonych przez prałata i plenipotenta.. Ten ostatni żył jeszcze. —
W paczku była wierzytelna kopia metryki ślubu i chrztu Teodora, taka sama jaką drugą spalił prezes wydarłszy doktorowéj, naostatku gotowemi papierami rządowemi 50,000 talarów, które prezesowa z własnego majątku wydzielała synowi, prosząc go, aby o nic więcéj u rodziny się nie upominał. Prośba ta była rozkazem...
Teodor odczytawszy papiery złożył je na stoliku i głęboko się zatopił w myślach, jakby się modlił do ducha matki, która w ostatniéj życia godzinie o nim nie zapomniała.
— Jeżeli która z pań, łaskawą jest dla mnie, rzekł — proszę niech mi odbierze te pieniądze i przechowa... nie będę wiedział co zrobić z niemi.
Tola wyciągnęła rękę po nie. Teodor się skłonił dziękując.
— Jutro odezwał się, muszę jechać, abym poczciwemu podziękował Kudełce... i — urzędownie upomniał się o prawo swoje...
— Gdybyś się staréj babie towarzyszyć nie wzdrygał — śmiejąc się wtrąciła doktorowa, jabym waćpana zabrała, bo i ja pojadę jutro, a kto wie — jeśli przyjdzie do wojny z prezesem, możebym się mu i na co przydała...
Tola milcząca pomogła pani Teresie do rozdania herbaty; kiedy niekiedy oczy jéj spotykały się z Teodora wzrokiem i oboje nie unikali siebie, jak przy ostatniém owém spotkaniu.
— Zmieniłeś się pan na lepsze — poczęła doktorowa, z otwartością sobie właściwą — bardzo mi się tak podobasz. —
— Ostygłem trochę — odżywiła mnie praca, odezwał się na to Teodor — stworzyłem sobie sztucznie cel życia i w duszę zawitał spokój jakiego nigdy nie doznawałem. Ten czas, który spędziłem tam wśród tych szklarni — drzew, kwiatów, na wieczornych rozmowach z człowiekiem ostygléjszym odemnie, lepiéj może pojmującym życie — był dla mnie jakby chwilą upamiętania i pokuty... jakby nowicjatem poprawy... Mogę powiedzieć żem dzielnego w sobie zwyciężył człowieka.
Po długiéj w noc rozmowie — Teodor odjechał do Barona, a nazajutrz razem z doktorową ruszyli do miasta.
Od chwili gdy Kudełka ogłoszenie w gazetach umieścił, i od ostatniéj z nim rozmowy — prezes chodził jakby wewnętrzną gorączką trawiony. — Z tych trosk nie zwykł się był spowiadać żonie — ale oko pani Żulietty odgadywało z twarzy ponuréj męża, z jego przechadzek po pokoju milczących, z długiego czuwania po nocach, że mu jakaś boleść dolegała wewnętrzna. Stósunek małżonków do siebie nie dozwalał jéj rozpytywać go — wiedziała dobrze, że przed nią do niczegoby się nie przyznał — i że uprosić na nim wyznanie było niepodobieństwem.
Obcy nawet postrzegli zmianę w dostojnym panu, który zwykle jednostajnie pogodną a raczéj chłodną i obojętną fizjognomią, niepodległą ani chmurnym zaćmieniom, ani słonecznym blaskom — powszechną obudzał admirację. Nikt jak on nie umiał być nieprzeniknionym i zamkniętym. Musiał więc mieć brzemię nadzwyczajne na duszy, jeśli jego ciężar stawał się widocznym. —
Odgadnąć było łatwo dla obcych przyczynę zmartwienia — czytano bowiem i komentowano powszechnie owe ogłoszenie i przypomniano sobie owo powiedzenie ks. Salvianiego przy obiedzie i zaprzeczenie prezesa... Jedna żona była w zupełnéj nieświadomości wszystkiego, gdyż prezes starannie przed nią taił to, i pilnował, aby numer dziennika do niéj się nie dostał.
Chociaż sam biegły w prawie — drugiego zaraz dnia po rozmowie z Kudełką prezes udał się do zaufanego adwokata, doktora praw, pana Fryderyka Obst’a. Wierzył bowiem więcéj w cudzoziemca i mniéj go on niż rodak, przed którymby się spowiadać musiał — obchodził. — Dr. Obst był jurystą praktycznym bardzo biegłym w prawie, a zupełnie obojętnym na rzeczy sumienia. Moralne znaczenie sprawy nie obchodziło go wcale, i dla klientów był tém dogodny, iż nigdy się do ich uczciwości nie odwołał, uważając ją za rzecz prywatną — do któréj spraw mu się mięszać nie wypadało. —
Chłodny — grzeczny, mało mowny dr. Obst był rzeczywiście machiną do spraw tylko, ale dobrze zbudowaną i młócącą procesa jak młockarnie wybijają zboże. — Wymłacał téż starannie kieszenie swych klientów, a napełniał swoją. — Z dr. Obstem prezes miewał częste i liczne stósunki — ale nigdy we własnych sprawach. Zdziwił się niepomału Niemiec, gdy go ujrzał w gabinecie i posadziwszy na kanapie, dowiedział się z bladych ust, cichym głosem wyrzeczonéj zapowiedzi, że chce jego rady zasięgnąć w interesie prywatnym, który dyskrecji jego powierza. Dr. Obst liczący kwadranse konsultacji bardzo troskliwie, czekał potém dobrych minut kilka nim prezes mówić zaczął...
— Żądam rady pana w sprawie tak delikatnéj, tak trudnéj, iż samo zwierzenie mu jéj, możesz pan uważać za dowód zaufania — rzekł po długiém milczeniu. Są czasem tajemnice familijne, które konieczność tylko odsłonić zmusza, choć się człek rumieni przyznając do nich. — Słyszałeś pan co o ogłoszeniu? dodał.
Dr. Obst potrząsł głową — nic nie wiem.
— Znałeś pan nieboszczkę matkę moją? zapytał prezes.
— Nie byłem tu jeszcze, gdy zmarła.
— Doszło co pana o niéj, o nas....
— Nie mam czasu słuchać historji prywatnych — rzekł Obst.
— Będę więc zmuszonym mówić z panem otwarcie.
— Proszę — inaczéjbym rady dać nie umiał.
— Ojciec mój odumarł mnie małém chłopięciem — mówił prezes z pewném wzruszeniem — matka moja w dosyć młodym jeszcze wieku owdowiała. — Do mnie potrzebowała guwernera. Nastręczono jéj człowieka, który najpodstępniéjszym sposobem starał się wkraść w jéj serce, zaufanie, — potrafił się podobać. Ciężko mówić synowi o nieżyjącéj matce. Już na ówczas familia dostrzegała w niéj oznaków osłabienia umysłowego, skutków ciężkich newralgji, jakie znosiła. Jeśli dała się najniecniéjszemi środkami skłonić do ślubu z guwernerem, do którego ją ten niegodziwiec zmusił, można to przypisać nieszczęśliwemu stanowi jéj umysłu.
Nie wierzę ja w ten ślub, ale mówią, że ślub odbył się za granicą, w tym kraju, gdzie wszystko jest możliwém — we Włoszech. — Przyszedł na świat syn... Po powrocie méj matki do kraju rodzina jéj i nasza, zasłyszawszy o tém, przerażona — wszelkiemi możliwemi środkami starała się ja skłonić do wyrzeczenia się i zaparcia ślubów uwłaczających sławie naszego imienia i domu. Uległszy przecie tym prośbom... matka moja nie ogłosiła małżeństwa, dziecko się wychowywało jako sierota przybrana...
Tym czasem nieprzyjaciele nasi, intryganci, ludzie chciwi naszego majątku i upodlenia dobywają jakieś dowody tego ślubu... testamenta, metryki... Ja się muszę bronić, ja będę bronił do ostatka sławy domu.
To są fałszerstwa... Zresztą wiadomy wszystkim stan umysłu matki mojéj.
— Czy był on przez doktorów poświadczonym urzędownie? spytał dr. Obst.
— Miarkujesz pan, że tegośmy téż unikali kryjąc nieszczęście nasze, rzekł prezes.
— A jakże dziś się do tego odwołać możecie?
Prezes westchnął.
— Dowody — świadectwa lekarzy — wyjąknął — dały by się znaleść — tak sadzę.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Zapewne — byłoby dobrze, gdyby się znalazły...
— Na ten czas sądzę — dodał prezes, że i ślub byłby uznany nieważnym, — i —
— Za pozwoleniem — przerwał dr. Obst — nie wiem prawdziwie, jak prawo kanoniczne rzymskie w takich razach rozstrzyga... ale że kościół katolicki kapłanowi, który ślub dawał, więcéj wierzy niż nawet lekarzom, a osłabienie i obłąkanie umysłowe, bywa tego rodzaju, iż miewa intervalla lucida.
Prezes zachmurzył twarz — zamilkł.
— Dokumenta muszą być pofałszowane... rzekł z cicha — w to bić należy.
— Można, potwierdził prawnik — i ze wszech miar lepiéj. W takim razie dziecię matki pańskiéj byłoby nielegalném...
Prezes się zaczerwienił.
— Chciałbym dowieść, że to jest podrzutek, którego ona, przy swym stanie umysłowym, nawykła uważać za dziecię własne — choć ono niém nie było.
— Trzeba by na to dowodów...
— Chciwość tych ludzi.
— Czy domagają się czego?
— Dotąd nic... lecz mam posądzenie, że ze słabomyślności méj matki korzystali i postarali się o pochwycenie znacznego kapitału...
W ten sposób zaczęły się narady.
Dr. Obst badał znakomicie i surowo bardzo. — Prezes się pocił, męczył, — stękał, odpowiadał i znać było, że tylko ostatnia konieczność wymódz na nim mogła tak bolesne zeznania. Konferencja trwała godzinę. — Gdy się wyczerpały pytania i odpowiedzi, Dr. Obst siedział długo zamyślony, bawiąc się nożem od papieru i gryząc koniec jego w ustach.
— Cóż pan mówi? zapytał prezes.
— Że sprawa w każdym razie niesłychanie jest zawikłana i do przeprowadzenia trudna. Macie panowie za sobą to, że małżeństwo prezesowéj nigdy w kraju ogłoszoném nie było... możecie mieć świadectwo doktorów.... Lecz bądź co bądź ścierając jednę plamę, robicie drugą nieuchronnie.
Jakże dziś dowieść podrzucenie dziecięcia....
— A gdybyśmy znaleźli człowieka, który towarzyszył w podróży matce i zeznałby pod przysięgą, iż dziecię było kupione i podrzucone?
Ostatnie słowa prezes wymówił cicho, niewyraźnie, głosem zmienionym i drżącym.
— A rozgłos takiego procesu?
— Jeśli będzie nieuniknionym....
Zamilkli oba.
— Ułóż to pan jak mu się podoba — rzeki prezes wstając — do mnie należy dostarczyć materjałów. Jeśli się znajdzie człowiek, co będzie śmiał mianować się mym bratem, do ostatka opierać się muszę i będę.
Dr. Obst zdającego się zmierzać ku drzwiom wstrzymał grzecznie, ujmując za rękę.
— Panie prezesie — rzekł zimno — dla mnie jako prawnika, wierzaj pan, zawikłany, zajmujący, ciekawy, tajemniczy proces, złożony z takich żywiołów, jakie się tu przedstawiają — byłby prawdziwém dobrodziejstwem, jako adwokat tylko pragnąc go mogę. Jest to rzecz bardzo piękna, jest to jak dla medyka znakomity wypadek szczególnie rozwiniętéj choroby. Takiéj sprawy starczy, aby człowieka uczynić sławnym. Wszystkie dzienniki będą o niéj pisać. Inaczéj się rzecz ma z osobami w sprawie działającemi. Przeciwna strona nie ma nic do stracenia, a wiele do zyskania, pan zaś z pozycją, jaką zajmujesz w świecie, zdaje mi się, że dobrzebyś pomyśleć powinien, niżeli rozpoczniesz.
Są przecież środki inne, łagodniejsze, a przynajmniéj nie tak rozgłośne i jawne.
To mówiąc Dr. Obst, który tabakę zażywał, wziął tabakierkę ze stolika i spoglądając z pod okularów na klienta, czekał odpowiedzi.
Prezes ode drzwi się zawrócił nic nie mówiąc, padł na kanapę obiema rękami podpierając się na siedzeniu, patrzał w okno zadumany.
— Uwagi są słuszne — odezwał się jakby złamany niemi — bardzo trafne, lecz cóż począć? co począć!
— A! mój Boże — przerwał Dr. Obst przechadzając się zwolna. Napomknąłem panu, że są przecież środki mniéj rozgłośne, cichsze, a wybór ich już od pana zależy. — Dla mnie lepszyby był proces głośny, dla szanownego pana z pewnością nie.
— Trzeba się bronić — napaści — mówił prezes.
— Lecz, szanowny panie, dorzucił Dr. Obst — o ile ja mogłem wyrozumieć rzeczy, choćbyście państwo w końcu potrafili się nawet obronić, zostanie zawsze cień wątpliwości. To wypływa z natury rzeczy. Rodzina można przeciwko ubogim ludziom, choćby miała słuszność jawną, zawsze zostanie w podejrzeniu ucisku, przy środkach jakie posiada. Z tych wszystkich względów, jeszcze raz powtarzam, dobrze się rozmyśleć należy.
Prezes zmilczał.
— A więc rozmyślę się — rzekł podając rękę adwokatowi — a tymczasem zostać to powinno między nami.
— Adwokat jak doktór ma obowiązek milczenia — kłaniając się dodał Dr. Obst, który spojrzał na zegar, ażeby wiedział jak naradę ocenić.
