Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Z życia awanturnika.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Jaki z pana pochlebca! a fe! odezwała się głosikiem pieszczonym i śpiewnym — ja dziś wyglądam doprawdy okropnie — a pan urągasz się ze mnie.
— Pani! przerwał pułkownik — nigdym ją nie widział piękniejszą, choć dla mnie jesteś zawsze ideałem....
— A wstydź się pan, staréj takiéj, matce rodziny, mówić takie rzeczy, od których jéj uszy odwykły.
Pułkownik wzruszył ramionami i oczy podniósł ku niebu.
— Nie mogę słuchać tego, coś pani wyrzekła!
Za pułkownikiem wszedł sędzia, człowiek wygolony, grzeczny, w rękawiczkach, które szósty wieczór odbywały, nie młody już, obarczony liczną familią i przychodzący tylko regularnie składać uszanowanie. Ten z pokorą zbliżył się do pani prezesowéj dobrodziejki, składając jéj uszanowanie. Potrzebował protekcji. — Rozmowa z nim wszczęła się o zatrważającym kokluszu, który w mieście panował. Prezesowa dowiadywała się, czy dzieci jego nie dostały téj choroby, ale nie z troskliwości, nie, tylko ze strachu, aby jéj nie wniósł zarazy do domu.
Odwracała się coraz ku drzwiom, któremi czas było, ażeby wszedł gospodarz, ale prezes nie nadchodził.
Jeszcze w środku salonu toczyła się rozmowa, gdy wtoczył się młodzieniec ufryzowany, kłaniający się mechanicznie jak lalka, głową nagle w dół, w rękawiczkach paliowych, kamizelce otwartéj na piersiach i kołnierzyku sztywnym jak drewno. Ten miał nadzieję być przez panią prezesową wyswatanym i spełniał wszelkie posługi dla czarodziejskiéj Żulietty, do jakich tylko używać go raczyła. Miał wielką łaskę u prezesowéj, gdyż był pokorny i padał podnosząc jéj chustki i rękawiczki z ziemi, a w oczach jego malowało się uwielbienie, któremu każda kobieta jest rada. Żuljetta wiedziała, że mu była gwiazdą promienną, do któréj nieforemne poezje składał.
Zaczęła z nim coś mówić o ostatnim kadrylu na wieczorku u księcia i znowu obejrzała się na te nie-