Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Z życia awanturnika.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

nie widzieć — poznała po jego posępnéj powierzchowności, iż wcale co innego niż przy pierwszém spotkaniu zajść musiało, — zerwała się więc żywo, spiesząc rozpromieniona nadzieją do gabinetu, w którym właśnie Kudełka ściskał i całował Teodora... milczącego, ale rozczulonego, dziwném losu zrządzeniem.
Ten, który mu raz uratował życie — teraz powtórnie przywracał mu prawa jego społeczne...
Na widok doktorowéj mrugnął staruszek dając znak porozumienia Teodorowi.
— Pani dobrodziejko, zawołał posuwając się do gospodyni — byliśmy niesprawiedliwi!! tak! skrzywdziliśmy prezesa! Szlachetny człowiek nawet gdy chwilowo pobłądzi — uczuje swą winę i stara się ją wynagrodzić.
— Widzi pani! otóż prezes sam — z dobréj a nieprzymuszanéj woli, uznał pana Teodora swym bratem przyrodnim, i krzywdę wyrządzoną uroczystém tém przyznaniem nagrodził...
Patrz pani — oto jego ręka...
To mówiąc pokazał jéj otrzymany dokument. Poczciwa doktorowa rzuciła się do papieru niedowierzając oczom, a potém do smutnie uśmiechniętego Murmińskiego... winszując i do Kudełki, który widocznie tryumfował. Nikt go jeszcze takim zamaszystym nigdy nie widział jak w téj chwili.
— Prezes! prezes to uczynił! z dobréj woli —! zawołała — ale czyż może być?
— Tak jest — tak — potwierdził Murmiński. Wszystko skończone — zapomniane — nagrodzone. —
Pocałował ją w rękę z uczuciem. —
— A pani wiele a wiele dopomogłaś do tego, ażeby sprawiedliwie zadość się stało... niech jéj będą dzięki!
— Jeśli tak! wracam mój szacunek prezesowi — zawołała doktorowa — uparty był, to prawda — lecz się poczciwie pokazał. Lepiéj późno niż nigdy...
Właśnie tego samego dnia przypadało wieczorne przyjęcie zwykłe u państwa prezesostwa; a że zjazd obywateli do miasta był znaczny z powodu wełnianego