Ze zwieszoną głową wyszedł prezes od niego. Dotąd całą sprawę sam wedle swéj myśli chciał prowadzić, nikogo nie przypuszczając i nie wtajemniczając w swe zamiary. — Teraz zaczynał miarkować, iż rodzinę swą, równie jak on interesowaną w procesie, należało wezwać dla narady. Nie chciał jéj wszakże czynić zbyt głośną i dla tego listy do najbliższych krewnych rozpisał, zapraszając ich nie do miasta, lecz do wiejskiego swego majątku.
Gdy Teodor Murmiński przybył z panią doktorową do miasta — prezesa nie było, właśnie wyjechał do domu żonę i rodzinę zostawiając. Spodziewano się go wkrótce z powrotem.
Miał więc czas odetchnąć i obmyśleć jak mu postąpić należy. — Najpierw pobiegł do Kudełki, którego zastał, jak zwykle, w książkach zatopionego.
Stary uściskał go serdecznie.
— Już tedy teraz, zawołał — wszystkie biedy skończone, a widzisz, niegodziwcze ty jakiś, a widzisz jak nigdy rozpaczać się nie godzi! No — a gdybym ja tam wówczas nie był!! Składa się jak najpiękniéj, imię, dziedzictwo i przyszłość jasna i spokojna... Dzięki Bogu!
Teodor uśmiechał się... ale smutnie...
— Oto masz ten brewiarz który losy twoje tak długo w sobie chronił — zawołał pokazując mu księgę... Ks. prałat był bardzo rozumny człowiek, co miał najdroższego chował w książkach... Dowiedziona rzecz, że to najbezpieczniéjsze... naprzód nikt się na książki nie łakomi — powtóre, rzadko je kto otwiera...
Po krótkiéj pogadance poszli razem do doktorowéj, która na nich z herbatą czekać miała. Tu się dopiero dowiedział Teodor o prawdopodobnéj śmierci ojca i papierach, które po nim wręczono doktorowéj — i jak prezes z niemi postąpił.
Oburzyło to Murmińskiego do najwyższego stopnia, a los ojca wycisnął mu łzy gorzkie. Zaraz nazajutrz postanowił biedz do szpitala, aby się tam lepiéj rozpytać i dośledzić, w jaki sposób papiery te dostały się kobiecie i czy przy nich nic więcéj nie było. Doktorowa jednak powstrzymała go, lękając się narazić uczciwą swą sługę na odpowiedzialność przed mężem, która by jéj całe życie mogła ciężyć. — Nazajutrz rano poszli razem...
Ekonom i panna Hilarja opowiedzieli o owym starym człowieku... musiano pokazać rzeczy po nim pozostałe... Teodor poznał w nich niektóre stare odzieże dawniéj widziane na ojcu... Na numerze Giornale di Roma, stało ołówkiem zapisane nazwisko i znany adres domu, w którym długo przemieszkiwał. Nie było więc wątpliwości, iż stary życie tu skończył, — wskazano nawet świeżą jeszcze mogiłę, która zwłoki pokryła — a Teodor miał nadzieje, iż wyrobi pozwolenie exhumacji i nowego przystojniéjszego pogrzebu.
Wieść o przybyciu Murmińskiego i nowych jego losach, wprędce się rozeszła po mieście, profesor który znał dobrze ludzi nie omieszkał powierzać na ucho wszystkim, iż znaczny otrzymał legat i jest teraz człowiekiem bardzo zamożnym... Nic tak serc nie pozyskuje jak podobna wiadomość, nic nie odstręcza bardziéj nad samo posądzenie, iż ktoś jest w położeniu mogącem wymagać pomocy. — Starzy koledzy i znajomi, którzy by nigdy Murmińskiego nie szukali, teraz się garnęli do niego i odnawiali dawne stosunki — ofiarowali usługi. — Zwierzęcy jakiś instynkt paskudny odpędza człowieka od niedoli i cierpienia.
Przez parę dni prezesa nie było.
Nie powracał — Murmiński zajął sobie w kamienicy Kudełki pokoik na trzeciém piętrze dawniejszy i żył cicho a skromnie, nie pewien jeszcze co z sobą pocznie. Wszystko zależało od postanowienia prezesa i jego postępowania. — Ze wszystkiego jednak wnosząc można się było spodziewać wystąpienia gwałtownego i procesu.
Ale dni kilka spłynęło w ciszy — jak przed burzą.
Jeszcze o powrocie prezesa nie wiedziano w mieście, gdy — jednego ranka, o godzinie wczesnéj służący zameldował doktorowéj, iż prosi, aby się z nią mógł widzieć i rozmówić. Doktorowa była tak jeszcze rozgniewana i obrażona, iż wcale go znać nie chciała, namyśliła się jednak, iż może przybywać z chęcią zgody lub zadość uczynienia — i kazała prosić.
Cała blada i drżąca przyjęła go w progu salonu.
— Nie spodziewałam się pana u mnie widzieć, rzekła, i podziwiam jego odwagę.
Milczący i blady wszedł gość, pozdrawiając ją lekkiém głowy skinieniem, obejrzał się ostrożnie za siebie, a nie widząc nikogo, począł pół głosem.
— Kuzynka jesteś nadto dobrą chrześcianką, ażebyś mi przebaczyć nie miała — jeśli jéj chybiłem. Są chwile w życiu, gdy człowiek sobą nie włada. Mogłem pobłądzić, ale gdy czuję winę, chętnie ja naprawiam.
Wielce zdumiona gospodyni nie umiała na nią odpowiedzieć.
— Jesteś pani krewną naszą, masz dla rodziny pewne obowiązki, ani my się ich też ku niéj nie zapieramy.
Bądź co bądż, tę nieprzyjemną, gorzką, pamięci mojéj matki uwłaczającą historję chciałbym skończyć zgodnie i bez niczyjéj krzywdy.
Dowiedziałem się tu, że pan Teodor się znalazł... chcę... chcę się z nim widzieć, pomówić — jeśli można przejednać. Czynię kroki z méj strony do zgody. Odmówisz mi pani pośrednictwa?
— Nie, odpowiedziała doktorowa, badawczo patrząc mu w oczy — ale za skutek ręczyć nie mogę.
— Gdy pani zechcesz — potrafisz to — rzekł prezes. O cóż idzie, abyśmy się w neutralném miejscu zejść mogli i pomówić.
— Tak, jest to rzecz bardzo prosta, odezwała się gospodyni — nie przeczę, ale, daruj mi prezesie, po ostatniém twém znalezieniu się u mnie nie powinieneś się dziwić, iż ostrożni być musimy.
Na twarzy przybyłego ukazał się i znikł rumieniec gniewu i niecierpliwości.
— Zmiłuj się pani, zawołał — przecież mu nic nie grozi — życia mu nie odbiorę, papierów swych brać nie potrzebuje. Pragnę zgody — może ona i dla niego być korzystną.
— Kiedyż z nim się chcesz widzieć?
— Jak najprędzéj — odezwał się prezes — chcę zachodzące miedzy nami okoliczności załatwić co najrychléj, jeśli się one dadzą. Widzisz mnie pani uspokojonym i zrezygnowanym.
— Czy może być kto przytomnym spotkaniu? — spytała doktorowa.
— Po co? odparł prezes ironicznie — jabym się go więcéj niż on mnie obawiać powinien. — Cóż mu grozi? na co nam świadkowie?
Chodził nie kładnąc kapelusza po pokoju — stanął i spojrzał na gospodynię.
— Mogę się więc spodziewać? dodał.
— Zrobię co mogę i dam znać panu prezesowi.
Przybyły skłonił się grzecznie.
— Prosiłbym, aby to mogło stać się jak najprędzéj...
Posłuszna téj prośbie doktorowa natychmiast po wyjściu prezesa posłała nagląc Teodora o przybycie... W godzinę był już u niéj.
— Mam panu nie wiem już dobrą czy złą do zwiastowania, ale zawsze ciekawą nowinę.
— Cóż to być może? spokojnie rzekł Teodor.
— Przed godziną był prezes u mnie — dodała, prezes który nigdy w życiu nie miał przestąpić progu tego domu. — Żąda on — zgody — pragnie się tu u mnie zejść z panem i pomówić. Sam pierwszy robi krok do pojednania. Murmiński słuchał z razu zdziwiony, nie dowierzający, potém się rozśmiał.
— On! ze mną! pragnie zgody! zawołał — dziwnie to brzmi w moich uszach. Byłby to dowód, że sam czuje, iż mnie nie zwalczy. Ale kto zna człowieka to rzecz nie do pojęcia. Nie rozumiem — dorzucił — nie pojmuję. To chyba zdrada być musi.
— Ale jakimże sposobem?
— Powiadam pani że nie rozumiem, a obawiam się...
— Czyżbyś mógł się go lękać?
Teodor zamyślił się.
— Nad wyraz wszelki wstrętliwem będzie dla mnie spotkanie z człowiekiem, który mi tyle złego uczynił, w którym czuję nieprzyjaciela — który zmienić się dla mnie nie może.
— Zgody nigdy się odpychać nie godzi!
— Mamy się widzieć przy świadkach?
— Nie — sami.
— Kiedy? zapytał Murmiński.
— Jak najrychléj.
Teodor zadumał się.
— Dobrze, rzekł — posyłaj pani po niego — jestem gotów — po cóż mamy odkładać, niech przyjdzie.
Doktorowa zdziwiła się nieco nagłemu postanowieniu. — Nie potrzebujesz się namyślać? rozważyć?
— Nie — wolę zrzucić z siebie to natychmiast, jestem przekonanym, że to do niczego nie prowadzi...
To mówiąc rzucił się na krzesło Murmiński, załamał ręce i pozostał nieruchomy.
— Odłóżmy to do jutra — szepnęła ręki jego dotykając doktorowa. — Nie trzeba okazywać zbytniego pospiechu — miéj czas do rozmyślenia, jak się z nim znajdziesz...
— Jak mi uczucie podyktuje — odparł Murmiński — lecz, jeśli pani chcesz do jutra... Zgadzam się.
Postanowiono tedy, że nazajutrz o godzinie dwunastéj zejść się mają. Murmiński z ta dziwną nowiną pospieszył do Kudełki, który nie wiedział co sądzić. — Ba! rzekł po chwili — to tylko znaczy, że rozrachowali wszelkie prawdopodobieństwa — i wolą rzecz ubić nie czyniąc rozgłosu. — Waćpan powinieneś się mieć na baczności — ludzie są zręczni, a w wyborze środków nie przebierają...
Tegoż wieczora przyjechała do miasta panna Tola; wprost z powozu wysiadłszy do doktorowéj. — Od niéj dowiedziała się o wielkiéj nowinie. Zamiast radości sprawiła ona na niéj wrażenie jakieś bolesne — serce się ścisnęło. —
— Boję się, rzekła po cichu. —
— Ale czegożbyśmy się gorszego dlań lękać mogli?
— Nie wiem, lękam się od nich wszystkiego...
Doktorowa śmiejąc się ramionami ruszyła. — Tola zabawiła z godzinę u przyjaciółki. — Dziś — odezwała się odchodząc — nie proszę was do siebie, ale jutro, gdy się odbędzie to straszne spotkanie... pozwól mi albo przybiedz do siebie, lub przyjdź do mnie...
Cały wieczór Murmiński spędził w swoim pokoiku z cygarem w ustach, na jakichś dumaniach nieokreślonych. —
Biła godzina dwunasta na miejskim zegarze, gdy prezes wchodził na wschody mieszkania doktorowéj, Murmińskiego nie było jeszcze. — Pospiech ten dowodził, jak bardzo pragnął, aby widzenie się przyszło do skutku.
Doktorowa go przyjęła znowu w przedpokoju...
— Idź pan do gabinetu za salonem — odezwała się witając go z daleka. — Drzwi zostaną otwarte, a wyjścia z niego żadnego nie ma, podsłuchanymi więc być nie możecie i będziecie całkiem swobodni. Idź pan, ja tu zostanę.
Nic nie mówiąc prezes bardzo blady, ale ubrany powagą wielką poszedł natychmiast do gabinetu — i nie rzucając kapelusza, stanął oparty o ów komin, w którym niedawno spalił papiery Murmińskich...
W dziesięć minut potém chód w salonie dał się słyszeć, Teodor dość spokojny zbliżył się do progu. Oczy dwóch zajadłych nieprzyjaciół spotkały się z wyrazem, w którym było więcéj może ciekawości niż gniewu. Obaj usiłowali zbadać swe usposobienia. —
Gdy Murmiński próg przestąpił, prezes powolnie zbliżył się ku niemu...
— Panie Teodorze — rzekł głosem drzącym — sam pragnąłem widzenia się z nim... Okoliczności od nas nie zależące uczyniły nas nieprzyjaciołmi... dziś, pamięć téj, która i dla pana była matką winna zbliżyć nieprzyjaciół i wyjednać spokój jéj cieniom...
Teodor milczał.
— Przynajmniéj w téj chwili — odezwał się po długiéj pauzie, ja wojny nie rozpoczynałem... Widzisz pan, że się na jego wezwanie stawiam...
Z kolei prezes długo zamilkł. —
— Uczyń pan zgodę i porozumienie możliwém — odezwał się nieśmiało.
Czego pan żądasz od nas?
— Nic — rzekł Murmiński — prawa, jakie mam po matce, tych mi odebrać nie możecie — spadku po niéj nie biorę, bo to co mi wydzieliła, odebrałem...
— Nie o to idzie — przerwał prezes — chciéj mnie pan wysłuchać cierpliwie. —
— Bardzo chętnie.
