Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Z życia awanturnika.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nom długim Murmińskiego i nie mogła się dowiedzieć, co ich wstrzymywało od ślubów.
— No, cóż wy myślicie? co wy robicie? czemu się już raz nie pobierzecie? mówiła Toli. — Wierz mi, moje serce, że ten wasz romans do niczego nie podobny. — Cały świat wie, że się kochacie.
Tola ruszyła ramionami.
— Ale, niezawodnie...
— Zatém czegóż czekacie...
— Jakoś się nie składa...
— No? i kiedyż się to raz skończy?
— A! musi się przecie skończyć, uśmiechała się Tola... bądź spokojną...
— Jakże? czy to on się namyśla? nagliła pytaniami.
— I ja — i on... tak... on!
Tola śmiała się.
— I ty to znosisz? Przyznam ci się, moja droga, że gdyby o mnie kto w ten sposób slamazarny się starał a kazał mi na siebie czekać — no! na złość mu, poszłabym za mąż za kogo innego!
Wesołe, spokojne — wejrzenie Toli, zupełnie zmięszało doktorową.
— Słowo ci daję, że was — obojga nie rozumiem... łaski Bożéj nadużywacie.
Za drugim razem doktorowa napadła na Teodora...
— Panie Teodorze! co waćpan najlepszego myślisz? co to jest? do czego to podobne?
— Co pani? co takiego?
— A! no — ta twoja miłość flegmatyczna dla Toli... To nie do zniesienia. Któż kiedy słyszał coś podobnego? Żenisz się czy nie?
pani! byłbym najszczęśliwszym?
— Dla czegoż nie chcesz być tym najszczęśliwszym... pytała przyjaciółka.
— Wie — pani? dla tego że ja i tak jestem już bardzo szczęśliwy...
— A wiesz! że to oszaleć z wami można! kto to zrozumie!