Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Z życia awanturnika.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Murmiński się skłonił.
— Byłoby śmieszném gdybym odmawiał — rzekł ruszając ramionami.
Otrzymawszy tę pożadaną obietnicę i pożegnawszy obu, doktorowa rada z siebie, zeszła ze wschodów spiesząc do domu. — Murmiński stał w bibliotece zamyślony.
— Pan profesor chcesz mnie już, widzę, puścić w obieg jak starego kulfona, który w kieszeni zawadza.
— Daję ci słowo, że to nie moja sprawa. Todzio był chmurny i kwaśny... nie odpowiedział na to, milczący powlókł się na górę. — Od czasu uratowania swego mało się on zmienił powierzchownie, sprawiona przez profesora odzież czysta i porządna, nie była wykwintna, dawny elegant, gdyby nie jego mina i ruchy pańskie, wcaleby się w niej biednie wydawał. Odżyła nieco wyżółkła twarz i zagasłe oko... ale nie był to ów Todzio wesoły, zręczny, śmiały, dowcipny, któremu postawy i miny i języka cała zazdrościła młodzież. — Dawniéj znajomym posępne to oblicze, jakby po chorobie ciężkiéj zbolałe — ledwie przypomniećby mogło pięknego Todzia. Rysy zostały szlachetne, lecz łatwo się było domyśleć, ile przez nie przepłynęło fal ostrych i przesunęło się cierni.
Gdy godzina obiadowa nadeszła, Todzio spuścił się ze wschodów powoli, ubrany jak był rano, bez żadnego starania, ubogo, z głowa spuszczoną, z miną znudzoną.
— Chodźmy na tę nieznośną pańszczyznę, rzekł do profesora — wolałbym przez okno patrzeć na moje wróble, niż tam się nudzić zatęchłym salonem staréj, poczciwéj jéjmości. — Ale bo, oryginalna jest, do czegóż są prałaci i kanonicy sześćdziesiątletni, jeśli nie do zjadania takich obiadów i zabawiania gospodyń.
Gderał, ale poszli.
Już samo przechodzenie ulicą było dla Murmińskiego przykrém, obudzał zbytnią ciekawość. — Ludzie co go dawniéj znali, stawali i patrzyli nań niedyskretnie, opowiadając sobie plotki o nim... Niektorzy zaczepili profesora, aby się jego towarzyszowi