— Położenie wielkich rodzin i imion historycznych jak nasze — mówił daléj z powagą prezes, — nie łatwo bywa pojęte w innych sferach. Mamy obowiązki szczególne, bo stoimy na świeczniku narodu... Nic boleśniejszém być nie może dla rodziny, jak poniżenie matki rodu... wyrzekającéj się szanownego imienia dla drugich jakichś związków... upokarzających ze wszech względów...
— Rozumiem do czego pan zmierza — przerwał Teodor, lecz — darujesz — ja na tém stanowisku nie mogę stanąć, i rzeczy te inaczéj zupełnie pojmuję. Dla mnie nazwiska wszystkich ludzi uczciwych są jednéj wartości. Zasługi przodków miłą są spuścizną — lecz choć mniéj cenione i widziane — mają i ubodzy i nieznani... także swą godność i zasługi.
— Nie wymagam od pana, abyś się wyrzekł swych demokratycznych idei — dodał prezes, lecz zwracam jego uwagę, że ś. p. prezesowa sama musiała te rzeczy tak widzieć jak ja... jeśli swego drugiego małżeństwa — nie wchodzę w jakich warunkach zawartego, nie ogłaszała — taiła się z niém.
— Uległa natrętnym prośbom rodziny — odpowiedział Teodor — lecz najlepszym dowodem, iż téj słabości wstydziła się, jest to, że testament, który mam w ręku, ostatnia jéj wola, ostatnie pismo do mnie — nosi nazwisko mego ojca...
Prezes zaciął usta — drzał. —
— Pan masz te wolę ostatnią? spytał.
— Odebrałem ją...
— Jakże ona pana doszła...?
— Sadzę, iż pan byłeś o tém uwiadomiony przez profesora...
— Mogę spytać, co panu zostawiła pani prezesowa?
Teodor wymienił sumę odebraną.
— Masz więc pan zapewnioną przyszłość — mówił prezes daléj — a godziż się, byś przez wdzięczność dla kobiety, któréj winieneś wszystko, karał i mścił się na jéj rodzinie?
Nie przywięzujesz pan żadnéj wagi do stosunków i nazwiska, dla czegóż byś miał opierać się przy tém, by pochodzenia dowodzić, które mu jest obojętném?? Na cienie téj kobiety, na jego miłość dla niéj zaklinam pana... wyrzecz się pan...
— Wierz mi pan — usiłując utrzymać spokój — odezwał się Teodor — iż nie ma, czegobym dla matki nie uczynił — nie rozumiem jednak, by ona mi się wyprzeć siebie kazała. Dla rodziny zaś, która mnie prześladowała, która mi od kolebki dała uczuć tylko nienawiść i wzgardę — przez którą życie moje zostało zwichnięte — zatrute — nie mam najmniejszych obowiązków. — Mogę się wyrzec zemsty — nie czuję się powinnym do ofiary. —
— W imię matki — na pamięć jéj! powtórzył prezes — zbliżając się.
Teodor się cofnął. —
— Nie — tego, co się moim przekonaniom przeciwi, nie uczynię...
— O cóż idzie — dodał pierwszy — my nie wymagamy nic więcéj nad to, byś testamentu nie głosił — by rzecz pozostała pokryta milczeniem. — Rodzina moja otwiera panu drzwi — ja pragnę przejednania, jeślim obraził, proszę o przebaczenie. — Co pan zyskujesz na tém, że nas dotkniesz boleśnie choćby w przesądach naszych, że uczynisz z nas nieprzyjaciół i wrogów...? —
— Chccsz pan więc, abym dla miłości waszéj nosił na czole piętno jakiegoś wątpliwego pochodzenia i dla miłości matki, dla jéj pamięci, okrył ja hańbą?
To mówiąc rozśmiał się Teodor.
— Przyznaję się, że tych idei i pojęć zupełnie nie rozumiem.
Prezes chmurny cofnął się i stanął oparty o komin.
— Jesteśmy od kilkuset lat osiedli w kraju — rzekł zwolna — mamy stosunki przeważne, mamy siły, których pan nie cenisz, lecz które mu się w każdéj chwili życia dać uczuć mogą; wyzywasz nas do walki, która niekoniecznie szczęśliwie dla pana wypaść może.... Co zyskujesz na tém?
— Spełniam obowiązek — idę prostą drogą prawdy — odezwał się Teodor — nie widzę najmniejszego powodu, dla któregobym zrzekać się miał praw moich.
— My zrzeczenia się ich nie wymagamy, ale — przemilczenia — dodał prezes — ofiarujemy panu za to przyjaźń, pomoc, zgodę.
Teodor nie odpowiadał długo, usta jego bolesny uśmiech podnosił.
— Na szczerość téj przyjaźni, na skuteczność téj pomocy, na trwałość téj zgody, po tylu latach prześladowania, po tylu dowodach nienawiści nie mogę rachować — rzekł cierpko... pozostańmy sobie obcymi, to lepiéj.
— Nie narzucamy mu się — odparł prezes — byleś pan milczał — będziemy mu wdzięczni.
— Nie mogę, dla pamięci matki.
— Dla pamięci matki!! powtórzył prezes. A gdybyś pan miał dowód, dowód niezaprzeczony, iż po wyjeździe ks. Jeremiego, — po napisaniu téj ostatniéj woli, którą panu przesłała, na łożu śmierci, na kilka godzin przed skonaniem... żądała tego po panu, czego ja po nim wymagam??
— Gdzież jest ten dowód? zdumiony zapytał Teodor....
— Mamy jéj wolę na piśmie; świadkami przy niéj podpisani są ludzie żyjący, wiary godni, którzy pod przysięgą zeznają, iż dyktowała nie przymuszona... z własnego popędu.
Teodor stał przybity.
— Ale gdzież ta wola jéj ostatnia? zawołał.
— Oto jest jéj kopia — rzekł prezes dobywając papier z kieszeni.
Drżącemi rękami wziąwszy to pismo, Murmiński zbliżył się ku oknu. Nie rychło wzruszenie czytać mu dozwoliło.
Dokument ten, w którym prezesowa wspominała głucho o powierzoném dla Teodora piśmie ks. Jeremiemu, był jakoby błaganiem ostatniém konającéj.
— „Chciałam, aby Teodor wiedział, iż byłam matką jego ze krwi jak mnie znał matką sercem — lecz zaklinam go, ażeby dla mojego spokoju w grobie, dla oszczędzenia mi narzekań zamilczał o swém pochodzeniu i prawnie go nie dochodził. Dla tego wydzieliłam mu z mojego majątku com dlań przeznaczyła, aby mu dochodzenia oszczędzić i przykrych stósunków uniknąć. Niech Teodor wie, iż pod tym warunkiem tylko błogosławię mu z łoża konania. Wszelkiego rozgłosu, sporu, procesów, przez którebym umarła jeszcze cierpieć musiała, zakazuję pod tém błogosławieństwem — a jeślim mu była matką dobrą i czułą, niech mi się tém on wywdzięczy....“
Oczy Teodora łzami zaszły, zamyślił się długo i posępnie. Czytał, odczytywał, poznawał w tém styl i sposób wyrażania się prezesowéj, ale jéj serca nie znajdował. Skazywała więc go sama na położenie dwuznaczne, na jakieś wygnanie i banicję ze społeczeństwa, na niepojęte milczenie, na zadanie kłamu samemu sobie. Nie pewien co począć, papier położył na stole, ręce na piersiach załamał, spuścił wzrok w ziemię — stał przybity i nieprzytomny.
Prezes patrzał nie odzywając się.
— Ten dokument możemy mu przedstawić w oryginale — dodał po chwili oczekiwania.
— Nie mam nic do odpowiedzenia nań, złamanym głosem odezwał się Teodor — jeśli to było wolą matki, poszanuję ją; chociaż przekonany jestem, iż wymuszono na konającéj nielitościwą natarczywością — to pismo, w którém ja jéj nie poznaję. Zadano jéj gwałt moralny, którego wina niech spadnie na tych, co się go dopuścili.
To mówiąc Munniński wziął kapelusz ze stołu, i nie patrząc już na prezesa, nie żegnając go, wyszedł powoli z pokoju.
W trzecim zastał doktorową, która w trwodze oczekiwała tu skutku tego spotkania, co chwila spodziewając się usłyszeć wrzawę i zajadłą walkę. Spojrzawszy na zbladłą twarz Teodora, który szedł jak pijany, poznała że coś niespodziewanego a niedobrego zajść musiało... nie śmiała go spytać. Podali sobie ręce, Murmiński wyszedł.
W chwilę po nim ukazał się prezes — z twarzą wypogodzoną i tryumfującą.
— Dziękuję bardzo, szanownéj kuzynce, za jéj pośrednictwo — rzekł z lekkim ukłonem. Zdaje mi się, żeśmy się z p. Murmińskim porozumieli i unikniemy dla stron obu nieprzyjemnych ostateczności.
— Mogę spytać jak się to stało?
— Nic prościéjszego — odpowiedział zagadnięty — mieliśmy oddawna na ratunek w razie ostatnim wolę ś. p. prezesowéj spisaną przy świadkach, w któréj jest wyraźna wzmianka o tém, jak życzy sobie, by p. Teodor postąpił. Nawzajem wymogła na nas, abyśmy się przejednali. Zdaje się, że — że p. Teodor czego innego się spodziewał — dlatego odszedł, nie chcąc się porozumieć ze mną co do stósunków naszych. Pani raczy być moim tłumaczem i zapewnić go, że na naszą pomoc i — życzliwość liczyć może.
Słowa te tak jakoś brzmiały impertynencko, że doktorowa w imieniu protegowanego chciała na nie odpowiedzieć, iż ani pomocy ani życzliwości ich potrzebować nie będzie — wstrzymała się jednak i skłoniła tylko żegnając zdaleka.
— Spodziewam się — dodał prezes — że teraz gdy wszystko jest szczęśliwie skończone i pani na nas będziesz łaskawszą.
Nie czekając odpowiedzi prezes się ukłonił i cicho, wolnym krokiem wysunął się z domu. Doktorowa wzięła na siebie obowiązek doniesienia Toli o zakończeniu sprawy i skutkach rozmowy — lecz nie czuła potrzeby się spieszyć.
Siadła w fotelu i na łzy się jéj zebrało; miała jakieś niedobre przeczucia. Nie poszła więc do przyjaciółki i kazała dać wiedzieć, że czeka na nią u siebie. Lecz zamiast Toli w pół godziny nadbiegła jéj towarzyszka p. Teresa.
— Pani moja droga — poczęła od progu — jak kochasz Tolę, chodź do niéj. Nie wiem co się stało — przed godzina przyjechał hrabia Maurycy — zamknął się z nią na jakaś rozmowę... Tola siedzi teraz i płacze — a że ona płakać nie zwykła, musiało zajść coś niespodziewanego, coś bardzo nie dobrego.
Hrabia Maurycy był opiekunem panny Toli i dalekim jéj krewnym. Nie mięszał się on wprawdzie ani do zarządu majątku, ani do jéj postępowania — lecz podpis jego i zgoda była zawsze potrzebną, a Tola nawykła go była szanować.
Hrabia Maurycy był téż z wielu względów poszanowania godnym — ale — ale tak praktycznie i teoretycznie skończonego arystokraty nawet w junkierskich zastępach niemieckich znaleść było trudno. Nosił imię piękne, dosyć stare, godne ze wszech miar szacunku, lecz pojmował swą dostojność pańsko-szlachecką na sposób nie polski tylko cudzoziemski i kosmopolityczny. Polscy magnaci i szlachta wielką przywiązywali wagę do swych przywilejów, lecz widzieli w nich obowiązki — arystokracja europejska widzi w nich tylko prawa. Ta jest ogromna różnica miedzy tém co w Polsce stanowiło stan szlachecki, a co w Europie bawiło się w heraldykę. — Z zerwaniem zdrowych tradycji polskich w XVIII w. zmąciło się i to pojęcie nasze, które wygodniéj było zastąpić europejskiém, nieskończenie przyjemniéjszém do praktykowania. Była chwila gdyśmy w XVIII wieku widzieli już rozdwojone szlachectwo nasze na polskie stare i nowe europejskie. — Dwa te obozy już się nie rozumiały. Nasza szlachta ofiarna, poczciwa, rwała się do szabel i rzucała ostatnie ślubne pierścienie do skarbony narodowéj — kosmopolici kazali sobie płacić swe podpisy na aktach rozbiorowych.
Hrabia Maurycy, zkąd inąd człowiek poczciwy był arystokratą, który się czuł wszędzie w domu, gdzie znalazł tylko herbownych. Był najpewniejszy, że niebieska krew płynie w jego żyłach, że arystokracja jest instytucją z łaski Bożéj, że szlachta jest narodem wybranym, że plebeje służyć jéj powinni, że dla niéj stworzył Bóg światło, że ją wyznaczył do kierowania losami świata i że kto tę dostojność krwi otrzymał po przodkach, powinien ją zachować od zetknięcia z kastami parjasów, dorobkiewiczów i t. p. Był zresztą dla ludu litościwym panem (zawsze jednak panem), dobrym chrześcijaninem wedle pojęć średniowiecznych, przykładnym członkiem familji i dosyć gorliwym obywatelem, byle mu za pan brat nie kazano zasiadać z bezherbownymi i wspólnie z nimi pracować. — Człowiek najpiękniejszego wychowania, miły, uprzejmy, grzeczny, nigdy jeszcze ręki nie podał człowiekowi, nie przekonawszy się wprzódy, czy ma do czynienia z szlachcicem....
Doktorowa ledwie narzuciwszy na siebie chustkę, pośpieszyła z panią Teresą do Toli.
W istocie znalazła ją chodzącą wielkiemi krokami po pokoju z oczami zaczerwienionemi i mocno poruszoną.
Na widok przyjaciółki, ruszyła się udając uśmiech ale bez téj żywéj ciekawości, jakiéj się po niéj spodziewać było można. Ścisnęła jéj ręce...
— A cóż? zapytała obojętnie.
Doktorowa zmilczała. — Nie wiem doprawdy jak się skończyło — szepnęła po chwili. — Teodor wychodząc nic mi nie powiedział. — Prezes zapewniał, że się porozumieli. Ze smutku pierwszego, z wypogodzenia czoła prezesa wnoszę, iż dla Murmińskiego nie zbyt to pomyślnie wypaść musiało.
— Tegom się spodziewała! westchnęła Tola — inaczéj być nie mogło. Miałam przeczucia najgorsze — niestety! sprawdziły się...
— Prezes dał mi do zrozumienia, iż wolą matki jego było — a woli téj na piśmie miała przekaz zostawić — ażeby Teodor się o swe prawa nie upominał.
Spuściwszy głowę na ręce Tola słuchała tych wyrazów jak wyroku na siebie samą...
— Zresztą prezes ofiaruje zgodę, przyjaźń — pojednanie...
— A zatém — dodała Tola z ironicznym uśmiechem — tout est pour le mieux dans le meilleur des mundes.




Gabinet p. prezesa był tak poważnie urządzonym, iż po nim jednym można się było domyśleć człowieka, który do zewnętrznych form życia nadzwyczaj wielką przywiązywał wagę. — Wszystko tu było w obmyślanym starannie utrzymywane porządku, i ukazywało się z téj strony, z któréj na widzu najkorzystniéjsze mogło uczynić wrażenie.
Na wspaniałém Bureau-ministre, nie walał się żaden niepotrzebny papieru szczątek. Każda rzecz miała miejsce swoje. Papiery wspaniałemi przyciskami leżały okryte, kałamarz starannie zamknięty, pióra otarte, odrobinki pyłu na niczém.
W wielkich dwóch szafach stały księgi oprawne pięknie, po większéj części prawnicze, kodeksa, komentarze, zbiory. — Nic płochego nie bawiło oka, fotele nawet miały uroczystą fizjognomię sędziowskich krzeseł, a kanapa mogła by była zająć miejsce w biurze kanclerza w gmachu parlamentu w Londynie. Wyraźnie starano się poważnego męża oprawić w równie majestatyczne sprzęty. Zegar ze stojącą na nim Palladą, barometr bez ozdób, termometr skromny ale przyzwoity... należały do przyozdobienia pokoju pracy. Dwa obrazy w złoconych ramach wystawiały dwa komunały pejzażowe wielkiego stylu z drzewami wachlarzowatemi i świątyniami o portykach i kolumnadach wspaniałych.
Wśród tych sprzętów, potrącając niekiedy o nie przechadzał się nad wieczorem dostojny pan, uspokojony, poważny, ale jak morze po długiéj burzy przychodzące do spoczynku, na którém znać jeszcze, że niem fale niedawno miotały.
W domu była cisza zupełna, gdyż od pokojów pani i dzieci oddzielały gabinet — salon pusty i pokój mniejszy do apartamentów pani należący. — Goście przychodzący do samego prezesa, wchodzili wprost drzwiami z sieni do gabinetu prowadzącemi. — Właśnie w czasie przechadzki, o któréj wspomnieliśmy, drzwi te otworzył służący meldując hrabiego Maurycego, który téż za nim wsunął się do pokoju. Gospodarz i gość podali sobie ręce.
Hr. Maurycy był nie młodym już człowiekiem, ale wyglądał jeszcze świeżo, zdrowo i wcale wiekiem nie złamany. Włos tylko przerzedzony i posiwiały starszym go czynił. Słusznego wzrostu, szerokich ramion, piersi wypukłych, hr. Maurycy przedstawiał jeden z typów arystokratycznych najpiękniejszych. Twarz miał burbońską, czoło wyniosłe, oczy oprawne przepysznie, nos orli, usta małe, a cały charakter postaci wydawał potomka wielkiéj rodziny. Chociaż poważny jak prezes, swobodniejszym był w ruchach i weselszego wyrazu.
Prezes podsunął mu fotel i sam zasiadł naprzeciw niego.
— Widziałem się z nią — szepnął hr. Maurycy, i jak przewidywałem, chociaż mi się nie przyznaje do żadnych przechowanych uczuć i do żadnych odnowionych projektów, trudno nie poznać po niéj, że — litość i miłość razem przywiązują ją do tego awanturnika.
— Byłoby to prawdziwą klęską dla nas, dla prowincji — odezwał się prezes — hrabia to pojmujesz łatwo. Imie panny, majątek, który mężowi musi dać wpływ i znaczenie, i do tego... przeszłość takiego jegomości, demokratyczne popędy... propaganda tych nieszczęsnych zasad... jakimkolwiekbądź kosztem należy tego uniknąć.
— Zdaje się, żem musiał oddziałać na nią, przerwał hr. Maurycy — nie żałowałem barw malując jéj przeszłość wedle skazoówek waszych. Bądź co bądź, choćby z przewróconą głową, ona jest zawsze osobą naszego towarzystwa — on zaś — nieprzyjacielem... Do obozu go wpuścić piękna rzecz! Wystawiłem jéj całą szkaradę tego mezaliansu, całe jego niepodobieństwo, niemożliwość.
Przyznam ci się prezesie, że mi nie łatwo przyszło znaleść pretekst do téj przestrogi. De but en blanc, porwać się na to czego dowieść nie można — byłoby śmiesznością. Czekałem okazji — dała mi sama zręczność. Wyciągnąłem z niéj opowiadanie o panu Teodorze i assumpt był gotowy.
Możesz mi wierzyć, żem był inspirowany, wymowny, rozczulający. Tola jest dosyć zimna, a jednakże w końcu aż się pogniewała i spłakała.
— Aleć jéj hrabia wszystko powiedział?
— Spodziewam się — il le fallait bien. Zacząłem od tego, żem się przyznał, iż mnie obawa o nią i wieść o nowém zjawieniu się Murmińskiego przygnały tutaj. Powiedziałem jéj potém otwarcie o jego przeszłości, o tych wszystkich donkiszoterjach, awanturach, szałach i rozpustach kawalera, posługując się tém co wyście mnie udzielili.
Dodałem, iż dokument ostatni matki widziałem u was, którym mu ona zakazuje jakichbądź praw się dopominać, że więc pozostanie jakimś przybłędą, synem nie wiedzieć zkąd wyszłego guwernera, zmarłego w nędzy w szpitalu.
— O! możesz mi wierzyć — dodał hrabia, byłem wymowny, bom był poruszony, bo mnie oburza sama myśl, żeby ta poczciwa nasza krew szlachecka mięszała się z niewiedzieć jakich proletaryuszów krwią, bo tego człowieka nawet pochodzenie bardzo niepewne; wątpię, czy Murmińscy jacy w herbarzu byli zapisani albo to wyszło z chaty, albo ze sklepu, albo co gorzéj z wychrztów. I mielibyśmy potém jako męża Toli przyjmować go w salonach, sadzać u stołu a bratać się z jegomością! Ba! ba!
— Czy panna się do swéj słabości przyznała? zapytał prezes.
— Nie — odparł hrabia — zapewniała mnie, że ma wielką litość nad nieszczęśliwym, że się czuje w obowiązku opuszczonemu pomagać, ale — nic więcéj.
— Nic więcéj! rozśmiał się prezes — allons donc! Doktorowa i ona latały za jego interesami, rozczulały się, rozpadały... i ten stary głupiec Kudełka. Donoszono mi, że Tola okazywała mu widocznie czułość, że go szukała pierwsza.
— O ile ja z jéj postawy i mowy miarkować mogę — dodał hrabia — sądzę, że rachowała na to, iż się p. Teodor wywiedzie jako wasz brat przyrodni, naówczas uzyskałby pewną pozycję w świecie.
— Wszystko to dobre — zakończył gospodarz — lecz — trzeba się mieć na baczności. — Najszczęśliwszém byłoby gdyby go można zniewolić do opuszczenia prowincji — do przeniesienia się gdzieindziéj.
— To wasza rzecz — przerwał hrabia — ja około méj pupili kilka jeszcze dni czuwać będę i starać się jéj przedstawić, że stósunek nawet z p. Teodorem, jakkolwiek usprawiedliwiony dawną znajomością — dla niéj jest nieprzyzwoitym. — Prezes masz w ręku środki przynaglenia go, aby się oddalił...
— Tak — ale zbyt pospiesznie użyć ich nie mogę, byłoby to nadto widoczném... Ciekawym jak się znajdzie względem mnie — ja, przyjmować go nawet, jestem zmuszony...
— Wątpię, by z tego korzystał... rzekł hrabia.
Opowiedzieliście pannie Toli to com wam mówił o jego sprawach w Algierze, w Anglji... mam to z najlepszych źródeł.
— Mówię wam, że nie szczędziłem kolorytu... rzekł hr. Maurycy. —
Ścisnęli się za ręce.
— Gdybym był na waszém miejscu — dodał gość, kazałbym go pilnować tak, żeby mi każdy jego krok był wiadomy... Zorjentujesz się potém łatwiéj co począć.
Prezes nie odpowiadając usty, dał znak tylko, że sam już o tém myślał...
— Takiego żywiołu z naszego społeczeństwa koniecznie się pozbyć potrzeba. Mogłoby to nieznacznie na młodzież oddziałać...
Ma być nie głupi. — Nie ma nic zaraźliwszego nad te ich nowe idee, gdy je głosi człowiek z talentem...
Bardzom prezesowi wdzięczén, żeś mi dał znać o niebezpieczeństwie i powołał w czas... Z Tolą późniéj mogłoby być trudno... uparta i samowolna.
— Ją by należało wydać za mąż — szepnął prezes.
— Nadzwyczaj trudno! wątpię, by się to nawet kiedy komu udało. Jak postarzeje wyjdzie potém sama za jakiego zrujnowanego materjalnie i moralnie chłopaka... ale na to poczekamy... Nie ma ochoty do świętego stanu małżeńskiego...
— A — do klasztoru? spytał prezes...
— Jeszcze mniéj —
— Mogłaby w nim być — bardzo pożyteczną...
— Najmniéjszego usposobienia... Zresztą, ja, mój prezesie, mogę do pewnego stopnia zapobiedz, żeby się co nie stało — nigdy zmusić, aby coś zrobiła.
— Dobrzebyś zrobił hrabio, jeśli ci to na sercu leży — dodał cicho prezes, żebyś wiadomości o awanturniku mógł jeszcze z innego źródła, przez inne osoby jéj kazać — powtórzyć. — Zrobiłoby to większe wrażenie.
Zciemniało już gdy dokończyli rozmowy, a nadchodząca piękna Żulietta, która nic o gościu nie wiedziała — zaprosiła ich z sobą do salonu...
W téj saméj chwili, w kamienicy nad profesorem Kudełką, Teodor przechadzał się głęboko myśląc nad sobą i swoją przyszłością. —
Każde zbliżenie do Toli, rozbudzało w nim dawną dla niéj miłość. Jako syn pani prezesowéj mógł mieć jakąś nadzieję, że Tola nim nie pogardzi, widział w oczach jéj jeśli nie miłość to litość i współczucie — jako sierota bez nazwiska, nie mógł myślą nawet sięgnąć ku niéj. —
Po cóż się było łudzić? na co nadzieją próżno serce rozkołysać, aby potém więcéj cierpiało? — Uchodzić, skryć się, szukać gdzieś nowego życia, ludzi nowych — pracy coby dała zapomnienie — było jedynym ratunkiem. —
A na myśl dobrowolnego rozstania — smutek ogarniał. Raz już je był przebolał i drugi, jeszcze i znowu odżywioną ranę goić... sił prawie brakło. Walczył z sobą. — Była to jedna z tych chwil życia, w których dusza w istocie smutną jest aż — do śmierci. —
Tylko obowiązek mężczyzny, godność męzka zmuszała go — stawić czoło nowéj próbie.
— Uciekać, tak — uciekać trzeba ztąd — lecz nie bez pożegnania. — Na wieki już pożegnać się muszę — czemuż słodyczy i żółci téj chwili nie mógłbym skosztować?...
Chciał już wychodzić z izdebki, nie wiedząc dobrze dokąd pójdzie, gdy przez wolno otwierające drzwi wsunął się Kudełka...
— Co ty tu tak sumujesz? czy ci jeszcze na świecie źle? hę? zapytał.
— Zgadliście...
— Zkadże to? prezes cię tam skonwinkował słyszę? hę? czém... nie posądzam, dodał Kudełka — nie chcę przypuszczać, żeby dokument, o którym wiem od doktorowéj, że ci go odczytano — był fałszywy... ale... mam co do niego, grubą, grubą wątpliwość? —
— Jaką? zapytał Teodor.
— W mieście sekretu utrzymać trudno — mówił stary, od doktorowéj podowiadywało się dużo ludzi, rozlazło się to szeroko, bo każdy twojej historji ciekawy. Otóż... posłuchaj. Prezes powiada, że po wyjeździe nieboszczyka ks. Zakliki, pani prezesowa opamiętawszy się podyktowała ten akt woli ostatniéj, a jest tu na kanoniach, kapelan, ksiądz Lacki, który z Zakliką jeździł, i da w potrzebie świadectwo, iż prałat wyjechał dopiero po śmierci za kilka godzin... Chyba — by więc nieboszczka zmartwychwstała...
Teodor drgnął. — Na miłość Boga, mój profesorze, tak, aby nikt a nikt o tém nie wiedział, wyrób mi księdza Lackiego świadectwo, urzędowe, pod przysięgą kapłańską.
— Nic łatwiéjszego, sam mi się z niém po cichu ofiarował... ale — sza!!
Znowu tedy rozpromieniała nieco twarz Teodora, ale już nie dowierzał, aby mu się prezesa zwyciężyć udało... Ucałowawszy staruszka, poszedł do panny Toli, która tegoż dnia przysłała prosząc, ażeby pieniądze swoje odebrał, gdyż nazajutrz na wieś wyjeżdża, i rada by się pozbyć depozytu. —
Teodor mówił sobie po drodze, iż ją pożegna... a gdyby nawet szczęśliwie się skończyć udało — nie będzie się jéj narzucał, złamany, ostygły, zszarzany nędzą, którą doznał. Nie czuł się jéj godnym. Silniéjszy obietnicy Kudełki, ale nie weselszy wszedł do mieszkania Toli. —
Czekała go tu wcale nie miła niespodzianka, w salonie na kanapce rozparty wygodnie siedział hrabia Maurycy. Przed laty widywał go Murmiński, nie sympatyzowali nigdy z sobą, w rzadkich spotkaniach unikali się instynktowo czując, że sobie są nieprzyjaźni.
Teodor wszedł oznajmiony wprzódy — Tola kilka kroków wystąpiła przeciw niemu i powitała głośno. —
— Bardzo panu dziękuję, że przychodzisz, bom koniecznie chciała mu dziś złożyć depozyt... myślę na wieś jechać jutro — miasto jest nieznośne...
Hrabia bardzo nie znacznie skinął głowa przychodniowi, i odebrał takiż ukłon niedostrzeżony. —
— Ja także znajduję miasto w porze letniéj duszącém — odpowiedział Teodor — i — wynoszę się, jak tylko interesa ułożę.
— Pan? dokądże? spytała Tola.
— Doprawdy tego jeszcze dziś powiedzieć nie umiem, mówił dość niedbale Teodor. W moich nieszczęśliwych wędrówkach po świecie, mogłem poznać wszystkie niedogodności pobytu w różnych świata stronach, nie znalazłem ani jednéj, do któréjbym pragnął powrócić. W Syberji bardzo zimno... i poczty przychodzą rzadko... w Algierze bywa nadto gorąco i niezmiernie brudno jak w ogóle na całym wschodzie, w Indjach klimat zabójczy, a polowanie acz dramatyczne, ale trudne...
— A w naszéj staréj Europie? spytała Tola.
— W Niemczech? na teraz cudzoziemiec znajduje niewygodną gościnę, we Francji smutno. — Zdaje się, że co chwila gmach się nad głowami zawali... we Włoszech dopiero czyszczą apartamenta dla przyszłości — słowem, nie ma się gdzie podziać. —
W czasie tej krótkiéj rozmowy hrabia patrzał, słuchał, widocznie unikał mięszania się do niéj. Z razu sądził, że Tola odprawi rychło gościa tego, przekonawszy się, że nie myśli odchodzić — poszedł rozmawiać z panią Teresą, nie spuszczając z oka swéj pupili.
Tola z jakaś gorączkową niespokojnością spoglądała to na opiekuna, to na Teodora... Znalazła sposób szepnąć mu nieznacznie.
— Nie odchodź pan — muszę kilka słów mu powiedzieć. —
Posłuszny rozkazowi Murmiński po krótkiéj pauzie znalazłszy album zatopił się w przepatrywaniu jego, Tola poszła do hrabiego.
Oba ci panowie widocznie czekali, kto kogo przesiedzi. Hrabia trzymał się na uboczu, unikał ogólnéj rozmowy, ale uparcie się trzymał. Murmiński zdawał zapominać gdzie jest, tak żywo go album zajmowało.
Tola przechodziła od jednego do drugiego, Teresa wyłączniéj poświęciła się zabawieniu opiekuna.
Dosyć nudno i długo spłynęło tak pół godziny.
— Kochana kuzynko, szepnął hrabia, oddajże mu depozyt i niech sobie idzie.
— Niepodobieństwo... byłby zakłopotany, gdybym mu tu publicznie liczyła pieniądze... a liczyć muszę...
— A jabym go tu nie chciał zostawić.
Tola zarumieniona spojrzała strasznie dumnie, prawie obrażona na hrabiego.
— Cóż to! czy widzisz pan w tém niebezpieczeństwo!
Tak przynaglony niemal do opuszczenia placu, hrabia Maurycy kwaśno dosyć chwycił za kapelusz i bez dalszych pożegnań, skinąwszy głową wysunął się za drzwi. Ukrył gniew w sobie, ale mocno był oburzony.
Tola zaledwie wyszedł, zwróciła się żywo do Teodora... Widząc ją nadchodzącą, wstał. Wzrokiem więcéj mówiącym niż kiedykolwiek usta wypowiedziały — spojrzeli na siebie.
— Wyjeżdżasz pan? zapytała.
— Muszę, rzekł Teodor — czuję się znużonym, potrzebuję spoczynku.
— Bez żartu — dokąd pan jedziesz?
— Nie wiem — odparł Murmiński, wiele jeszcze jutrzejszy dzień stanowić może. Nie mogę pani powiedzieć, na co czekam, ale wyrok wyjazdu da jutro.
— A jeśliby ono powiedziało — zostań.
— Nie wiem, czybym posłuchał — począł Murmiński. I w téj chwili widząc że Teresa wyszła, z wzruszeniem zbliżył się do Toli. Ostatnie godziny młodości przeżyłem — ostygłem... wytrzeźwiłem się, nie chcę być drugim i sobie ciężarem, a tubym nim być musiał.
Tola milczała z głową spuszczoną.
— Hrabia, któremu nigdy nie miałem szczęścia się podobać — dodał — mógłby pani lepiéj niż ja wytłumaczyć konieczność mojego wyjazdu. Ja patrząc na niego i wiedząc że z jemu podobnych ludzi lub jeszcze pokrewnych składa się ta społeczność, o którą bym się co chwila ocierać musiał — czuję, żem tu nie powinien pozostać. Miejsca tu dla mnie nie ma. Ścigałaby mnie potwarz, niechęć, wstręty... a doprawdy nie mam już ani siły ni ochoty przebłagiwać, zasługiwać się, wpraszać.
— Dla czego pan z hrabiego sądzisz o całéj społeczności? wtrąciła Tola.
— Bo hrabia jest jednym z najszlachetniejszych jéj reprezentantów — mówił Teodor — może on być mi niemiły, ale mu oddaję sprawiedliwość — to kwiat i wybór, po za nim straszniejsze stają widma.
Sama pani, czujesz iż należę do tych declassis, do ludzi bez szeregu, do maroderów wielkiéj armii, dla których miejsca tu nie ma.
— Słyszałam niegdyś — odezwała się Tola, że ludzie je sobie zdobywali.
— Tak geniuszem, energią, szczęściem — ja żadnego z tych narzędzi nie mam.
— Nawet energji.
— Tak, pani — straciłem ją.
— Wstąp-że pan do klasztoru — dodała Tola — bo inaczéj doprawdy nie rozumiem, gdziebyć się mógł pomieścić.
— Do klasztoru nie mam dosyć rezygnacji.
— Bez energji, bez rezygnacji — a to już ostatnia nędza! zawołała Tola.
— Dobrześ ją pani nazwała, potwierdził Teodor.
— Znałam pana wcale innym.
— A, pani, nie przeczę, lecz i świat w którym naówczas się obracałem, był wcale odmienny.
Tola przeszła się parę razy po pokoju.
— Świat, dodał Teodor po chwili — tak — i miałem pobudki do walki... miałem nadzieje wielkie.
— Nadzieje co panu odebrało? zapytała.
— Przekonanie że były ulicą prowadząca do muru, o który trzeba chyba rozbić głowę.
Wejście pani Teresy przerwało rozmowę.
— Idę po szkatułkę i przynoszę panu pieniądze — odezwała się Tola — musisz je pan dziś zabrać — ja jutro jadę.
— Czyż jutro! czy koniecznie jutro!
— Dla czego pytasz pan o to! odwracając się odezwała Tola.
— Bobym chciał u pani jutro uprosić. — Jestem dziecinny, stałem się zabobonny... jutro jeszcze...
— Daruję panu jutro...
— Nie wypłacajże mi pani dzisiaj, będę pewniejszym, że mi słowa dotrzymasz?
— Czyżem kiedy zawiodła?
Murmiński wstał i pobiegł pocałować ją w rękę, usta wpił w tę drzącą dłoń i nie mógł ich od niéj oderwać.
Ze współczuciem i politowaniem popatrzała nań Tola, ale smutnie — jakby pytała, czy tego na pół odrętwiałego człowieka na nowo do życia przywrócić potrafi.
Murmiński czując że hrabia się zjawi znowu a nie chcąc z nim spotkać się po raz drugi — pożegnał nic nie mówiąc gospodynię.
Nazajutrz doktorowa mimo wielkiego wstrętu do domu prezesa, poszła do niego rano z oznajmieniem, iż Murmiński, który się wybiera w podróż, prosi tylko prezesa o jedno jeszcze posłuchanie, o pokazanie oryginalnego dokumentu i o kilka słów przy świadkach.
— Po cóż nam świadkowie? odezwał się dosyć opryskliwie prezes — powiedziałbym, że wymaganie oryginalnego dokumentu jest już obrażajacém. Cóż to? ten pan myśli, że ja akta fałszuję?
Rozśmiał się suchym i gniewnym głosem.
— Ale zresztą, bardzo dobrze, bardzo dobrze — dokument mu pokażę, na rozmowę przyjdę, a jeśli chce świadków, niech z sobą przyprowadzi Kudełkę. — Po co tę sprawę rozmazywać — toż samo jest przeciw woli nieboszczki prezesowéj.
Naznaczono godzinę popołudniową.
Nieszczęśliwa doktorowa, na którą wszystko spadało, musiała sama jechać o tém oznajmić, — zapraszając razem Kudełkę, który milcząco skłonił się, przyjmując świadka obowiązek.
Obaj razem przybyli wedle żądania Jéjmości na obiad do niéj, ale w czasie obiadu nawet o rzeczach obojętnych rozmowa się nie kleiła. Gospodyni zabawiała ich jak umiała i mogła — ale i jéj saméj w przewidywaniu nowych komplikacji, nowej burzy i zawikłań nie było wesoło.
Nie mogła przypuścić już — po uczynionych doświadczeniach smutnych, ażeby prezes dał się złamać i zwyciężyć, spoglądała więc na Murmińskiego jak na nieszczęśliwą ofiarę.
Po obiedzie spoglądano na zegar niespokojnie... Nadeszła godzina naznaczona... Prezes, jak zwykle był punktualnym. Po chodzie mierzonym od przedpokoju poznać go było można. — Wszedł z powagą i pewnością siebie, jakby do izby sądowéj, nieco z góry spoglądając na przytomnych. W głębokiém milczeniu powitano go ukłonami z daleka. — Gospodyni zaledwie pozdrowiwszy go, wyśliznęła się szybko ażeby nie przedłużać przykrego oczekiwania sceny, która była nieuchronną.
Po wyjściu jéj, prezes, także się zdając spieszyć, spojrzał na własny zegarek niecierpliwie i dobył papieru z kieszeni.
Ręka mu się widocznie trzęsła, twarz jednak zachowała wyraz spokojny — okryła się tylko bladością.
— Przepraszam panów za mój pośpiech, począł sucho i niemal urzędowym tonem zwierzchnika, który powołuje podwładnych do roboty. — Nie mamy wiele do czynienia, oto jest ów żądany oryginalny dokument...
Papier, mówiąc to, rozłożył na stole.
Kudełka pierwszy, bliżéj stojąc, przystąpił i wziął go w ręce.
Czytał powoli i rozważnie — Murmiński nie zbliżając się nawet, stał z boku obojętny. Staruszek kręcił dobytą lupą, dobierał światła, przebiegał oczyma papier z góry w dół, z dołu wracając do góry, co jakoś niecierpliwiło dostojnego pana.
— Przepraszam — za pozwoleniem, odezwał się, ciągle trzymając papier. — Jest to więc dokument który powstał, zredagowany miał być i podpisany po wyjeździe ks. Zakliki?
Prezes popatrzał dumnie.
— A no — zdaje się! sam tenor tego dowodzi! rzekł tonem szyderskim.
Kudełka podniósłszy oczy popatrzał długo na prezesa, którego twarz zapewne tą śmiałością oburzona zarumieniła się.
— Hm! to szczególna! to bardzo dziwna rzecz! odezwał się zwolna. — Rodzi się tu kwestyjka drażliwa, jest bowiem wiadomo wszystkim tym, którzy to nie jednokrotnie od nieboszczyka ks. Zakliki, który nie kłamał nigdy — słyszeli, — iż on dopiero po zgonie ś. p. prezesowéj, gdy już ciało jéj na katafalku spoczywało — odjechał.
W czasie téj interpelacji prezesowi oczy zaczęły połyskiwać dziko — szarpnął się niecierpliwie — czerwony i niemal zsiniały... rękę podnosząc...
— Jak to może być? kto śmie to utrzymywać! krzyknął głośno — cóż to jest znowu! to fałsz, wierutny fałsz!!
— Niech mi prezes daruje; nie fałsz to jest, ale jakieś nieporozumienie zapewne, o którego wyjaśnienie proszę. Twierdzenie bowiem moje nie opiera się na gołosłowném podaniu o tém, co ks. Zaklika mawiał, ale na świadectwie téż osoby żywéj, ze wszechmiar na poszanowanie i wiarę zasługującéj. JMci ks. Lacki towarzyszył prałatowi, a ten żyje i zeznaje, iż do zgonu łoża umierającéj nie opuścili.
Spojrzał kończąc na prezesa — ten pobladł i zachwiał się. Jednocześnie rękę drżącą wyciągnął po dokument, który Kudełka trzymał uparcie i uchylił się, aby go nie dać dotknąć.
— Ks. Lacki śmie to twierdzić! cóż to? uproszony! przekupiony czy nieprzytomny, czy warjat? Świadczyć przeciw nam? wołał prezes.
— Nie tylko to twierdzi — dodał Kudełka — ale powiada, że gotów w razie potrzeby, zeznać pod przysięgą. — Akt ten z talentem zredagowany — mówił daléj — niezaprzeczenie bardzo zręcznie podrobiony, jest i z innych względów nieochybnie fałszywym.
To mówiąc szedł ku oknu; prezes z oburzenia mówić nie mogąc, gonił za nim, czychał na dokument, ale Murmiński, stojący z boku, okrył sobą staruszka. Ścigający powstrzymać się musiał.
— Ba! ba! ba! mówił spokojnie profesor kręcąc lupą na wszystkie strony i przyglądając się arkuszowi papieru przeciwko światłu. Osobliwsza rzecz, żeby téż téj uwagi nawet nie mieć! a toż dokument sporządzony w r. 1866... a papier nosi znak wodny 1868! — Cha! cha! to już studenterja, studenterja!
Prezes jak wściekły wybuchnął.
— Cóż to jest! mnie o fałszerstwo pomawiacie! mnie! wy śmiecie! Wiecie, kto ja jestem? To więc była zasadzka na mnie i na orginał!! proszę mi go zaraz zwrócić! natychmiast!
— Niech się pan prezes uspokoi — rzekł Kudełka — nikt pana przecież nie obwinia, tylko tego, kto tak głupio ten akt podrobił. Sąd rozstrzygnie, expertów powołamy.
— Proszę mi natychmiast oddać dokument! zawrzał prezes następując coraz bliżéj — natychmiast! cóż to jest! gwałt! przywłaszczenie — począł coraz bardziéj, głos podnosząc.
— A! nie! odpowiedział Kudełka chowając go pod frak granatowy z obawy, aby mu nie wyrwano i kryjac się za Murmińskiego — trzeba posłać po urzędnika i wręczyć go tu zaraz sądowi do śledztwa. Zwołamy expertów — niech ci wyrokują.
Prezes jeszcze znać chciał zahuczeć i zakrzyczeć, ale wśród bezsilnego miotania się głosu mu zabrakło. Zimny pot kroplami występował na zmarszczone czoło.
— Mości panie — rzekł stłumionym głosem — ten dokument został mi wręczony nie dawno przez jednego z podpisanych na nim świadków. Ja, o egzystencji jego nie wiedziałem; — ja nie dopuszczę, aby ktoś mi życzliwy został przez to skompromitowanym; ja, choćby mi do gwałtu i ostateczności uciec się przyszło, nie dopuszczę... nie.
— O gwałcie nie ma co myśleć, bo nas tu dwóch przecie — odezwał się spokojnie Murmiński — gwałt niemożliwy.
Prezes pochwycił się oburącz za głowę i wpadł jak nieprzytomny do sasiedniego gabinetu.
— Proszę panów — zakrzyczał — proszę tu panów — dość tego — dość.
Obrócił się do Kudełki, na którego straży u boku jego stał nieodstępny Murmiński.
— Powtarzam panu, że ja dokument ten mam od — niedawnego czasu. — Ja nic nie wiem... Mogła jakaś niewczesna głupia gorliwość spowodować przyjaciół do kroku niewłaściwego. Ja nic nie wiem. Cóż to to! Wszak o pieniądze żadne nie chodzi! Ja nie pojmuję.
Drżał cały, mówił głosem przerywanym, a chwilami brakło mu siły i tchu. Wił się i kręcił jak ryba która w sieć wpadła.
— Ten dokument — jeśli jest fałszywy — to go zniszczyć.
— Ale na tém niedość — odezwał się Kudełka, należy zapobiedz, aby się nie rodziły inne podobne... My mamy prawo wymagać czegoś więcéj. Musisz pan uznać pana Teodora jako swojego przyrodniego brata, ażeby o to więcéj kwestji nie było.
Słysząc to prezes wstrząsł się i oczy mu znowu się zaiskrzyły dziko.
— Do czegoż to uznanie, na co?
— Na to, bym miał prawo głosić się bez sporu tym, kim jestem! wtrącił Murmiński. — Skróćmy już tę scenę zbyteczną. Dziś ja dyktuję warunki, panie prezesie. Jeśli pan chcesz się uwolnić od hańbiącego procesu — siadaj i pisz żądane zeznanie. Profesor będzie nam służył za świadka.
— Ale ja — ja dokument ten naprzód napowrót odzyskać muszę.
— Będziesz go pan miał, chociaż nie naprzód — ale po dopełnieniu, czego p. Teodor słusznie się domaga — dodał Kudełka — a któżby się chciał dla zabawki w błocie babrać.
Ruszył ramionami.
— I tajemnicy domagam się — nalegał prezes — pod słowem honoru!
A! honoru! rozśmiał się Kudełka — po co tu już honor mięszać do sprawy, w któréj go wcale nie widać. Pan Teodor przecie i słowa nie dając, przyrodniego brata i jego familji kompromitować nie zechce.
— Bądź pan spokojnym — dodał Teodor — dokonanie sprawiedliwości i pomstę krzywdy mojéj zostawiam temu, co sądzi i karze.
Prezes rzucał na nich oczyma z kolei, badając twarze, nie pewien co ma począć — zdawał się wahać, myśleć — wreszcie drżąc rzucił się na siedzenie, pochwycił pióro i położył je raz jeszcze — zakrył oczy — z gniewu trząsł się cały, nim się zebrał na siłę spełnienia tego co od niego wymagano.
Siadł do pisania.
Kudełka przystąpił do stolika i począł zwolna dyktować, a przez szkiełko sprawdzał czy improwizowany uczeń nie wyda się w zadaném mu ciężkiém pensum.
W czasie całéj téj sceny milczącéj, twarz prezesa tak strasznie zmienioną była, iż zdawał się ostatniéj dożywać godziny... Pióro to biegło po papierze z gorączkowym pospiechem, to się wstrzymywało zwątpiałe i onieśmielone... Myślał już o przyszłości. — Skończywszy pisać — na pół omdlały dłońmi osłoniwszy twarz, siedział długo nie mogąc się z miejsca poruszyć.
Kudełka wziął papier odczytał, umoczył pióro, podpisał je — jako świadek — a razem akt podejrzany położył przed prezesem...
— W dodatku masz pan jeszcze i gotowe zeznanie ks. Lackiego, już nam nie przydatne... rzekł kłaniając się.
Oba papiery pochwycił prezes, cisnąc je do kieszeni. — Nie odpowiedział już ani słowa, wstał z brwiami namarszczonemi, zatoczył się jak upojony i chwiejącym krokiem, ze spuszczoną głową, nie pozdrawiając nikogo wyszedł.
W pierwszym pokoju oczekująca na koniec konferencji doktorowa, któréj zdawał się nawet przechodząc nie widzieć — poznała po jego posępnéj powierzchowności, iż wcale co innego niż przy pierwszém spotkaniu zajść musiało, — zerwała się więc żywo, spiesząc rozpromieniona nadzieją do gabinetu, w którym właśnie Kudełka ściskał i całował Teodora... milczącego, ale rozczulonego, dziwném losu zrządzeniem.
Ten, który mu raz uratował życie — teraz powtórnie przywracał mu prawa jego społeczne...
Na widok doktorowéj mrugnął staruszek dając znak porozumienia Teodorowi.
— Pani dobrodziejko, zawołał posuwając się do gospodyni — byliśmy niesprawiedliwi!! tak! skrzywdziliśmy prezesa! Szlachetny człowiek nawet gdy chwilowo pobłądzi — uczuje swą winę i stara się ją wynagrodzić.
— Widzi pani! otóż prezes sam — z dobréj a nieprzymuszanéj woli, uznał pana Teodora swym bratem przyrodnim, i krzywdę wyrządzoną uroczystém tém przyznaniem nagrodził...
Patrz pani — oto jego ręka...
To mówiąc pokazał jéj otrzymany dokument. Poczciwa doktorowa rzuciła się do papieru niedowierzając oczom, a potém do smutnie uśmiechniętego Murmińskiego... winszując i do Kudełki, który widocznie tryumfował. Nikt go jeszcze takim zamaszystym nigdy nie widział jak w téj chwili.
— Prezes! prezes to uczynił! z dobréj woli —! zawołała — ale czyż może być?
— Tak jest — tak — potwierdził Murmiński. Wszystko skończone — zapomniane — nagrodzone. —
Pocałował ją w rękę z uczuciem. —
— A pani wiele a wiele dopomogłaś do tego, ażeby sprawiedliwie zadość się stało... niech jéj będą dzięki!
— Jeśli tak! wracam mój szacunek prezesowi — zawołała doktorowa — uparty był, to prawda — lecz się poczciwie pokazał. Lepiéj późno niż nigdy...
Właśnie tego samego dnia przypadało wieczorne przyjęcie zwykłe u państwa prezesostwa; a że zjazd obywateli do miasta był znaczny z powodu wełnianego jarmarku, spodziewano się gości więcéj nawet niż zwyczajnie. Piękna Żuljetta, która mimo wielkiéj powagi lubiła hołdy odbierać, przygotowywała się wystąpić tak, aby znowu zdziwić wszystkich swą wiekuistą młodością i świeżością. Chociaż tu zwykle wcale nie występowano i dom gotów był choćby największą liczbę łaskawych gości przyjąć bez żadnego wysiłku, tego dnia jednak musiała piękna pani posłać na wypadek po tort i ciasteczka.
Godzina ósma, o któréj zwykle się schodzili wszyscy, wybiła — świece były pozapalane — Żuljetta wyszła ze swych pokojów nakładając rękawiczki i zdziwiła się mocno nie widząc w sali męża, który ją zwykle uprzedzał. Niespokojna trochę, poszła przeglądając się po drodze w źwierciedle, do drzwi jego zapukać. Nie pamiętała, czy od za mąż pójścia dwa razy się coś podobnego zdarzyło.
Zapukała zlekka. Żaden głos jéj nie odpowiedział, — uchyliła więc drzwi zwolna.
— Jeszcze nie jesteś gotów? zapytała. Spojrzała. Prezes blady jakiś siedział przy biurku otoczony papierami i pospiesznie coś pisać kończył. Na kominku dogorywała kupka popalonych listów i notatek.
Podniósł głowę. — A! to ty! natychmiast służyć ci będę — rzekł głosem zmienionym, wodząc rękę po czole — miałem pilne — bardzo pilne interesa. Zaraz kończę.
Żuljetta przymknęła drzwi dyskretnie. — Wchodził właśnie do salonu jeden z jéj najgorętszych wielbicieli cichych, pułkownik S., którego niewinne hołdy, miléj niż inne przyjmowała piękna Julja.
Pułkownik stanął w dramatycznéj pozie adoratora i dłonie złożył podnosząc ku górze i zawołał: O mój Boże! jakżeś nam pani dziś czarodziejsko piękna!! A coraz inaczéj, a coraz piękniéjsza, a zawsze urocza!!
Prezesowa z dziecinnym uśmiechem łaskawie wyciągnęła mu rączkę, na którą pułkownik rzucił się jak zgłodniały, całując ją z zapałem młodzieńczym, choć młodość jego dawno już była tylko wspomnieniem przeszłości.
— Jaki z pana pochlebca! a fe! odezwała się głosikiem pieszczonym i śpiewnym — ja dziś wyglądam doprawdy okropnie — a pan urągasz się ze mnie.
— Pani! przerwał pułkownik — nigdym ją nie widział piękniejszą, choć dla mnie jesteś zawsze ideałem....
— A wstydź się pan, staréj takiéj, matce rodziny, mówić takie rzeczy, od których jéj uszy odwykły.
Pułkownik wzruszył ramionami i oczy podniósł ku niebu.
— Nie mogę słuchać tego, coś pani wyrzekła!
Za pułkownikiem wszedł sędzia, człowiek wygolony, grzeczny, w rękawiczkach, które szósty wieczór odbywały, nie młody już, obarczony liczną familią i przychodzący tylko regularnie składać uszanowanie. Ten z pokorą zbliżył się do pani prezesowéj dobrodziejki, składając jéj uszanowanie. Potrzebował protekcji. — Rozmowa z nim wszczęła się o zatrważającym kokluszu, który w mieście panował. Prezesowa dowiadywała się, czy dzieci jego nie dostały téj choroby, ale nie z troskliwości, nie, tylko ze strachu, aby jéj nie wniósł zarazy do domu.
Odwracała się coraz ku drzwiom, któremi czas było, ażeby wszedł gospodarz, ale prezes nie nadchodził.
Jeszcze w środku salonu toczyła się rozmowa, gdy wtoczył się młodzieniec ufryzowany, kłaniający się mechanicznie jak lalka, głową nagle w dół, w rękawiczkach paliowych, kamizelce otwartéj na piersiach i kołnierzyku sztywnym jak drewno. Ten miał nadzieję być przez panią prezesową wyswatanym i spełniał wszelkie posługi dla czarodziejskiéj Żulietty, do jakich tylko używać go raczyła. Miał wielką łaskę u prezesowéj, gdyż był pokorny i padał podnosząc jéj chustki i rękawiczki z ziemi, a w oczach jego malowało się uwielbienie, któremu każda kobieta jest rada. Żuljetta wiedziała, że mu była gwiazdą promienną, do któréj nieforemne poezje składał.
Zaczęła z nim coś mówić o ostatnim kadrylu na wieczorku u księcia i znowu obejrzała się na te nieszczęśliwe drzwi uparcie zamknięte. Pana prezesa jak nie było tak nie było.
Drzwi salonu tylko otwierały się ciągle, wpuszczając wciąż nowych gości zdziwionych, że na swém stanowisku gospodarza nie zastawali. Przybył hrabia Maurycy i baron Lichtenhof i radca finansowy Seidelmeyer i jeszcze jakaś mała figurka z bardzo długiemi rękami.
Gospodyni zastępująca prezesa coraz niespokojniejszém oglądała się okiem ku pokojowi męża. Było rzeczą niesłychaną, nadzwyczajną, to opóźnienie tak regularnego i surowo obowiązki swe pełniącego człowieka.
Nareszcie panie wsuwać się zaczęły i w chwili gdy niemi była zajęta piękna Żuljetta, otwarły się drzwi prezesa nagle, żywo, na progu ukazał się gospodarz blady, wodzący po zgromadzeniu osłupiałemi oczyma. Stanął na chwilę przytrzymując się wszakże i chciał daléj posunąć niepewnym krokiem. Kilka poufałych osób stojących bliżéj spojrzawszy nań, pośpieszyło doń z przestrachem — chwiał się na nogach — blady był i widocznie chory — ciężko chory. Żuljetta dostrzegłszy to, pobiegła ku niemu.
— Co ci jest! mon cher! a! ty się tą pracą zabijasz, zamęczasz! jakże to można!
Prezes bełkotał chwytając drzwi konwulsyjnie.
— W istocie, jest mi jakoś bardzo nie dobrze... krew mi... uderzyła do głowy! do głowy.... Usta krzywił mu uśmiech wymuszony. Może to przejdzie...
W téj chwili zatoczył się i tylko chwyciwszy znowu drzwi, potrafił utrzymać się w miejscu. Wszystkich oczy zwrócone były na niego, cisnęli się goście dopytując niespokojnie. — Co się prezesowi stało? Co to jest?
— A to właśnie dzień nasz... rzekł pułkownik, i my nawet panu spocząć nie dajemy.
— Owszem... słabo i jąkając się usiłował odpowiedzieć gospodarz... to mnie rozerwie.
Ręką chwytał się teraz sukni... tarł czoło i powieki... dwa kroki ledwie zrobiwszy do najbliższego krzesła... padł na nie... przepraszając... głowa zwisła mu na piersi. Zdawał się zapominać gdzie jest. Goście wszyscy skupili się do koła. Szmer i szepty przebudziły go, przypomniał znać sobie, że miejsce jego było w środku salonu — poruszył się gwałtownie z krzesełka, posunął kilka kroków i zachwiał. Pułkownik, który był najbliżéj, pospieszył podać mu rękę... Boleść coraz widoczniéj wypiętnowywała się na twarzy nieszczęśliwego. Żona załamała ręce.
Mon cher! zawołała — ale wracaj-że natychmiast do siebie — ja — gości przeproszę... ty się musisz położyć... tyś okropnie cierpiący... Po doktora! po doktora!
Młodzieniec usłużny kopnął natychmiast ku drzwiom rozbijając gości.
Prezes się podźwignał gwałtownie resztami sił.
— Za nic w świecie nie chcę doktora! zaprzeczył — to tylko osłabienie — ja pójdę do siebie... spocznę... ale nie posyłać — nie trzeba żadnego lekarza — proszę, proszę.
Znak oczów pięknéj pani, mimo téj protestacji pchnął młodzieńca fryzowanego ze wschodów na miasto.
W jednéj chwili szepty rozeszły się po salonie, do sieni aż. Prezes bardzo chory i wszyscy chwytając kapelusze wynosili się co żywiéj. Prezesowa podziękowawszy pułkownikowi za pomoc wejrzeniem, sama wzięła rękę męża i znikła z nim wiodąc go do gabinetu.
W salonie w pięć minut już nikogo nie było, a w domu paliły się samotne lampy i świece... wśród cmentarnéj ciszy.
Pierwszy raz od lat wielu wieczór zwykły musiał być odproszonym. — Prezes widocznie zagrożony był chorobą ciężką. Siedział nieruchomy na kanapie, z głową zwieszoną na bok, pół drzemiący jęcząc cicho — żonę trzymał za rękę, a niekiedy rozdzierając powieki wielkim wysiłkiem — patrzał na nią wzrokiem osłupiałym, milcząc, zaciskając usta z boleści, na którą się nie skarzył...
Napróżno Żuljetta dłoń przykładając mu do chłodnego czoła dopytywała o cierpienie — o przyczynę — nie odpowiadał jéj nic, wzdychał tylko. — Po niejakim czasie głosem osłabłym... odezwał się wreszcie.
— Chciałbym dzieci zobaczyć!
Żądanie to przeraziło Żuljettę, która ani przypuszczać mogła, by cień niebezpieczeństwa mu groził. — Zakrzyknęła zrazu przeciw temu dziwactwu męża — lecz właśnie nadchodził doktór, którego ufryzowany młodzieniec chwycił w resursie na gorącym whiście.
Na widok téj facjaty rumianéj, pompatycznéj, imponującéj — prezes zmięszał się i nim do niego Eskulap przystąpił, prosił żony, ażeby wyszła.
Zawahała się zrazu prezesowa, lecz nawykła do posłuszeństwa — ustąpiła powoli. — Doktór, który wpatrywał się już chwilę bacznie w chorego, usiadł przy nim. Zmiana twarzy prezesa uderzyła go, pochmurniał sam. —
Chciał ująć za rękę prezesa, który mu ją bezsilnie wyrwać usiłował... jakby się czegoś obawiał... ale wnet sam porwał doktora dłoń... zwrócił się ku niemu i wybełkotał.
— Na honor, zaklinam!! Proszę! Choroba nagła! apopleksja! nic innego! zaklinam! Żadnego ratunku nie przyjmę, bo chcę i muszę umrzeć. — Milcz! proszę —br> Osłupiał doktor z podziwu. — Na twarzy chorego jakiś rozkład szybki organizmu się malował, rysy się zmieniły, ścięgna poruszały i wyciągały nienaturalnie... Doktor załamał ręce... a potém biegł do dzwonka, prezes go za połę schwycił. — Stój! honor!... mówił ochrypłym głosem... Nic! nic nie trzeba. — Honor!... Niech przyjdą dzieci! dzieci!
Z szybkością nadzwyczajną pod wpływem tajemniczym twarz się przemieniała — położenie doktora stawało się przykrém — stracił głowę pod naciskiem tego piorunującego niebezpieczeństwa. Obłąkany wzrokiem powiódł po pokoju... na biurku stało jeszcze małe okrągłe pudełeczko otwarte, wypróżnione, na którego dnie odrobina jakiegoś białego proszku się lśniła...
Świeżo znać było wzięte... niewiadomo zkąd... jakby z apteki — szpitalnéj. —
Chory zobaczywszy pudełeczko, chciał wstać, lecz opadł na kanapę bezsilny, zdrętwiały — wyciągnięty.
— Doktorze! zniszcz! schowaj! Honor! Apopleksja! bełkotał głosem stłumionym, który coraz stawał się słabszym.
Lekarz przybiegł do niego i ujrzał z boleścią niewysłowioną, że już w istocie honor tylko mógł ratować, bo życia — było nie podobna.
Chory powtarzał — Dzieci! dzieci!
Doktor więc pobiegł sam do pani.
Żuljetta, która jeszcze nie domyślała się tak wielkiego niebezpieczeństwa, chodziła jeszcze zamyślona po salonie... gdy nadbiegający lekarz zmusił ją co najprędzéj dzieci sprowadzić...
Z krzykiem rzuciła się na drugi koniec domu, po oddalone dzieci...
Tymczasem przybywali lekarze, powysyłani przez przyjaciół, ze wszystkiemi przyrządami ratunku i aptekami podręcznemi... Puszczano krew zastygajacą nadaremnie, lano do ust zaciętych lekarstwa... Prezes zsunął się na kanapę i zbielały, siny, małe dawał życia oznaki... Otworzył oczy gdy przyszły dzieci, podniósł ku nim ręce, powieki i dłonie opadły...
Konał widocznie...
Doktorowie szeptali złowrogo między sobą się radząc... ale trup już tylko leżał przed nimi...
Żona za późno posłała po księdza.
Przez cały ten wieczór jednak — znać z rozkazu pierwszego lekarza i po naradzie z przybyłymi krewnemi, ukryto nawet dla domowych ten zgon tak nagły... zamknięto drzwi, nie wpuszczono nikogo i dopiero we dwadzieścia cztery godziny późniéj, dowiedziało się miasto, iż prezes tknięty apopleksją piorunującą, ze zbytku pracy i wytężenia sił umysłowych, — mimo najgorliwszego ratunku — w kwiecie wieku życie zakończył.
Żal po zgonie tak czcigodnego obywatela był powszechnym. — Zgadzano się ogólnie, iż lepszego a gorliwszego urzędnika, stalszych zasad i większej energii człowieka, obywatelstwo nie miało... Pogrzeb był wspaniały, mowy znakomite... ból żony straszliwy — a dzienniki ogłosiły nekrologi, w których postawiono nieboszczyka na równi z najzasłużeńszymi mężami w kraju: bo — de mortuis nil nisi bene.

∗             ∗

Pani prezesowa już była zrzuciła żałobę po mężu. Zatem rok i sześć niedziel od zgonu nieodżałowanego w obywatelstwie człowieka upłynęło — ku pięknéj a majętnéj wdowie wielu już nie tylko wdowców, lecz nawet złotéj młodzieży i starszych ichmościów słało ogniste westchnienia.
Doktorowa pielęgnowała swe kwiatki, Kudełka pieścił się z książkami, których piękności już mu oczy dobrze nawet przez lupę oglądać nie dozwalały, a piękna panna Tola pozostała jeszcze nie zamężną i p. Teodor Murmiński, który sobie wioskę kupił w sąsiedztwie, — zajęty ogrodem i kwiatami, rzadko ją nawet widywać miał pozwolenie.
Zdaniem doktorowéj kochali się oboje szalenie — ale miłość ich była jakaś oryginalna... nie spieszącą się — któréj zacna wdowa wcale zrozumieć nie mogła....
Wprawdzie jawném było, iż zawsze hr. Maurycy stał na zawadzie, ale z pewnością kochankowie by go mogli pominąć i po ślubie dopiero prosić o błogosławieństwo.
Tymczasem przy najczulszych stosunkach, oboje byli zagadką dla widzów, a przedmiotem niemego podziwu i prawie oburzenia dla szanownéj przyjaciółki. Gniewała się na nich, czasem nawet bardzo mocno...
Próbowała wybadywać Tolę, ale się nic nigdy rzeczywistego od niéj dowiedzieć nie mogła — dawała do zrozumienia Teodorowi, iż powinien był naglić i przyspieszać ślub — o którym nawet mowy nie było jeszcze. — Tola śmiała się, Teodor milczał.
— Niezmierniem téż ciekawa, jak się to skończy! mówiła doktorowa.
Widywały się z Tolą bardzo często, czasem bywały razem po kilka tygodni — przyjaciółka szpiegowała, widziała biegające listy — asystowała odwiedzinom długim Murmińskiego i nie mogła się dowiedzieć, co ich wstrzymywało od ślubów.
— No, cóż wy myślicie? co wy robicie? czemu się już raz nie pobierzecie? mówiła Toli. — Wierz mi, moje serce, że ten wasz romans do niczego nie podobny. — Cały świat wie, że się kochacie.
Tola ruszyła ramionami.
— Ale, niezawodnie...
— Zatém czegóż czekacie...
— Jakoś się nie składa...
— No? i kiedyż się to raz skończy?
— A! musi się przecie skończyć, uśmiechała się Tola... bądź spokojną...
— Jakże? czy to on się namyśla? nagliła pytaniami.
— I ja — i on... tak... on!
Tola śmiała się.
— I ty to znosisz? Przyznam ci się, moja droga, że gdyby o mnie kto w ten sposób slamazarny się starał a kazał mi na siebie czekać — no! na złość mu, poszłabym za mąż za kogo innego!
Wesołe, spokojne — wejrzenie Toli, zupełnie zmięszało doktorową.
— Słowo ci daję, że was — obojga nie rozumiem... łaski Bożéj nadużywacie.
Za drugim razem doktorowa napadła na Teodora...
— Panie Teodorze! co waćpan najlepszego myślisz? co to jest? do czego to podobne?
— Co pani? co takiego?
— A! no — ta twoja miłość flegmatyczna dla Toli... To nie do zniesienia. Któż kiedy słyszał coś podobnego? Żenisz się czy nie?
A! pani! byłbym najszczęśliwszym?
— Dla czegoż nie chcesz być tym najszczęśliwszym... pytała przyjaciółka.
— Wie — pani? dla tego że ja i tak jestem już bardzo szczęśliwy...
— A wiesz! że to oszaleć z wami można! kto to zrozumie!
— Czyż może być większe szczęście nad tę spokojną kontemplację tak cudnéj istoty! tego ideału! nad jéj towarzystwo poufałe... rozmowy...
Doktorowa rozśmiała się ironicznie.
— Bałamucisz, zawołała — cała rzecz, że waćpan jéj nie kochałeś, nie kochasz a sam nie wiesz co robisz! Starzejesz się — stygniesz! Najcierpliwszą kobietę taka miłość kontemplacyjna może rozgniewać.
— Przecież panna Tola dosyć jest dla mnie łaskawą...
— Rzeczywiście jest nadto dobrą, odpowiedziała przyjaciółka — znosi jakieś teorje bez sensu! Młodość, życie, których jednéj godziny szkoda, poświęcacie dla marzeń jakichś bałamutnych... Ja panu tylko powiem, że już z was ludzie się śmieją, a ja was łaję... Ot tak drogie lata mijają... na kontemplacjach — to nie ma sensu! Będziecie mieli dość czasu na starość żyć marzeniami i wspomnieniami.
Teodor nic nie odpowiedział.
Ile razy doktorowa przyjeżdżała na wieś, zawsze prawie zastawała Murmińskiego, grającego rolę niewyczerpaną kawalera starającego się, przywożącego bukiety, przesiadającego przy niéj, wzdychającego okrutnie i odjeżdżającego do domu tak samo jak przybył — bez oświadczenia i przyrzeczenia.
— Cóż, czy ci się jeszcze twój bohdan nie miał odwagi oświadczyć? — śmiała się przyjaciółka.
— Zbliżamy się ku temu! — żartobliwie odpowiadała Tola.
Raz na to pytanie odrzekła:
— Oświadczył mi się....
— No — więc kiedyż ślub?
— Prosiłam go o czas do namysłu...
Doktorowa nazajutrz wyjechała z gniewem wielkim. — Trzy miesiące znowu upłynęło... nie chciała się już nawet dowiadywać.
Nagle Tola przybyła sama do miasta. Przy piérwszém widzeniu się, gdy już ani pytała doktorowa o nic, pani baronowa Teresa wydała się z tém, że jadą do Włoch...
— Jak to? same? jedziecie do Włoch? na długo? zapytała oburzona.
— Nie wiem, szepnęła baronowa — Tola nigdy nie mówi, ile zabawi, ale po wyborze i kasie uważam, że zabawimy pewnie kilka miesięcy.
Zgorszona tém niezmiernie przyjaciółka badała daléj baronową na stronie.
— Dawno jak był u was Teodor?
— Ale wczoraj na najczulszém w świecie pożegnaniu.
— Cóż oni? powarjowali czy co?
— Nic nie wiem nad to — mówiła pocichu Teresa — że to jest podobno dziwactwo Toli; — kilka razy prosił, błagał — odkładała... odciągała, wypraszała się pod różnemi pozorami, a jednak puścić go nie myśli i trzyma przykutym na łańcuchu.
— A! więc to jéj wina?
— O! z pewnością!
— I on to tak cierpliwie znosi?
— Pani wie — dodała Teresa, że z moją kochaną Tolą trudno się spierać, albo ją przełamać, gdy sobie co raz powie. — Nie wiem co powiedziała sobie, ale kazała czekać, a pan Teodor musi.
— I nie nagli?
— Owszem, ale to nic nie pomaga?
Doktorowa bardzo zgorszona, zamilkła sama już nie wiedząc co sądzić.
Trzeciego dnia ze łzami przecie żegnając ją, prosząc o błogosławieństwo na drogę, Tola wyruszyła w podróż zamierzoną.
W parę tygodni potém, stary poczciwy Kudełka przeniósł się do wieczności, jak sam zwykł był żartobliwie powiadać, na bibliotekarza do patryarchy Abrahama. Na dwa dni przed zgonem, czuł się bardzo już niedobrze, drzemał ciągle. — Najrzadsze książki spadały mu z kolan — oczy się zamykały na najśliczniejsze druki — czuł jakąś niewysłowioną spoczynku potrzebę. Chodził jednak uparty, nie chcąc się kłaść w łóżko. — Ostatniego dnia nawet ubrał się z pomocą chłopaka, siadł w fotelu — potém zasnął i już się nie obudził...
Wezwany na pogrzeb przybył Murmiński, zająć się ostatnią posługą.
Z doktorową spotkali się na cmentarzu, gdy już wychodzili od świeżo zasypanéj mogiły.
Za bramą odezwała się do niego.
— Cóż, mój biedaku, straciłeś przyjaciela i owdowiałeś po bogdance? — gdzie się ona podziewa.
Teodor westchnął tylko.
— Jakże bo ją mogłeś opuścić tak samę jednę. Temu posłuszeństwu, przyznaję się, wydziwić się nie mogę. Zarazem téż i w miłość waszą zobopólną wierzę coraz mniéj. Waćpan jesteś ciemięga, a ona dziwaczka. Dziewczynie, sierocie, może to jeszcze do pewnego stopnia być wybaczone, ale wam...
Ruszyła tylko ramionami.
— Wystawiony jestem na próbę, droga pani, odparł Teodor — Toli tyle o moich szałach, awanturach, niespokojnym charakterze i dziwactwach naopowiadano, iż — choć dla mnie jest łaskawa — sądzę, że trochę może kocha, a daleko więcéj się boi.
Hrabia Maurycy z kollaboratorami odmalował mnie przed nią w ten sposób, iż ja sam nawet nie mogę zatrzeć wrażenia tego obrazu mistrzowską skreślonego ręką.
W szkalowaniu człowieka, jak w robieniu karykatur, jest wielka sztuka i umiejętność — potwarz będzie tak do twarzy podobna, iż jednéj od drugiéj trudno potém oddzielić. Z taką sztuką odmalowano mnie przed Tolą; — schwycono prawdziwe fakta mego życia, wykrzywiono je tylko i dziś odprostować trudno.
Wyrazy te Teodor rzekł smutno, ale z rezygnacyą.
— Ale pókiż u licha myśli cię tak trzymać na téj nieszczęśliwéj próbie — przerwała oburzona doktotorowa — podziwiam bezprzykładną pańską cierpliwość — a raczéj nie wiem już jak to nazwać.
— Nazwij to pani miłością i — nic więcéj — dodał Teodor — ja z pewnością wytrwam na próbie.
— No — a Toli i nie rozumiem i gniewam się na nią — mruknęła doktorowa. Wiesz pan, że ona do Rzymu i Neapolu wyjechała, bodaj na kilka miesięcy.
— Tak — pani — miewam nawet listy.
— A jechać ci zakazano — czy co?
— Nie śmiem — posądzonoby mnie u zbytnią niecierpliwość.
— A no, rób że już sobie co chcesz — z niecierpliwością dokończyła doktorowa — słyszeć o was nie chcę!
W tydzień potém zjawił się Teodor, ale z bardzo wesołém obliczem na progu pani doktorowéj.
— A! znowu waćpan w mieście?
— Po drodze — łaskawa pani — jadę...
— Dokąd że?
— Pozwolono mi naostatek do Neapolu gonić! zawołał ucieszony — pędzę więc na złamanie karku i sadzę, że trzeciego dnia tam będę.
Zatrzymać go już nie mogła ani godziny doktorowa — tak się spieszył, aby pierwszego odchodzącego pociągu nie stracić.
— Najpiękniéjsze ukłony Toli — dodała ściskając jego rękę — i powiedz ode mnie, że się nawet prezesowéj wyprzedzić dała, choć tamta miała żałobę i srogi żal do przenoszenia, a w tych dniach idzie za mąż za pułkownika. Czasby więc, aby i ona się rozmyśliła.
Prezesowa miała z pięciu pretendentów do wyboru, między nimi byli chłopcy młodzi i śliczni, jak z igły; rozumna kobieta wzięła starszego adoratora, który się szczęściem domowém zadowolni i — do wspólnéj skarbony przynosi z piękném imieniem najmniéj piętnaście tysięcy talarów dochodu. — Jest za co siwiejące trochę włosy poczernić.
Teodor wyjechał.
Doktorowa zapomniała trochę o obojgu, gdy pocztą odebrała list bardzo pięknie sztychowany oznajmujący urzędownie, iż ślub w Neapolu u św. Kajetana się odbył. Tola dołożyła kilka słów oznajmujących, że w Castellamare przebędą jeszcze parę miesięcy nim do kraju powrócą.
Pod cieniami więc starych tych kasztanów, na zgliszczach Stabii, w ciszy uroczystéj przerywanéj tylko szumem fali rozbijającéj się gdzieś o nadbrzeżne skały, młode małżeństwo przedumało pierwsze dni szczęścia swojego. Piękniéjszego kątka na to gniazdko trudno wybrać.
Naostatek jednego dnia ujrzała ich oboje poczciwa przyjaciółka i ciekawemi oczyma zmierzyła Tolę, która wypiękniała i odmłodniała, zrzuciwszy z siebie szatę tego poważnego smutku, która do jéj wieku nie przystawała. Teodor zmienił się więcéj może i co najdziwniejsza, odzyskał prawie trzpiotowatość młodzieńczą. Przypominał on tym, co go znali dawniéj, pierwsze lata wyjścia na świat, gdy był pieszczoném dziecięciem ś. p. prezesowéj.
Gdy na chwilę pozostały same, doktorowa jeszcze nie mogąc przebaczyć Toli jéj zwłoki wahania, napadła na nią z wymówkami, — ta zamknęła jéj usta uściskiem.
— Droga moja... rzekła — musiałam Teodora nie wypróbować, bom w niego wierzyła, ale dać mu czas ostygnąć, pojednać się ze światem, zrzucić z serca gorycz nagromadzoną laty długiemi.... Byliśmy ciągle razem... mogę powiedzieć, żem podjęła na nowo wychowanie człowieka.... Musiałam pamiętać o tém, że go raz już rozpacz doprowadziła na skraj samobójstwa... a tylko traf szczęśliwy mi go uratował.... Wierz mi droga moja, że najtrudniéj uleczyć duszę zatrutą nienawiścią dla ludzi i świata. Na uroczystą godzinę naszego wesela musiałam czekać, aż się ze światem przejedna, aż ludziom przebaczy, aż wnijdzie duchem na te wyżyny, z których już chmur nie widać tylko jasne słońce.... Krok w krok szłam za nim, gdy z tego wygnania i tułactwa sercowego, w które był wtrącony, powracał.... Czekałam — płakałam — cierpiałam — lecz i dla mnie i dla niego potrzeba było, ażeby mój Teodor się odrodził. Przez ten rok nowicjatu, wśród ciszy wiejskiéj, oboje pracowaliśmy nad tém... ani on, ani ty — nie rozumieliście mnie, nie wiedzieliście wiele łez wylałam, gdym wśród pięknéj jego duszy znajdowała jeszcze narzucone w nią błoto — i niestarte przeszłości plamy....
Miłość była lekarstwem....
Wiészże, ludzie sądzili mnie dziwnie i potwarzać mogli, że ty nawet, droga moja — nie chciałaś téj dziwaczki Toli zrozumieć — wszystko to znieść trzeba było... musiałam....
Doktorowa ucałowała ją czule....
— Wiesz Tolu droga, rzekła — ja bym nigdy w świecie rozumu tego nie miała — a miłosierdzie byłoby mi nie dopuściło rachuby.... Podziwiam cię tém bardziéj, że naśladować bym nie potrafiła.




Na cmentarzu miasta..... wznoszą się trzy grobowce nowe — jedne z najpiękniejszych, jakiemi on jest ozdobiony.... Pierwszy z nich składa się z ogromnéj nieociesanéj bryły granitu, okrytéj powojami.... Wpuszczona w nią tablica marmurowa nosi imię Murmińskiego.... U dołu wyrzeźbiony kij, torba żebraka i księga....
Wiele osób znajduje, że chwalić się kijem i torbami jest rodzajem fanfaronady, inni tłumaczą się tém, żeśmy na ziemi wszyscy wędrowcy....
Drugi grobowiec z białego marmuru, w stylu korynckim, z napisem rzęsisto wyzłacanym, wystawia u góry niewiastę udrapowaną prześlicznie, spartą na urnie a patrzącą na krzyż, u stóp którego stanęła.... Alegorja ta dosyć pospolita, tysiąckroć powtarzana, staraniém prezesowéj sprowadzona wprost z Karrary, gdzie takie rzeczy na handel secinami się produkują, uchodzi za arcydzieło u ludzi, którzy nic lepszego nie widzieli. Marmur jest bardzo piękny, tylko przez twarz zakwefionéj niewiasty niefortunna żyła szara jak pręga plamista przechodzi.... Na tablicy tak ogromny jest spis tytułów, godności, zasług i tyle pochwał, że nim do Ave Maria dojdzie czytelnik, odpoczywać musi po drodze....
Jest to grób nieodżałowanego prezesa, po którym po dziś dzień prowincja nosi żałobę.
Trzeci grobowiec, na skromnym piedestalu wyobraża ogromną rozłożoną, na stosie pomniejszych spoczywającą księgę, otoczoną zwojami papierów... gałęźmi roślin i kielichami kwiatów.... Na kartach księgi — stoi nazwisko profesora Kudełki — poczciwego staruszka, którego pamięć żyje tylko w sercach uczniów....
Tyle lat pracy potrzeba było na zebranie szacownéj biblioteki... a wkrótce po zgonie rozproszyli ją spadkobiercy.... Doradził im ktoś sprzedaż szczegółową, choć Teodor chciał całą zakupić.... Musiał więc, aby coś z niéj ocalić, stawać na licytacji, bić się o każdy szpargał, i wiele rzeczy szacownych uronionych zostało.... Resztki rozdrapali różni, na obwijanie towarów, na klejenie tektury, do oszczędnego wylepiania ścian pod nowe obicia....
Zwykłe ludzkich zbiorów dzieje... rozprasza się wszystko i łączy znowu i rozsypuje i ginie... a na każdéj z tych żółtych kart ileż spoczęło dłoni, które dziś także spopielały w grobie.... Pulvis sumus.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.